środa, 27 marca 2013

Płyta Kutabuka dostępna w serpent.pl

O naszej płycie Kutabuk napisano już sporo, ale poza jednym  teledyskiem, pozostawała raczej płytą widmo. Teraz zmaterializowała się.  CD można zakupić TU poprzez znany portal muzyczny serpent.pl 
Na stronie dostępna tracklista z fragmentami naszych utworów. 

sobota, 23 marca 2013

Piotr Gajda w "Arteriach" o Kutabuku

To właśnie w 8 numerze "Arterii" w 2010 roku ukazał się pierwodruk poematu Kutabuk. Teraz w numerze 14 ukazała się recenzja płyty. 

Mimo iż ideą ogarniająca cały projekt są wiersze Nowaczewskiego, nie byłby on tak udany, gdyby nie kompozycyjny wkład Nogi i Stromskiego, najbardziej chyba wyrazisty w utworze Keourac, w którym ustalone role podlegają zaplanowanej zamianie; to puls muzyki zaczyna prowadzić recytującego poetę, przestaje być dla niego i deklamowanych wierszy wyłącznie podkładem. Sprawia, że w Tańcu Ducha dominują aranżacje lokujące ten utwór gdzieś pomiędzy solowymi dokonaniami Obywatela G.C., Ayą RL i muzycznymi eksperymentami Roberta Brylewskiego. Co nie znaczy, że akompaniująca rola instrumentów nie wnosi niczego do formuły grupy. Użycie przez  Stromskiego znanych z Dalekiego Wschodu instrumentów (plus sitar Nogi) wzmaga i podkreśla niemal transcedentalną wymowę wierszy (To Tu, To Tam, Motyle).

- pisze Piotr Gajda. Cały tekst znajdziecie na jego autorskim blogu http://pgajda.blogspot.com/

piątek, 1 marca 2013

Mistrz zawsze wychodzi z cienia



W skupieniu zbieram w sobie słowa,
jakbym szykował się do bicia rekordu świata,
ale po co światu kolejny rekord
i kolejny rekordzista.
Chodzi o skok ponad pożerającą wszystko
otchłanią, którą sam jestem.
(Krzysztof Kuczkowski, kładka)

Dziś cieszyłem się jak dziecko. Powodem oczywiście złoty medal Kamila Stocha.
Kibicowanie jest udziałem w micie, oczekiwaniem na mit, czasem mit się ucieleśnia w zwycięstwie. Za sprawą Adama Małysza zyskaliśmy współczesny mit, w którym pobrzmiewa jednak coś starszego niż cała dyscyplina nawet. Wojownicy muszą rodzić się w okolicy przesiąkniętej mitami narodowymi. Taką okolicą jest Zakopane i w ogóle cały obszar zamieszkany przez górali. Kiedyś zbójnicy, partyzanci, górscy przewodnicy – sposobów by okazać męskość i bohaterstwo było wiele. Dzisiaj – można na przykład zostać skoczkiem narciarskim. Wykazać się odwagą, fruwać jak ptak. Nie jest to sport dla każdego. Każdy może założyć biegówki albo pojeździć na łyżwach. Ale tylko nieliczni skaczą na nartach. Ten sport nie ma litości dla amatorów, każdy musi być zawodowcem – inaczej skazuje się na śmieszność jak ongiś słynny Eddi Orzeł.

Mamy więc chłopaków ze wsi, którzy patrzą na góry i na Wielką Krokiew, na której mogą podziwiać prawdziwych mistrzów. Rodzi się marzenie, żeby być jak oni. I jest ciężka praca, treningi. Telewizja karmi dzisiaj nas filmami z dwunastoletnim Kamilem. I słusznie, bo tu leży samo sedno, to w chłopięcych marzeniach mit się odradza. Bez dzieci nie byłoby możliwe cieszyć się dziś z mistrzostwa świata.

Mit uskrzydla, ale mit także przytłacza. Z polskich skoczków największym był Adam Małysz. Byli i inni przed nim, ale żaden z nich nie osiągnął tyle, co on. Żaden nie był królem. Nie był konsekrowany… Szukamy następców mistrza. Czy któryś z tych chłopców kiedyś go zastąpi, czy będzie kolejnym dalajlamą skoczni, Małyszem II, Małyszem XIV? Śmieszne? Ale czy tego właśnie nie oczekiwała gawiedź przed telewizorami? Czy nie tego, że Polak będzie bił wszystkich na wszystkich skoczniach świata? Jeden starczy za całą husarię? Ci, którzy ujrzeli pierwszy raz Adama w chwili jego zwycięstw, zapominają, że musiał on przeskoczyć nad pożerającą wszystko otchłanią, która była w nim. Że zanim został mistrzem, zdobywcą pucharów świata, medali – musiał przekonać się, że jeszcze coś zdziała w tym sporcie. Co by było gdyby po klęsce w Nagano jako dekarz wyjechał pracować do Niemiec? Przecież przed kilkunastu laty zaplecze kadry skoczków było tak siermiężne, że taka możliwość całkiem realnie brzmi.

Kamil był już w innej sytuacji. To mistrz, który musiał wyjść z cienia. Uzyskać podmiotowość przez zwycięstwa. Kreowany od lat na następcę, utalentowany, z lepszym zapleczem treningowym, ale i obciążony przez to presją. Wiele lat kwękano nad tym, że nie dostaje, że zawodzi. Ale w końcu – jakoś jego kariera zaczęła się układać w baśń. Zakopane 2011– upadek starego mistrza i zwycięstwo młodego - przyszłego. Zwycięstwo w Planicy – znów wyżej od swojego idola. Symboliczne przekazanie sukcesji. To trzeci sezon, w którym Stoch utrzymuje się w czołówce Pucharu Świata, ale czy może nakarmić rozbuchane oczekiwania kogoś, kto chciałby przeżywać wciąż rok 2001? Sam Adam przecież nie potrafił. Od czasu czwartej Kryształowej Kuli w 2007 roku nie był już w stanie dominować na skoczni, raczej wydzierał podia pucharowe i medale w Vancouver. W sezonie, gdy Kamil trzy razy zwyciężał, Adam wygrał tylko raz – po raz ostatni. Zwycięstwa w konkursach to jednak za mało, żeby być zapamiętanym, doczekać się własnej legendy. Dziś już – w polskich skokach – żeby na to zapracować trzeba być mistrzem albo przynajmniej zdobyć medal. Dziwnie się trafia, że miejsca ważne dla Małysza są także ważne dla Stocha. Zakopane a teraz Predazzo. Czy chodzi o profil skoczni, na który patent mają właśnie Polacy? Czy o coś innego, nieuchwytnego?

Przyszło w końcu zwycięstwo. Mamy mistrza świata. Nie zmieniło się nic i zmieniło się wszystko. Opowieść o polskich skokach trwa a bohater, który dźwiga teraz mit nazywa się Kamil Stoch. Już jest mistrzem i nic mu nie odbierze miejsca w historii. Już jej sprostał. Porażka na skoczni średniej tym bardziej wyjaskrawia sukces, który przyszedł kilka dni później. Bo zobaczyliśmy – jak Stoch zrobił to, co kiedyś musiał zrobić też Małysz. Przeskoczyć nad otchłanią, która była w nim. Przełamać się, nie cofać ręki już wyciągniętej po medal. On nie jest mistrzem z przypadku. Podniósł się i wygrał w sposób nokautujący. Spójrzcie na jego sylwetkę w locie – tak pięknie latał mało kto – a coś w tym sporcie widziałem oglądając go od 1984. To wybitny stylista. Jakby nieruchomy, płynnie wychodzący z progu i tak samo płynnie podchodzący do lądowania. Małysz wychodził z progu jak pocisk. Ten wysoki pułap, o którym Schmitt powiedział kiedyś –„ on wybija się dwa piętra wyżej”. Stoch zaś to perfekcyjna elegancja. To nie jest kopia, to własny powtarzalny styl.

Ale spójrzmy też za plecy mistrza. Po druga linia – w końcu jest i jest drużyna. Oto Piotrek Żyła roześmiany chochlik górski, czysta radość. Zawadiaka, złośnik Maciek Kot, fajter, co nigdy nie odpuści. Wyważony, spokojny Dawid Kubacki, który też w tym sezonie zrobił wielki skok w swojej karierze. A wciąż czekają aby dojrzeć juniorzy Olek Zniszczoł i  Klimek Murańka. I inni nie powiedzieli ostatniego słowa. Dziesięciu punktowało w tym roku. Dla nich wszystkich sukces Kamila to wielki kop do wytężonej pracy. Powiedzieć też trzeba o tym, że na ten sukces pracują również ci, którzy kiedyś byli jedynie tłem dla Adama. Łukasz Kruczek, czy Robert Mateja wielkich sukcesów jako zawodnicy nie osiągnęli. Może zabrakło talentu a może nie potrafili przeskoczyć nad swoją psychiczną przepaścią. Ale potrafią uczyć młodych wygrywania. Długo mogli podglądać świat, uczyć się od najlepszych i potrafią tę wiedzę wykorzystać. Jako trenerzy mają autorytet. Pod pieczą Łukasza Kruczka Kamil Stoch jest mistrzem świata.

Oczywiście sukces może się już nie powtórzyć. Może to jedyny w życiu Kamila taki szczyt. Ale JEST .

JEST ZWYCIĘSTWO. KAAAAMIL STOOOOOCH!!!


wtorek, 19 lutego 2013

Krzysztof Kuczkowski o Kutabuku


W Toposie nr 6 z 2012 roku znalazła się recenzja płyty Kutabuka. Naczelny pisma pisze tam m.in.:

Poeta wygłaszający swoje teksty na tle technopodobnych rytmów traktowany jest w świecie popkultury jak nieszkodliwy maniak, w świecie literatury zaś – z pobłażaniem, na które – co tu dużo mówić – najczęściej solidnie sobie zasłużył. Zdarzają się jednak wyjątki od reguły. Takim wyjątkiem jest Kutabuk Artura Nowaczewskiego i jego przyjaciół.

Dlaczego ten krążek miałby być wyjątkiem? Dlatego, że nie znalazłem na nim ani odrobiny efekciarstwa, chęci zaznania estradowej glorii, łatwego sukcesu. Kutabuk jest projektem artystycznym, którego podstawą są świetne wiersze autora Elegii dla Iana Curtisa i proste pomysłowe ścieżki dźwiękowe Jakuba Nogi – sitar i Jacka Stromskiego – bębny, kalimba, ektar, tungna. (…)

Bohater wierszy Nowaczewskiego mógłby powtórzyć za słynnym songiem Gershwina I Got Rhytm. Co by to była za wędrówka, która nie miałaby rytmu albo która nie odbywałaby się w rytmie, czy – używając innego terminu muzycznego - w tempie. Płytę otwiera rytmiczny łoskot bębenka i tekst pt. Rytmy widoków o czytelnym przesłaniu: wszystko jest rytmem. Zaraz potem rytmiczny (Jack) Kerouac, którego bohaterem jest jeden z najwybitniejszych członków Beat Generation, autor m.in. W drodze i Włóczęgów Dharmy. Pierwszy set kończy Taniec ducha, wiersz „co mknie bez celu”. Bez celu, ale za to w litanijnym rytmie, który zamienia się w prawdziwy taniec derwisza na… Krakowskim Przedmieściu. Rytmiczna orgia sięga apogeum w wierszu Bębny Jacka Oltera, tekście napisanym w hołdzie fenomenalnie utalentowanemu perkusiście. (…) „Bębny Jacka Oltera brzmią nieprzerwanie” – powtarza poeta – „wśród zaplatających się na trawnikach/ pędów kiełkujących tramwajów;/ nieprzerwanie, nieprzerwanie”. Muzyk, który był rytmem, stopił się z krwiobiegiem natury, z rytmem miasta, z rytmem świata. I żyje.

(…) Nie wiem, bo wiedzieć nie mogę, na jakim etapie drogi jest bohater wierszy Nowaczewskiego i czy w ogóle na tej drodze są etapy. Wiem tylko tyle, że uparcie przemierza coraz to nowe przestrzenie i że dzięki temu powstała najbardziej chodzona polska płyta, najbardziej chodzona poezja.

Całość tekstu na łamach pisma. 

piątek, 15 lutego 2013

Drugi post piechura

Uraz palców zastarzały 10 dni temu. Krwiak, obrzęk palca II i przodostopia prawego. Rtg złamanie wzdłużne paliczka podstawowego palca IV stopy prawej. Rozpoznanie opisowe: złamanie stopy, bez stawu skokowego. Zalecono ograniczenie chodzenia, chodzenie w twardym obuwiu (z ograniczeniem). Kontrola za 3 tygodnie. 

Bezruch. Nawet niegroźny uraz jak powyższy jest w stanie zakłócić rytm funkcjonowania kogoś, kto kocha chodzić. Bezruch jest najgorszą karą. Myśli się naprzód o miejscach, w których mogłoby się być. Nie jesteśmy na zwolnieniu, właśnie w tym tygodniu mieliśmy wyjechać - przerwa semestralna. Nie można sobie znaleźć miejsca w swoim mieszkaniu. Bo mieszkanie to nie jest miejscem, gdzie się mieszka, ale raczej - pomieszkuje. Rytm życia wyznaczały wyjścia z domu a nie powroty. Złamanie palca zbiegło się nieszczęśliwie ze zmianą internetowego łącza, więc praktycznie urwał się kontakt ze światem. Bo przecież ludzi spotykaliśmy wychodząc z domu albo odwiedzając ich. Nas mało kto odwiedzał. Stałego łącza jeszcze nie założyli a mobilny internet się wyczerpał. Jest tak wolny, że można sprawdzić skrzynkę pocztową albo wrzucić wpis na blogspocie, ale o takich luksusach jak facebook można zapomnieć. Nie jesteśmy widziani ani nie widzimy innych. Nie mamy telewizji, tego najskuteczniejszego mordercy czasu. Bo przecież, gdy byliśmy w ruchu, telewizja nie była nam potrzebna. To samo z radiem, które mogłoby paplać w tle. Zgromadziliśmy zapasy żywności i książek. Dużo udało się zrobić. Ale i tak - prędzej czy później nastrój wahnie się w stronę absolutnej beznadziei (np. wczoraj). Cały ciężar i żale życiowe kumulują się w bezruchu. 

Sposób chodzenia. Sam rytm marszu już jest mobilizujący. Sposobem, w jaki chodzisz afirmujesz swoje życie. Jeśli chodzisz jak żołnierz, to jest szansa, że przełoży się to na inne dziedziny życia. Najgorszym sposobem chodzenia jest snucie się. Powłóczyste zgarbione snucie. Swego czasu jako nastolatek, gdy ciężko chorowałem właśnie tak snułem się. Spotkałem kiedyś kolegę z podstawówki, który przywitał mnie kwestią "o! cześć! no tak myślałem, że to ty, ten charakterystyczny krok". On nawet nie wie, jak to jedno zdanie odmieniło moje życie. Po prostu tego dnia wściekłem się i zacząłem chodzić inaczej. Dwa lata później zrobiłem 100 km w ciągu doby na harpaganie. No, ale co mogę począć teraz? Jak już muszę gdzieś iść, to oszczędnie. Zero afirmacji, zero energii. Przez trzy tygodnie (akurat mija 6 dzień). 

Ale grunt to dobra diagnoza. To przecież drobiazg. Wyjdę z tego. I wtedy wszystko znów będzie iść. 



Miałem tu coś napisać


-Miałem tu coś napisać o ........... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o ...................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o ............................................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o .....................................................................Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o...................................................................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o.........................................................................................................................Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o................................. Ale nie napisałem. Miałem zamiast tego napisać wiersz. Ale nie napisałem.
-.....................................
-........................................Czasami to aż szkoda pisać.

środa, 6 lutego 2013

Urywek XIII - chiński bar


Różne są głody. Jest głód poranny i głód południowy, głód zaspakajany od razu i głód przechodzony aż do ścisku, głód delikatny i głód szarpiący, głód za czymś konkretnym i głód za czymkolwiek. Jest głód zwyczajny i najbardziej fundamentalistyczny  głód nałogowy, znany tym, których trawi nieustannie, głód, z którego nie ma już powrotu.

Przed remontem dworca w Gdyni czasami zachodziłem do chińskiego baru, który znajdował się w przelocie. Głód, który kierował tam moje kroki był głodem godziny osiemnastej. Głód alarm pojawiający się jak złodziej w twoim żołądku nie napełnianym od drugiego śniadania. Głód w domu odgrzewany i podawany natychmiast na stół. Nie zrobiłeś na czas zakupów. Nie nagotowałeś dzień wcześniej zupy, nie masz w zamrażarce pierogów a nie czas na robienie kotleta. Wysiadasz z kolejki i myślisz, że już nie da się wytrzymać. Trzeba coś zjeść. W przelocie z dworca do domu trafiasz do Chińczyka. Wybierasz w jadłospisie numerek dania, którym jest kurczak z warzywami i ryżem. Oczekujesz na jednorazowy wrzący kubek, gdzie wszystkie zbełtane składniki parują ci na twarz. Masz chwilkę czasu by popatrzeć na ruch, cały czas ktoś wchodzi, wychodzi. Strzępy rozmów. Swojska miejskość jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Lata dziewięćdziesiąte nadzwyczaj były azjatyckie. Bazary zamiast stadionów. Chińskie bary i Wietnamczycy. Budy. I czas kulinarnych ksenofobicznych lęków. Nie jedz w McDonaldzie. Omijaj Wietnamczyków. Ich stare mięso. Niech cię chroni ojciec sanepid i matka higiena zawsze dziewica. Coś było więc występnego w tej dworcowej chińszczyźnie. Z poczuciem winy przełykałem swój głód godziny osiemnastej, swojego kurczaka z warzywami i ryżem i gnałem dalej.

Gdy zaczął się remont dworca, Chińczyk musiał opuścić swój wyśmienity punkt naprzeciwko parkingu i postoju taksówek. Wydawało się, że przenosiny o sto metrów, dosłownie na drugą stronę ulicy, opodal rogu 10 lutego powinny być tylko formalnością. Że wraz z nim przeniesie się całe miejsce. Niestety nowe pomieszczenie, które wynajął szef baru nie był to przeszklony boks na zasyfionym dworcu Gdynia Główna, ale klaustrofobiczna kiszkowata dziura na parterze kamienicy. Niby nic się nie zmieniło, nawet tablica z numerkami dań ta sama i ten sam Szef Chińczyk wołający „sto dwanaście”! Ale jednak nie to samo. Bywałem w barze jeszcze kilka razy. Ale coraz rzadziej. Bar stracił swój przelot. Stracił swoją przestrzeń. Nie zachodzili tu już taksówkarze. Pasażerowie kolejki lądowali w innych lokalach. Choćby w przeszklonych kebabach trzydzieści metrów dalej. A  bar słabł. I od paru dni mijam kartkę z napisem „zamknięte”.

Czy było to tylko nowe miejsce, czy wieje już nowy wiatr w małej gastronomii? Chińczycy i Wietnamczycy ustępują pola Turkom. W siłę rosną kebaby. I te tureckie, i te pseudotureckie. Przypomniałem sobie dzień lata w 2010 roku. Szedłem wieczorem Świętojańską i zaczepił mnie Chińczyk, szef baru, chciał gdzieś zadzwonić. Zapamiętałem to wydarzenie, bo to właśnie dzięki Chińczykowi poczułem się zakorzeniony na gdyńskiej ulicy. Przypomniały mi się nazwy starych dzielnic przedwojennego miasta - Pekin, Meksyk… Chińczyk przybywał jakby z tamtego Pekinu. Był już taki swojski.

-Ale po co mi to opowiadasz?

wtorek, 22 stycznia 2013

Pierwszy post piechura do

Umiejętność chodzenia na piechotę jest rodzajem twórczego daru. Tak jak pisarstwo, malarstwo, rzeźba. Niekiedy talent ujawnia się w dzieciństwie, jesteś takim małym Mozartem ścieżek. Biegasz szybciej, jesteś bardziej wytrwały niż twoi koledzy. Ale potem zwalają się obowiązki i szkoła, wszelkie powinności, które na ogół są grobami uzdolnień. Tym bardziej że maszerując niczego nie zyskujesz, chodzisz na piechotę tylko sobie a muzom. W rzeczywistości wszyscy, którzy tak sądzą mylą się: maszerowanie to luksus. 

Jacques Lanzmann, Szaleństwo marszu.


Książka, z której pochodzi cytat jest połączeniem poradnika piechura i "pieszej" autobiografii Lanzmanna, popularnego we Francji pisarza, znanego także ze swojej pasji do morderczych wielodniowych wypraw. Facet nie wzbudził mojej sympatii. Ot, jeszcze jeden zapatrzony w siebie buc, który uważa, że ma receptę na szczęście. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że osiągnięcia jako piechur miał rzeczywiście imponujące a wiele jego praktycznych wskazówek można zastosować w terenie. Lanzmann skupia się jednak na czysto mechanicznej stronie marszu, prze do przodu jak czołg, popychany swoim rozbuchanym ego. Mało tu miejsca na bardziej duchowe aspekty i walory kontemplatywne maszerowania. Ten jednak cytat o umiejętności chodzenia jako talencie trafia w samo sedno. Być piechurem to rzecz wrodzona. Chyba najbardziej adekwatnym porównaniem będzie zestawienie talentu piechura ze słuchem muzycznym. Każdy piechur porusza się w swoim własnym rytmie. Do tego rytmu się dochodzi. Niejednokrotnie latami. Każdy startuje z innego pułapu. Podobnie jak nie każdy może śpiewać, nie każdy może maszerować. Trening może pomóc, ale trzeba mieć talent. 


Druga trafna myśl Lanzmanna w zacytowanym fragmencie dotyczy korzyści płynących z chodzenia na piechotę. Piechur z talentem (gdy jest w ruchu) zawsze zyskuje. Osiąga harmonię z rytmem ziemi. Gdy pozostaje dłużej w bezruchu, zawsze będzie czuł niepokój. Przerwa może trwać tydzień, miesiąc. Obowiązki mogą go przytłoczyć. Ale możecie być pewni, któregoś dnia wyjdzie z domu, połknie kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów i odzyska równowagę. 


Marsz jest najlepszym lekiem na problemy. Szybki, doraźny pozwala zrzucić stresy. Ale największą odporność przynoszą wielodniowe wyprawy. Energia włożona w nie zwróci się w miesiącach, gdy będziemy potrzebować sił do innych zadań. Wielodniowy wyczerpujący marsz uczy cierpliwości, jak żyć w sytuacji nieznośnej, która nie rozproszy się z dnia na dzień. Wyruszam na samotne wyprawy z ciężkim plecakiem od kilku lat. Jestem dziś facetem być może starszym fizycznie, nie lecę bez tchu całą dobę by przejść sto kilometrów na harpaganie, ale wytrzymałość mam większą niż w latach studenckich. Przede wszystkim psychiczną. Nie jestem silny. Sądzę nawet, że jestem słaby. Ale prawdziwa moc tkwi przede wszystkim w głowie; tam, skąd bierze się motywacja. Po takim mentalnym treningu, jaki odbyłem chociażby przechodząc Bułgarię z zachodu na wschód, szybciej podnoszę się po porażkach. Powiedziałbym nawet, że zaskakująco szybko. Po prostu w życiu jak w wyprawie - masz dość, ale podnosisz się jednak i idziesz...


Moje chodzenie wzięło się z melancholii (patrz: kutabuk). Ale teraz jestem już dalej. Nie wyruszam po to, żeby uciekać, ale by ścigać. Nie jako ofiara, ale jako drapieżnik. I ostatnia rzecz - samotność. Samotność podczas wielodniowych wypraw oznacza, że odnajdujesz swój rytm. Nie musisz się na nikogo oglądać i nie musisz za nikim nadążać. Wszystko, co masz - to twoja wewnętrzna siła. Na sobie tylko musisz polegać. Kiedy pojawi się impas, kryzys - ta wewnętrzna siła się odezwie. Nie od razu. Może po paru dniach. Ale musi się odezwać, bo najważniejszy krok już kiedyś zrobiłeś. Podjąłeś wyzwanie i udało ci się. W środku już jesteś ofensywny. Idziesz naprzód. Porzucasz sentymenty i krajobrazy. Przed tobą daleka droga, która lepiej motywuje niż pozorne bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo jest brakiem lęku. Dlatego usypia. Ty musisz przechodzić w poprzek lęku na czerwonym świetle. Przegrasz, wygrasz - wszystko jedno, ale pozostaniesz mentalnym zwycięzcą. Wyprzedzisz się. Zostawisz siebie za sobą. A przed tobą


cały świat...

środa, 9 stycznia 2013

***

Od paru dni traktuję pisanie wierszy jakby to było zbieranie znaczków. Muszę powiedzieć, że moje życie nabiera dzięki temu dziwnej nieznanej mi dotąd równowagi. Pod koniec roku zacząłem wyrzucać ze swojej biblioteki tomiki poetyckie. Wizja, że zakończę życie w zwałach niepotrzebnej nikomu i zapomnianej przez wszystkich wierszowanej makulatury nie napawała mnie optymizmem.

Nie jest oczywiście tak, że poezja znika z mojego życia. Ale forma, zwłaszcza tak marna jak niektóre książki, które trzymałem na półce nie jest jej do istnienia niezbędnie potrzebna.

Oczywiście będę tu nadal informował o wszystkim, co dotyczy funkcjonowania bytu "Artur Nowaczewski, poeta". Z czystego kronikarskiego obowiązku. Zbyt spory kawał życia poświęciłem tej sferze, żeby teraz wszystko przekreślać. Byt ten zresztą żyje już własnym życiem i nie potrzebuje moich zabiegów ani opieki. Nie pokładam w nim żadnej specjalnej nadziei. Nie tworzę narracji o swojej biografii wokół złudzeń na temat ważności  własnego pisania, urojonego bądź prawdziwego talentu, kolejnych książek. Wyjdą to wyjdą. Nie wyjdą to nie wyjdą. Nie pytajcie mnie nad czym teraz pracuję. I kiedy kolejny tomik.

To są dla mnie teraz sprawy małe, najmniejsze.

Tego posta też nie reklamuję. Kto czyta ten czyta. Kto nie czyta, ten nie czyta. Mogłem to umieścić na facebooku. Mierzyć oglądalność w lajkach i ilości komentarzy. Ten-tamten to lubi a ten napisał, że...

Ale mam to gdzieś.