środa, 4 maja 2016

Wolin, Uznam, majówka

Brzegi wysp kuszą, ale czy nie ciekawsze ich wnętrze? Mieliśmy trzy dni, aby dotrzeć do wnętrza Wolinu. Ta wyspa jest z sypkich brzegów. Z klifów, z blichtru promenad i smrodu frytkowego oleju. Z fasad pensjonatów i ciemnych korytarzy lasu. Z samotnych dębów, ich rozczapierzonych gałęzi szarpanych podmuchami. Z igliwia, z jagód rosnących pod pniami sosen, świerków. Zwałów suchych liści tu i tam, gdzie zaczyna się buk. I z jezior na krańcach lasów, jezior w samym lesie, oczu szukających śladu – rozbiegających się ścieżek. Pni napoczętych przez bobry. I tych zwalonych. I tych obrośniętych przez mech. Z bluszczu, który wychodzi poza cmentarz w Kołczewie – i wchodzi na szpaler drzew okalających drogę. W głębi lasu, na cienistym półwyspie, koło Wydrzego Głazu, gdzie zapadło się grodzisko. Gdzie indziej pod butem zaklaszcze piasek. I latarnia wyrośnie jak Mysia Wieża; sen komiksiarza, przez który przebiegają rogate hełmy. Wieża ma swoją wysokość i wysokość światła. Ta wyspa jest ze wzgórz. Widać je wyraźnie od strony morza, od strony Turkusowego Jeziora. Szliśmy przez przełom kwietnia, maja. Świeża zieleń rozpulchniła buki. Delikatnie odcinały się wysepki w delcie Świny od wód zalewu. Na nich próżno było szukać płatów żagli. Tylko kilka kilometrów dalej z sitowia startowały łabędzie.

Splotów historii tu jest wiele, poczynając od miasteczka Wolin, ze skansenami Wikingów. Trudno spodziewać się jednego z największych portów dziesięciowiecznej Europy, w tej mieścinie, gdzie głośna muzyka ma zagłuszyć nudę i coś jakby rozpacz. Spod ziemi wychodzą na wierzch wciąż nowe wykopaliska, naziemne są tu bloki – dar PRL-u. Tysiącletnia historia w kantach obchodów tysiąclecia. Na peronie, jeszcze przed nadejściem ostatniego pociągu, w pół do dziesiątej gasną światła. I staje się jakby koniec świata, z którego nie można odjechać aż do porannych szarości. Wszędzie, płytko pod ziemią śpi niemieckie żelastwo, rdzewieje Trzecia Rzesza. Jakby tylko drzemał ten Reich, Wehrmacht niczym rycerze w Tatrach. Na dowód udostępniono bunkry, ślady wyrzutni V3. Ale możesz sobie wybrać wiek, przez który chcesz patrzeć na wyspę.  Zmrużysz oczy, poczujesz sepię. Dziewiętnasty wiek odciska się w kurortach, w drewnianych fasadach starych domów, w zwieńczeniach dachów. Tu i tam w malowanej w różne kolory cegle – raz czerwonej, raz żółtej, raz w odcieniach brązu. Idealnych proporcjach przed nadejściem ery pudełek.

I zrobiliśmy też wypad na Uznam, na niemiecką stronę. Najpierw podróż linią kolejową, jakby kolejką Piko, mijając modelowe domki. A potem zeszliśmy nad morze. Są tu trzy mola. Gdy wejdziesz na to największe - w Heringsdorfie, może się wydać, że to Sopot – za molem w Bansin widzisz klif, za molo w Ahlbeck portowe dźwigi – Świnoujście przypomina Wisłoujście. I tylko stumetrowe klify Wolina dalej, zaznaczając linię zatoki, mówią – to nie tam, to tu. Mówią także ludzie – zamiast krzykliwego bycia na pokaz, ubrani zwyczajnie, w swetry i dżinsy; bez pretensji. Dużo starszych, bo starsi tu mają pieniądze. I jeszcze ten brak disco polo. Nie ma głośników nad straganami. Tylko cisza, półgłos rozmów, odgłos przesuwających się po ścieżkach rowerów. Wszystko w cieniu zadbanych ogrodów i willi, gdzie zamiast pstrokacizn proporcjonalnie rozkładają się jasności bieli i błękitu. W połączeniu z egzotyką klombów daje to szansę południa.

W południe zawieszamy czas na końcu mola, siedząc w koszu tamtejszej knajpki. I właśnie wtedy, na chwilę spod wody, jakieś dziesięć metrów od nas wynurza się mała foka…

                

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Twórczość": Karol Alichnowicz o "Konstelacji Toposu"

W "Twórczości" nr 3/2016 ukazała się recenzja antologii Konstelacja Toposu. Jej autor Karol Alichnowicz pisze w niej m.in: Każdy z „konstelacjonistów” (jak nazywa ich profesor Jarosław Ławski, autor posłowia do rzeczonej antologii) jest inny, każdy też ma swój niepowtarzalny styl. Angelologia Kuczkowskiego, odkrywanie prawdy w języku przez Glenia, oniryczny dziennik Kassa i jego metafizyka natury, melancholia Nowaczewskiego, namysł Dakowicza nad pamięcią, tradycją i historią, epifanie Kudyby, rozmowy z żywymi i umarłymi Gawłowskiego, zgłębianie tego, co przemija i równocześnie tego, co pozostaje u Jakubowskiego – to tylko niektóre strony owego świata, nie dającego się na pewno zamknąć w kilku zaledwie tematycznych kręgach. Wiersze poetów stanowią zresztą świadectwo różnych odmian lirycznej ekspresji, która manifestuje się na przykład w czułości słowa (Pieśń oddechu mojej żony W. Kassa), w jego wysokim tonie (Głos z tyłu głowyP. Dakowicza), w ironii (Przed drugim przyjściem W. Gawłowskiego), albo w potoczności polszczyzny (Elegia dla Iana Curtisa A. Nowaczewskiego); słowem, w wielu odmianach stylu i rejestrach języka.
Treść recenzji przedrukował też blog Topoi. Można go przeczytać tu: http://topoi-miejsca.blogspot.com/2016/03/tworczosc-karol-alichnowicz-o.html

wtorek, 5 kwietnia 2016

"Tym razem o Nowaczewskim" - felieton Karola Maliszewskiego na łamach "Wyspy"


Gdy chwilami autor jest poza obiegiem, przeocza ważne teksty nawet o samym sobie.
W "Wyspie" (2015 nr 4) można znaleźć felieton Karola Maliszewskiego poświęcony mojej twórczości i jej związkach z muzyką. Spory fragment tekstu znajduje się pod adresem http://kwartalnikwyspa.pl/tym-razem-o-nowaczewskim-felieton-karola-maliszewskiego/

piątek, 18 marca 2016

Przewodnik po zaminowanym terenie. Helikopter: antologia tekstów 2011-2015, wybór i opracowanie Krzysztof Śliwka, Marek Śnieciński, Wrocław 2015


























Nakładem Ośrodka Postaw Twórczych/Biura Festiwalowego IMPART ukazała się antologia Przewodnik po zaminowanym terenie, której redaktorami są Krzysztof Śliwka i Marek Śnieciński. Zawiera ona wybór tekstów zamieszczonych w sieciowych publikacjach magazynu "HELIKOPTER" (http://opt-art.net.pl/helikopter/) w latach 2011-2015. Powstał tom o objętości ponad pięciuset stron. Różne są metody układania antologii, różnoraki bywa sposób doboru autorów, a przede wszystkim układ tego typu publikacji. Redaktorzy Przewodnika po zaminowanym terenie wybrali najtrudniejszą i najambitniejszą ścieżkę - zdecydowali się na układ tematyczny. Dzięki temu otrzymujemy dość reprezentatywny obraz współczesnej poezji ostatniej dekady, kojarzonej z dykcjami, które można w niej usłyszeć "po BruLionie"- widzimy, co bywa inspiracją do pisania w naszej epoce, jakie dominują w niej mody, przenikają się tradycje i wpływy. Nawet dla osób już rozeznanych w temacie, próba uporządkowania sobie obrazu polskiej poezji staje się najczęściej daremna. Jak połapać się w tym chaosie, znaleźć w nim swoje miejsce jako autor i czytelnik? Stąd praca antologisty może być faktycznie wejściem na pełen niespodzianek zaminowany teren i wystawiona na pomyłki. To ryzyko, które zawsze trzeba ponieść, zwłaszcza gdy w środku książki,  ponad setka autorów i kilkaset tekstów. Każdy z nich zajrzy do środka i znajdzie tam swoje nazwisko, ale powiedzieć, że jest się w środku, to nic nie powiedzieć.  Śliwka i Śnieciński jako redaktorzy wychodzą z tego przedsięwzięcia obronną ręką,  głównie dzięki temu że poprzez swój wybór starają się mówić "jak jest", a nie ulegają pokusie, żeby projektować rzeczywistość.

poniedziałek, 14 marca 2016

Starogard Gdański – Pelplin. Zapis jednej marcowej wycieczki

            Gdy wysiada się na dworcu w Tczewie i jedzie dalej w kierunku Chojnic, strumień pasażerów przelewa się szybko z jednego peronu na drugi; każdy chce zająć dogodne miejsce w szynobusie. Mało kto chce siadać w przelocie, na rozkładanych siedzeniach, które ciągną się wzdłuż ściany.  Chcąc nie chcąc, siedzisz twarzą w twarz z połową wagonu. Patrzysz przed siebie – widzisz pasażerów z naprzeciwka, obrócisz się w prawo albo w lewo, trafiasz czyjś profil lub ucho. Siedzenia są za wąskie,  więc nieraz czuć na ramieniu czyjś bark albo łokieć. Nawet wzrokiem ciężko jest gdzieś uciec, więc zapadasz się w sobie, głębiej w swoją wewnętrzną przestrzeń. Najlepiej, żeby cię w ogóle nie było, żebyś był tłem, niewidzialny, prześwitujący ścianą pociągu i gałęziami mijanych drzew.

-Czy to pociąg do Starogardu Gdańskiego?
-Tak.
-To zajebiście!

Czujesz dno butelki 0,7, na które opadły dziesiątki wypalonych wczoraj petów. Ich dym zszedł w płuca, wgryzł się w każdy centymetr ubrania i w palce. Na siedzenie naprzeciwko opadł „Człowiek-Gorzelnia”. Nie jest metrykalnie stary. Knot jego wyniszczającego życia wypala się szybciej. Jest przeżarty przez swoje przejścia na wylot i rozpoczyna dialog z całym wagonem. Z lewej strony otwiera front zachodni z „Twardą Babcią Swawolnej Wnuczki”. Twarda Babcia jest miękka wobec Zosi, którą karmi dropsami. Wobec zewnętrznego świata jest zasadnicza jak nastroszona broniąca grzędy kura. Krótka ostra wymiana zdań między nią a Gorzelnią prowadzi do zatrzymania frontu i osadzenia go w roli pijanego kogucika. Nie będzie podboju Paryża, tu możliwa jest jedynie wyczerpująca wojna pozycyjna. Pozycje są zaznaczone wyraźnie od pierwszego zdania. Gorzelnia zwraca się więc na wschód. Ale człowiek wschodni tylko słucha, nic nie mówi. Widać, że chce mu się śmiać. Gdyby rzucił choć jedno zdanie, o które Gorzelnia mógłby się zaczepić, już nie miałby jak się wywikłać z tej rozmowy. Jest więc monolog. O tym, gdzie pił wczoraj, ile wypił; skąd przyjechał – jest gastarbeiterem znikąd; to pielgrzym-budowlaniec-wieczny tułacz, który po siedmiu latach wraca do ojczyzny i ojca swojego przeprasza. Czy uzyskuje przebaczenie nie wiadomo, ale „teraz są pieniążki, teraz to inna rozmowa, inny powrót to będzie!”.

Na razie jednak przerywa te rozterki głos kierownika pociągu.
-Bilety do kontroli!
Żeby sprawdzać bilety, najlepiej mieć głos tubalny.
-Tu jest bilet – mówi Gorzelnia – Ja do domu jadę, mam bilet, mam bilet – i pokazuje wymięty papier.
Jest bilet, więc Kierownik mierząc tylko od góry do dołu pijanego człowieczka, mówi do niego wzrokiem, mówi do niego wzrokiem, mówi do niego wzrokiem: tylko nie podskakuj.

Gorzelnia siada, a pociąg zatrzymuje się na jakiejś pośredniej stacji. Kierownik wychyla się przez drzwi. Odjazd! – mówi do krótkofalówki, a potem… podrzuca ją w powietrzu i łapie w locie jakby łapał rewolwer. Odzywa się w nim westernową młodość, jakaś oglądana w telewizji Bonanza.
Pociąg rusza, Kierownik idzie dalej, a Gorzelnia budzi się z letargu. Nikt nie odpowiada na jego zaczepki, więc sam dla siebie snuje opowieść, jak to w życiu jest (jak jest wiadomo – bywa ciężko). Widzi i słyszy jednak, co się dzieje wokoło. Dwaj metroseksualni młodzieżowcy rozmawiają o lekcjach historii. Nie wiadomo z jakiej są szkoły, ale jest pewne, że historyczka zapytała ich ziomka o to, kto był pierwszym biskupem Polski. I ten ziomek, wiesz, który odpowiada : Dżordan, haha.
Młodzieżowcy mają bekę. Wyobraźcie sobie Michaela Jordana. Czarny dwumetrowy biskup w wielkich butach najki udziela Mieszkowi chrztu.
-Nie Dżordan, tylko Jordan – poprawia ziomka nauczycielka.
-Ja wam zadam tylko jedno pytanie – mówi na to ironicznie Gorzelnia, ale nie mówi tego do młodzieżowców, wypowiada to w przestrzeń, jak lektor z filmu, którego młodzieżowcy jak rozmawiający między sobą aktorzy nie słyszą.
-Zadam wam tylko jedno pytanie. Kazimierz Dejna? – mówi.
I nad szarymi dachami Starogardu duch unosi się duch Dejny. Chłopaka stąd, który nim wybiegł na stadiony świata, kopal piłkę na tutejszych podwórkach. Który był jednym ze wszystkich nim stał się sobą. Nim został Kazimierzem Dejną.  
-Przepraszam, czy to Starogard?
-Tak.
-Starogard moje miasto! Stąd jest moja rodzina, stąd jest moje podwórko, tu się urodziłem. Tu jest wszystko, co kocham – mówi zawiany. Wychodzi na peron i jeśli wierzyć, że jechał z tak daleka, z samej Anglii, to jego plecaczek jest lekki, a nim tylko kilka wygniecionych brudnych ciuchów. Dokąd iść? Cała jego pewność sprzed chwili ulatnia się. Niepokój zastyga w powietrzu.

            Od dworca wieje depresją. I ciągnie się ten przyczepiony do fundamentów rozkład przez całą długość ulicy Wojska Polskiego. Tam, gdzie kończą się bloki i zaczyn a ciąg starych zatęchłych kamienic – pojawia się ta nadgniła, przetykana bezstylową czerwoną cegłą, secesja, która nie może wznieść się gdzieś wyżej i zawsze będzie secesją z pomorskiego powiatowego miasta. Obsypującym się czasem z bocznej odnogi, plombą przeszłości w teraz.


Fot. Aneta Klimek
            Szliśmy za rogatki miasta nad rzekę, do leśniczówki Kochanki. Ale za miejscem fotogenicznym, z krzyżem, kępą drzew i kapliczką, za skrajem lasu zaczynały się kolejne zabudowania. Najgorzej jest, gdy trafia się za miastem na zabudowę jednorodzinną. Gospodarstwa mają swoje obejście, które można obejść, mieszkają tu ludzie stąd. Na łańcuchach rwą się wiejskie burki, czujne w ujadaniu na cholerny świat. Ale to wszystko jest jakoś do wsi przypisane. W zabudowie jednorodzinnej inaczej. To miejscy za miastem, nowobogaccy na hektarach. Otwarta furtka z rottweilerem. Bezpańskie wilczury mogące puścić się w pogoń za stadkiem saren na pobliskim polu. Dziwny nisko zawieszony zwierz wyłaniający się z krzaków okazuje się cieniem jamnika. Teren wstępu zabronionego, obszar terenu prywatnego.

            Szlak Rzeki Wierzycy wyznaczono niedawno. Przechodzi go pewnie kilkudziesięciu turystów rocznie.  Bo komu by się chciało akurat tu przyjeżdżać? Kilka razy znaki wychodziły na skraj skarpy, ukazując wijącą się w dole rzekę. Mijaliśmy elektrownie wodne. Rozlewiska, gdzie wędkarze szukali swojego szczęścia. Aż wyrosła przed nami Klonówka. Kościół miał kształt rzetelnie gotycki, jeszcze krzyżacki. Zwieńczenie wieży układało się w barok. Miejsce zupełnie na uboczu, w samym centrum zapomnienia. W ostatnich latach jakby próbujące się wybić na istnienie. Na dziewiętnastowiecznych ceglanych budynkach przy ulicy Kościelnej zawieszono tabliczki z oznaczeniem zabytku. Internetowe opowieści mówią o pałacu, którego nie ma. O rodzinie Kalksztajnów i o ich spadkobiercach z rodziny Rudowskich.  Na skrzyżowaniu umieszczono tablicę poświęcona Florianowi Ceynowie, który próbował tu wzniecić powstanie w 1846 roku. Właśnie tu, głęboko w zaborze pruskim, na ziemi deptanej już przez siedemdziesiąt lat przez buty pruskich junkrów.

Fot. Aneta Klimek

            Gdy wyszliśmy z Klonówki, komin fabryczki i wieża kościoła nierealnie wystawały zza wzgórza. Niedaleko była już autostrada. Szybki ruch było słychać z daleka. Pęd, który nigdy tu nie skręcał w popękane asfalty.  Schodziliśmy z powrotem w teren, który się omija. Kilka kilometrów dalej zobaczyliśmy już Pelplin, bryłę katedry, wyrastającą jakby wprost z płachetków pól. Współczesność nie dorastała do jej skali. Na gałęziach wierzb widoczna była już puchatość baź. Pokruszone pnie świeciły się jaskrawymi kolorami porostów i odcinały się od szarego nieba, bladości wczesnego przedwiośnia. Dziwne, że ten kraj najbardziej sobą jest na krawędzi zimy. W oznakach marca tak samo jak w nadejściu listopada… 

  
                                Fot. Aneta Klimek

czwartek, 25 lutego 2016

Zbigniew Chojnowski o Kutabuku w "Toposie"


W "Toposie" (nr 1/2014) znaleźć można m.in. duży szkic o Kutabuku autorstwa profesora Zbigniewa Chojnowskiego. Krytyk zwraca m.in. uwagę na połączenie wysiłku fizycznego z poezją, nierozerwany związek marszo-wierszy z rozterkami duchowymi. To wątek dotąd w interpretacjach Kutabuka wcześniej niepodjęty: To, co robi poeta ze swoim ciałem i z przestrzenią własnej egzystencji, przechodzi do jego wierszy, bo poezja bierze się  duchowo-fizycznych mocowań, spięć, napięć i wyładowań. Artur Nowaczewski tomik Kutabuk wywiódł z chodzenia, podążania po uczęszczanych i nieuczęszczanych drogach, szlakach i bezdrożach.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Różowy most


Fot. Aneta Klimek

Gdzieś, zdaje się, między Gołubiem a Krzeszną nad torami kolejowymi przechodzi most, którego balustradę ktoś pomalował na różowo. Co za pomysł!  Róż – tak mi się zdawało, to największa sztuczność. Najbardziej irytująca, stereotypowa, przeróżowiona - w torebkach i bluzkach. Kicz. Więc gdzie tu róż – w ten dzień grudniowy, na bezśnieżnych Kaszubach? Porażka.  Potrzebowałem dopiero jej oka, żeby zobaczyć to wszystko inaczej. „Co ty mówisz – powiedziała Anetka -właśnie ten róż, nie wiem czy ten kto go tu umieścił, miał tego świadomość, doskonale tu pasuje. Róż to naturalny kolor, zobacz, przecież te drzewa – tam ( i wskazała na wzgórze) - przecież one są różowe!” Nie chciałem wierzyć, ale gdy się im zacząłem przyglądać, tak, faktycznie, w ich koronach przysiadł róż, dyskretny, wtopiony w krajobraz tak, że był prawie niedostrzegalny. Inaczej teraz spojrzałem na pomalowany most. Różowa balustrada zaczęła się stapiać z otoczeniem, jakby podkreślać swoje tło, zamiast świecić żarówiastym różem. Człowiek wyjmuje kolory z natury i zmienia ich konteksty. W naturze pozostają w harmonii z otoczeniem. Tam, gdzie kolor ulega władzy człowieka, może stać się swoją karykaturą. Wczoraj, w lutym, gdy wędrowaliśmy kaszubskim szlakiem, zobaczyłem znów różowe drzewa i teraz okazało się, że to brzozy. To gałęzie brzóz o tej porze roku jawią się właśnie tak. Wcześniej bym ich nie zauważył, nie postrzegałbym ich w ten sposób, ale byłem w swoim życiu dalej - o jeden pomalowany na różowo most. 

czwartek, 18 lutego 2016

Maksymilian Wroniszewski o Kutabuku w "Arteriach"

W 22 numerze "Arterii" (s. 231-233) można znaleźć obszerną recenzję tomiku Kutabuk. Maksymilian Wroniszewski skupił się w swoim szkicu na szczególnej roli, jaką pełni w mojej poezji melancholia: Nie byłoby przecież włóczęgi bohatera, gdyby nie pragnienie oddalenia myśli o utraconym, nie byłoby usilnie drążącego przeszłość wspomnienia, gdyby nie przekonanie o zagubionym w czasie Początku. Literackie odniesienia także nie są jedynie rodzajem erudycyjnego wtrącenia, lecz stanowią coś na kształt orientacyjnego punktu, oswajającego egzystencjalną niepewność. Krytyk jako pierwszy zwrócił też uwagę na cechy wspólne łączące Kutabuka z moimi tekstami reportażowymi i wspomnieniowymi, a nawet z książką, która powstała na bazie doktoratu:  Poeta pozostawia czytelnika na rozdrożu, szlak wędrówki bohatera jego wierszy wiedzie bowiem w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Z jednej strony to ciągłe parcie naprzód, przed siebie, nieustanne wyruszanie w drogę, której patronuje Jack Kerouac, a sygnał do wymarszu daje Herbertowskie z ducha napomnienie: „więc pora, żebyś wstał i biegł” [kutabuk – glossa, s. 37]. Z drugiej zaś – kiedy już przyjdzie bohaterowi przystanąć na chwilę, jego podróż przemienia się w imaginacyjną wędrówkę do czasów minionych, lat dzieciństwa i młodości majaczących niewyraźnie na horyzoncie pamięci. Czytelnikom gdyńskiego poety ta nostalgiczna strategia jest doskonale znana z jego wcześniejszych tomików: Commodore 64 i Elegii dla Iana Curtisa, wspomnieniowych Dwóch lat w Phenianie, a przecież i w akademickich Szlifbrukach i flâneurach nie bez racji upatrywać można echa tych figur wyobraźni, które dochodzą do głosu w jego „młodzieńczych” wierszach. W każdym kolejnym tomie aura niepewności spowijająca wszystko to, co poeta pragnie sobie przypomnieć, o czym chce – zdaje się, że sobie przede wszystkim – opowiedzieć, zaznacza się coraz wyraźniej, tak jakby z każdym dniem powiększała się przepaść między nim a jakimś utraconym Początkiem, którego nijak nie może dociec.


wtorek, 9 lutego 2016

O "Konstelacji Toposu" w "Gościu Niedzielnym"

Miesiąc temu na łamach "Gościa Niedzielnego" ukazał się tekst Szymona Babuchowskiego o antologii Konstelacja Toposu. W ciekawy sposób pokazane są tam powiązania łączące teksty ósemki tworzących Topoi poetów. Tekst jest już w całości dostępny w Internecie pod adresem:  http://gosc.pl/doc/2904458.Wyspy-na-niebie

niedziela, 31 stycznia 2016

Dzień w Wilnie

                                                                                                                              Fot. Aneta Klimek

Wilno we wczesnych godzinach rannych ma przepite oczy. Opustoszały Prospekt Giedymina w poświacie sztucznego światła. Schodzimy w głąb miasta. Szarzeje. Jeszcze słychać beaty z klubu na Wileńskiej, jakiś kompletnie pijany koleś wsiada na rower i rusza w głąb ulicy.  Przed hotelami  rozbuchany przepych, drogie samochody i język rosyjski, w całej jaskrawości pijaństwa. Spod drzwi luksusowych hoteli niedaleko do Ostrej Bramy. Część przechodniów przechodząc pod nią żegna się. Pełna przepaść wśród kobiet na jednej ulicy, w jednym ujęciu aparatu - od modnie ubranych na szpilkach, do babuleniek w chustkach naszych prababć.  Litewski obecny we wszystkich szyldach i napisach nakłada na to miasto trudno zrozumiały szyfr. Taki nierozerwalny splot – swojskiego baroku, rosyjskiej guberni i litewskich językowych zawijasów.


                                                                                                                                    Fot. Aneta Klimek
Na Rossie jedna za drugą polskie wycieczki. I miejscowi Polacy próbujący zarobić – a to za kwiaty, a to za oprowadzanie. Drepczą z autokarów rodacy do świętych miejsc. Do swoich rodzinnych uniesień. Ale pamięć niektórych pewnie nie sięga dalej niż po pozycję w turystycznym folderze. Jechać do Wilna, jechać do Lwowa… Po przeszłość, po coś, co ma barwy bardziej pierwsze. Do kraju, który zawsze od tego dzisiejszego bardziej jest. Koło Bazylianów Cela Konrada. Przychodzi Gustaw w dresach i w nic się nie przemienia. Wchodzi do celi Konrada, wychodzi z celi Konrada. Jak wyszedł – ulga. Można zamknąć oczy i postać w ciszy. Ale szczerze - większe wrażenie robi brama do klasztoru. Wygląda jak z czasów, gdy była zakazana. A tuż obok - wielki świat. Wystawa Dalego i Picassa. Jakby na zaprzeczenie tego, że w ten kąt Europy ciężko dojechać. Wilna architektonicznie w ostatnich dwudziestu latach się nie psuje. Przynajmniej w centrum. Odpowiednie proporcje, eleganckie detale. Ale zachowała się gdzieniegdzie starość nierestaurowana. Niedaleko dworca, tu i tam wciska się graffiti - efektowne i fantasmagoryczne. Rosną dziwne dachy, poddasza, jak dzikie blaszane narośle. Wzdłuż bastionów, wzdłuż rozległych trawników, z panoramami schodzi się nad rzekę, przekracza mostek, wchodzi na ładniejące Zarzecze, knajpki tam wysmuskane, w szybujących cenach. 



Fot. Aneta Klimek





I dalej – październikowe wzgórza. W swoich barwach mieniących się czerwienią, żółcią i mgłą. Gdy wchodzimy na Górę Trzykrzyską nagle zaczyna grać orkiestra. Muzyka obejmuje nas, parkowe wzgórze i wszystko. To szczyt. A potem zejście w wieczór, w uliczkach Starego Miasta ciepłe wnętrza lokali. Światła w nisko zawieszonych oknach, w tych oknach gwar i ludzie. Dzień zapętla się, zapada noc, aż do świtu, który znajdzie nas już gdzie indziej.