wtorek, 5 listopada 2013
Hugo-Bader wiele by tam nie zdziałał - wywiad w "Lampie"
W październikowym numerze "Lampy" można znaleźć wywiad na temat Dwóch lat w Phenianie, który przeprowadzili ze mną Klaudia Renusch i Jakub Orzeszek.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Nota o "Dwóch latach w Phenianie" na łamach "Uważam Rze"
W "Uważam Rze" ukazała się nota Agnieszki Niemojewskiej o Dwóch latach w Phenianie. Link do tekstu: http://www.uwazamrze.pl/artykul/724071,1060049-Chlopcy-z-placu-Kim-Ir-Sena.html
sobota, 19 października 2013
Jadąc na Aspö
Przez
wieczór, opustoszałe ulice, rozsnute między drzewami światła. Za oknami
spokojne życie Szwedów. Wieczorna godzina biegaczy, poranna godzina biegaczy.
Miasto łapie oddech, łapie zdrowie. Na google earth był tu las, lecz okazał się
ogrodzony, więc błądzenie między dzielnicami w poszukiwaniu miejsca na biwak aż
wreszcie jest stary gaj, rozczapierzone gałęzie i skałki. Rano „stary gaj”
staje się po prostu laskiem podmiejskim, gdzie wychodząc z namiotu wpadasz na
kobietę z owczarkiem Colie. Karsklona zmięta deszczem. Zmięte pomniki, witryny,
niewyjściowe twarze. Jakby ktoś nie włączył wszystkich żarówek a miasto
działało w czterdziestu procentach. Luterański chrzest w kościele pustym jak
przed przeprowadzką, tylko dokąd? Dzień w sam raz na muzeum. A tam gadające w
kilku językach manekiny. Modele okrętów, o których mogłoby pomarzyć dzieciństwo
i bezpieczna historia w gablotach. Zacumowane
okręty, mesy, kajuty. Sztormy tutaj to tylko zmiany pogodowej aury. Wojny w
ostatnich stuleciach omijały miejscowe obszary neutralności, polityczne ubocza.
Najwyższym zdziwieniem jest więc wyłonienie się z wody w latach osiemdziesiątych
radzieckiego ubota. Idę sobie, patrzę – mówi multimedialny Szwed- a tu łódź
podwodna! Teraz jest starszym panem i po wciśnięciu guzika opowiada młodym jak
to kiedyś było. Jak? Właściwie tak samo. Tylko, że w gazetach wisiała wojna nuklearna. Teraz wszystko już minęło. Tabliczka
głosi „tu był kiedyś targ rybny”. I nie
ma stoisk, gwaru przekupek i smrodku śledzi. Ale jest rozmaitość lądu i wody,
fantastyczne kształty chmur. Bałtyk jest tutaj, ale inaczej. Inaczej narysowany
linią brzegów. Postrzępione zatoczki, dziesiątki wysp. szkiery i gdzieniegdzie domki.
W takich właśnie tłach znajduje się Aspö.
Wyspa pięć na pięć kilometrów, którą można okrążyć trzygodzinnym marszem.
Znalazł się też las, gdzie można się było rozbić. Jedno z tych miejsc, w którym
rosną poziomki. W zasadzie nie wiem jak to opisać; dobry opis to taki, w którym
słowo jest furtką, nie wytrychem. Las, mech, darń, ścieżka, droga nie wybrana, na
wyspie najdłuższe drogi, to te w głąb. I znów militaria. nieczynna bateria
artylerii, wyrzutnia w przeszłość, w czasy zimnej wojny. Czy to od zimnej wojny
powstały zimne kraje? Kraj buduje się z architektury. Narodowych kolorów
drewna. Z białych okiennic i powierzchni czerwieni. W wiosce rozległ się
klakson. To listonosz przywiózł pocztę. Słychać oddalający się głos silnika, a
z pustego zdawałoby się domu, po cichu wychodzi
starszy facet, by wyjąć ze skrzynki listy i poranną gazetę. Przypomina borsuka
przed zapadnięciem w zimowy sen. Skrzynki są z gatunku tych, jakie widać na
filmach, na kurzej łapce, przy ulicy. Ale każda inna, nieraz malutkie
arcydzieła. Zdaje się, że ten kraj ma tak dużo czasu, że może dopieszczać
detal. Cyzelować ogrody. Sielskie
pejzaże z pasącymi się końmi. Dzisiaj
jest ciepło. Słońce zmienia barwę morza i robi się intensywne te wrześniowe
południe na miniaturowej plaży zajeżdżającej glonami. Są dzikie róże, ten mech,
co od północy. W tle nieczynne bastiony twierdzy, cielsko promu w oddali. Stada
dzikich gęsi w drodze na południe. A po
południu – stara dzielnica Brändaholm – miejsce z pocztówki. Od środka alejki
jak z klocków lego, maciupkie ogródki, sady. Przy jednej z furtek, w koszyku
leżą prawdziwe nienapompowane jabłka. Wieczorami w miejskich parkach i laskach
grasują króliki. W jednym z takich zielonych fyrtli ostatnia noc. Pod gołym niebem.
Przypomniała się wczoraj, gdy zobaczyłem na niebie tę samą objętość księżyca.
piątek, 11 października 2013
Konfesja i tradycja: szkice o poezji polskiej po 1989 roku
W swej książce Artur Nowaczewski wchodzi w spór nie tyle z poprzednikami, starszymi poetami, ile z zastaną, nacechowaną zmarginalizowaniem, sytuacją poezji oraz z jej nadinterpretacjami czy związanymi z nią przemilczeniami. Próbuje, często skutecznie, przekonań do swoich odczytań konkretnych wierszy, książek lub osobowości poetyckich śmiałymi analizami, które przeprowadza w związku z szerszymi procesami kulturowymi.
Prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski
Zasadniczą rolę w konceptach krytycznych Artura Nowaczewskiego stanowi kategoria undergroundu. Gdyński krytyk mocno pogłębia jej rozumienie, odziera nawarstwione na niej stereotypy, przywraca jej blask. Wokół niej buduje spójną krytycznoliteracką narrację, z pasją detektywa - która udziela się również czytelnikom - śledzi jej obecność w miejscach zaskakujących i egzotycznych.
Dr hab. Wojciech Kudyba
sobota, 5 października 2013
Dwa lata w Phenianie
"Kraj Kim Ir Sena widziany oczami polskiego dwunastolatka. Wspomnieniowy reportaż literaturoznawcy i poety, który spędził z rodzicami lata 1989-91 na polskiej placówce handlowej w stolicy Korei Północnej."
środa, 25 września 2013
Urywek XIV - O tym Broad Peak jak go piszą
Nie ma tygodnia, żeby nie powstał kolejny głupi tekst na temat Broad Peak. Jednym się różniły lata osiemdziesiąte na pewno od ostatniej zimy w Karakorum. Nie było internetu, nie było niemalże transmisji live w tv, nie było tak łatwo przebić się do opinii publicznej, nie było tylu domorosłych speców od himalaizmu. To nie ludzie się zmienili tak bardzo, zmienił się sposób opowiadania o zdobywaniu szczytów najwyższych. Wcześniej o tym, co działo się na górze wiedzieliśmy od uczestników ataku - w później spisanych relacjach. Teraz np. jednego dnia czytam wywiad ze znaną himalaistką (o przebiegu wyprawy wie z mediów), która ma tezę na temat wydarzeń, drugiego zaś występuje ona jako członek komisji. Prawda o Broad Peak jest taka, że role z chwilą, gdy połowa czwórki zginęła zostały właściwie rozdane. Młody marzyciel wchodzi na szczyt, ale nie ma siły zejść. Stary wyga niczym Klimek Bachleda chce go ratować i ginie razem z nim. Dwóch pozostałych ucieka, z tym, że jeden później ma poczucie winy i coś próbuje robić albo stwarza tego pozory. Jeden zaś staje się czarnym charakterem. Kierownik wyprawy ma poczucie winy, twierdzi że odradzał zdecydowanie atak całej czwórki. Inspirator wyprawy oddaje się do dyspozycji komisji związku alpinizmu. Krótko potem sam ginie. Komisja przedstawi raport, który okaże się wyrokiem... Ceną jest przecież społeczny osąd całego środowiska. To nie streszczenie filmu fabularnego, tylko tego jak tworzy się opowieść o Broad Peak. Od siebie - jeśli miałbym dodać słowo komentarza - napisałbym, że minęły czasy wielkich oblężniczych wypraw, kiedy odpowiedzialność brał na siebie kierownik. Brał odpowiedzialność, ale miał moc także zakazać niektórym wspinaczom ataku i wyznaczyć tych najsilniejszych. Ci, co wylewają krokodyle łzy nad upadkiem etosu himalaizmu nie biorą pod uwagę, że indywidualizm pojawił się w górach najwyższych także za sprawą dzisiejszych legend. Zniknęli dyrygenci, zniknęły wielkie orkiestry, zastąpili ich soliści, czasem łączący się w zespoły. Solista nie będzie dyrygentem a inni soliści nie będą go słuchać. I nie ma się co dziwić, że w takiej sytuacji będą ofiary. Jedno jest pewne -to nie my ani komentatorzy prasowi powinniśmy być reżyserami filmu, który wyświetla się na naszych oczach. I także wyroki komisji PZA powinniśmy traktować jako opinię a nie wyrok. Nie chodzi o wybielanie jednego ze zdobywców. Nie wybielajmy. Mógł się zachować lepiej. Ale równo traktujmy wszystkich uczestników zdarzeń. W latach 80 takich silnych wspinaczy jak Bielecki było kilkunastu, nawet znacznie silniejszych. Byli lepszymi partnerami nie dlatego, że jakoś specjalnie górowali etycznie nad dzisiejszą kadrą. Górowali przede wszystkim tym, że byli silniejsi, bardziej doświadczeni. Dwóch z nich brało udział w wyprawie na Broad Peak, tylko, że mieli prawie sześćdziesiąt albo i więcej lat! Dzisiaj zamiast husarii puszczamy do ataku lekkie chorągwie o bardzo przerzedzonym składzie... Śp. Artur Hajzer zwrócił uwagę, że w polskiej złotej erze straciliśmy więcej wspinaczy niż kiedykolwiek. To ważna uwaga. Prawdą jest też, że tylko dwóch wspinaczy zginęło (Franczuk, Latałło) na wyprawach Andrzeja Zawady, który w ogóle wymyślił ten cały zimowy himalaizm. Andrzeju Zawado, wróć! A tym co w górach zostali wieczny odpoczynek.
czwartek, 19 września 2013
Esej w nowym numerze "Blizy"
Nowy, szesnasty numer kwartalnika "Bliza" poświęcony jest płci. Znalazł się tam również mój esej pt. Esej bez tytułu. Myślałem z niego wyciąć jakiś kawałek na zachętę, ale nie wytnę. Za to w "Blizie" można go przeczytać w całości. Tak, odnosi się do tematu numeru anonsowanego na okładce - Płeć w cęgach. Dlaczego pomyślałem "w cuglach"?
środa, 11 września 2013
O "Dwóch latach w Phenianie" w programie "Literatura na trzeźwo"
W dziewiętnastym, azjatyckim odcinku programu Mateusza Matyszkowicza "Literatura na trzeźwo" (Tv Republika) opowiadam o swojej książce "Dwa lata w Phenianie". Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, premiera 5 października.
sobota, 7 września 2013
Dziadzio Dobry. Artykuł w "Gościu Niedzielnym".
Kilka lat temu w Sofii widziałem zbierającego pieniądze staruszka. Otóż, co się okazało? Był to Dziadzio Dobry, jeden z moralnych autorytetów Bułgarii. Jego historię opisuję w artykule Święty z sofijskiej ulicy, który ukazał się 8 sierpnia br. w "Gościu Niedzielnym".
piątek, 30 sierpnia 2013
Po przejściu Macedonii
Nie da się tego zmierzyć. Około 400 km na trasie Kiustendił-Ohrid to umowna cyfra, w której zawiera się pięć pasm górskich, plecak 30 kg, upały osiągające 40 stopni. Każdy piechur wie, że mapa samochodowa w skali 1:260 tys., bez poziomic pozwala tylko określić, że gdzieś w odległości dnia - pół dnia drogi jest miasto, czy wioska albo rzeka i niewiele więcej. I nie warto zaopatrywać się w wynalazki typu GPS-y, bo celem jest iść a nie to, żeby dojść. Miasto przestaje być punktem, do którego się zmierza, staje się miejscem pobrania zapasów. Wystarczy więc kompas i cieszenie się ludźmi spotkanymi w drodze. Bywało, że przedzierać się trzeba było na przełaj przez górskie lasy, forsować rzeki, chaszcze wysokości trzech metrów, spało się na 2000 m pod gołym niebem patrząc w gwiazdy, w monastyrach lub tam, gdzie zapadł zmierzch. Widziało się świecące w ciemnościach oczy dzikich zwierząt, stąpało po ruinach, stawało się przed przepastnością historii i zaglądało w codzienność przez okna, które otwierał miejscowy język. Turysto-plecakowcu, twoja droga dobiegła końca. Zamiast profesjonalnej toporności czas na lekki krok wojownika. Zamiast morderczego wyczynu, chodzenie jako sztuka, jako rytm, stapianie się z oddechem drugorzędnych dróg, ścieżek i duktów. Dziękuję Tym, którzy mnie gościli, Tym, którzy częstowali jedzeniem, wodą, piwem, rakiją, Tym, którzy szli ze mną i Tym, którzy podwozili i Wam, którzy mieliście swoją opowieść. Dzięki Wam, Macedonia na zawsze w moim sercu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

