Kilka recenzji Hostelu Nomadów:
Izabela Mikrut: Podróż mentalna
Adam Kraszewski: Portal na: Temat
Izabela Pycio: Blog Bookendorfina
Izabela Mikrut: Blog Tu czytam
Blog Prosto z Jeziora
Mateusz Matyszkowicz: Czarnoksiążnik (Trójka)
Krzysztof Masłoń:Bułgarski ślad ("Do Rzeczy",nr 36/2017, 4 września)
Ł. Azik: Bułgaria dla piechura ("Angora", nr 34/2017, 20 sierpnia)
Kilka wywiadów:
Szymon Babuchowski: Meblowanie wyobraźni ("Gość Niedzielny", nr 31/2017, 3 sierpnia)
Katarzyna Hagmajer Kwiatek: Pisarze w podróży (Dwójka)
Jakub Orzeszek: O dźwiganiu czasu ("Topos", nr 5/2017)
Dyskusja:
Sierpniowy sąd nad książką: Colson Whitehead, Artur Nowaczewski i Jan Polkowski, Radio Kraków
niedziela, 1 października 2017
niedziela, 6 sierpnia 2017
Hostel Nomadów już w sprzedaży
Z końcem lipca nakładam Wydawnictwa Iskry ukazała się moja nowa książka - Hostel Nomadów. O czym to? O Bułgarii, którą przemierzałem pieszo w latach 2009-2014.
Gdzie można ją kupić? Na razie znajduje się już w wielu księgarniach internetowych.
Najbardziej polecam bezpośrednio u wydawcy:
Fragmenty książki mozna odsłuchać w wykonaniu Tomasza Borkowskiego na II programie PR
poniedziałek, 31 lipca 2017
Ścinki z notatnika. Sieradz
Teraz
jednak byłem gdzie indziej - szedłem wzdłuż Żegliny. Z mżawki, wyłonili się przycupnięci
nad wodą zakapturzeni wędkarze. Na wzgórzu zamkowym, spośród starodrzewu i
posadzonego tu niedawno berberysu zamiast średniowiecznych ruin sterczały włazy
niemieckich bunkrów, wejście do bazy UFO. Od Wzgórza można było skręcić na niskopienną
dzielnicę rybacką, minąć „Rynek Praski” wspiąć się brukowaną pochyłością do
starego miasta. Z kolei idąc groblą, zagłębiało się już w krajobraz polskiego
niżu. Harmonijnie kończyła się przestrzeń miejska, a zaczynały łąki.
Gdy
jedzie przez Polskę, przez ten cały jaskrawy cyrk bilbordów i eklektycznych bez
ładu i składu stawianych zabudowań, myśli się o nudzie tego płaskiego kraju. W
niej miasto takie jakie jak Sieradz jest jednak wydarzeniem, bo kraj to na tyle
duży, że ma zakamarki nie tylko na krańcach i obrzeżach. Nie chroniło to
Sieradza przed zarazami, pożarami, a nade wszystko – wojną. Nie tylko tą
ostatnią. Pojawiali się tu Tatarzy, Szwedzi i nieoczywiści tak daleko na
południu Krzyżacy. Ci ostatni spalili miasto, wymordowali dużą część jego
mieszkańców, nie szczędząc kobiet i duchownych. Przeor dominikanów błagał krzyżackiego
komtura, którego zresztą znał ze swojego pobytu w Elblągu, o oszczędzenie klasztoru.
W odpowiedzi usłyszał w języku Prusów słowo „Ne prest” (nie rozumiem). Jakże
pasuje tu fraza Herberta „wrogowie muszą się zmieniać/ nic ich nie łączy poza
pragnieniem naszej zagłady”. I tu
w zasadzie, mógłbym zakończyć, bo jakże pięknie kończy się Herbertem. Gdy jednak
wygrzebie się z internetu nazwisko
elbląskiego komtura –Hermana von Oettingen,
można się dowiedzieć, że niedługo potem dostał się do niewoli pod Płowcami. Dostał się i
został niezwłocznie – na rozkaz króla Łokietka - wraz z częścią jeńców zamordowany.
Tak więc historia nie ma żadnej puenty. Ale jest Sieradz…
piątek, 14 lipca 2017
Gdzieś w drodze do Wałcza
eMPi
opowiada o swojej wycieczce na Jurę Krakowsko-Częstochowską, o restaurowanych i
zamienianych w hotele zamkach. Nie ma już powrotu do Jury– gdy średniowieczna
ruina staje się częścią nowoczesnego decorum,
wplątuje się w kontekst współczesności, przestaje być. Zamiast
niedopowiedzenia, obojętności na poboczu i romantyczności starych grafik,
reklamowy folder i wprowadzanie kapitału. Być może w tym leży klucz naszej
drogi do Wałcza. Może jeszcze gdzieś kraj się nie przepoczwarzył, może
przyniesie jeszcze smak harcerskiej ekscytacji sprzed trzydziestu lat? W tych
okolicach sami wyglądamy jak osobniki nie z tej epoki. Kto tu jeszcze wędruje z
plecakami? Gdzie zacząć? Tam, gdzie słabną linie kolejowe, starzeją się dworce.
Przemknąć nieużywanymi brzegami lasów, koło wymarłych cmentarzy. Czy nazwy już
wsiąkły w ziemię? Ilekroć znajdę się gdzieś na Pomorzu Zachodnim, myślę że dziś
to właśnie są Kresy, bo wyrazistsze niż prowizoryczność i tandeta stają się tu
cienie przeszłości. Przecież wyobraźnia wciąż patrzy tu wstecz, tu leżą
najbiedniejsze polskie powiaty. Może tak już tu pozostanie ludziom żyć w
wiecznym nieodzyskaniu?
Wysiadamy
w Turowie Pomorskim. Pierwszym obiektem na trasie, który przykuwa uwagę jest
pałac w odległych o pięć kilometrów Wilczych Laskach. Po drugiej stronie drogi
znajdują się ostatki starego parku, gdzie widać ślady założeń wodnych. Po
powrocie do domu na starych pocztówkach znajdziemy nawet staw z łódką. Pałac
należał do jakichś von Boninów. Wszystko w czasach, gdy było to Wulflatzke. Niewiele jesteśmy w stanie
powiedzieć o historii tego miejsca, więc zagłębiamy się w swoich, rodzinnych.
Jak rozgałęzia się nasze pochodzenie i gdzie wiodą ślady rodzin. Rozmowa ma
smak nalewki z rokitnika, którą eMPi przywiózł w piersiówce. Zapadamy się w
las. A potem docieramy do wsi, której nie ma. Steinforth istnieje tylko na
niemieckich cieniowanych mapach. Wieś zaczęli rozbierać sami Niemcy, Sowieci dokończyli
jedynie dzieła zniszczenia. Inaczej las. Ten do niedawna nie istniał. Było to
pole zryte gąsienicami czołgów sowieckiej dywizji stacjonującej w Bornem.
Dopiero po wyjeździe Rosjan, zaczęto teren ponownie zalesiać. Dziś wydaje się
jakby rósł od zawsze.
Mamy dojść do Bornego, ale nadciągają chmury. Rozpętuje się burza,
ściana deszczu odcina nas na pół godziny od świata w leśnej wiacie. Chwila się
zawiesza jak gra, która się „nie wgrała”. Czas osiąga nareszcie swoją długość i
gęstość. Deszcz w końcu ustaje i można iść. Mapa podpowiedziała cmentarz
radziecki. Spodziewamy się tam grobów żołnierzy z czerwoną gwiazdą. Owszem są.
Na pierwszym planie dziwny pstrokaty osypujący się z farby pomnik pepeszy. Ale
dalej, w głębi – połowa grobów należy dzieci. Grubo ponad setka dziecinnych
grobów. Obok nich zmokłe na deszczu pluszowe zabawki. Na jakim poziomie była tu
opieka lekarska? Nie wiadomo, Borne Sulinowo było miastem zamkniętym, a czasy,
gdy stacjonowała tu Armia Radziecka na zawsze już pozostaną nierozpieczętowane.
Dlatego nie wiadomo, dlaczego tak dużo tu grobów nieznanych żołnierzy, przecież
nie chowano tu poległych w walkach. Co kryje się w tych historiach. Czy byli to
sołdaci, którym wymierzono wyroki albo dezerterzy?
Borne Sulinowo żyje z nostalgii. Na podwórkach walają się jeszcze kamienie
z wyrytymi swastykami, sprzęt bojowy, inne czołgi trwają na cokołach. Na miasto
patrzą ziejące pustką okna bloków typu „Leningrad”. W wartowni umieściła się
pasmanteria, w innej sklepik z torbami. Sklep spożywczy nazywa się Marusia,
ośrodek wczasowy „Galeria PRL”. W scenerii koszarowego miasteczka, na tle wielkich
opuszczonych magazynów efektownie wypadają zloty pojazdów militarnych. Nawet
lokale gastronomiczne próbują grać na tej nucie – „Restauracja Sasza” w dawnej
oficerskiej stołówce. Jest kwas chlebowy, herbata z samowara i kilka dań
kojarzących się z kuchnią krajów dawnego ZSRR. Współczesność to przede
wszystkim design obsługi krajobrazu. Rozwieszone na murach zdjęcia miasta z
czasów koszarowych, informacyjne tablice opisujące Dom Oficera, Willę Guderiana
i inne budynki. Z oficjeli dotarł tu chyba jedynie wicepremier jednego z
efemerycznych rządów, który w latach dziewięćdziesiątych posadził lipę w
centrum. Są też nowe chodniki. Poza pensjonatowo-wczasową częścią miejscowości
liczne tabliczki „na sprzedaż” widnieją w oknach i na balustradach balkonów. Mieszkania
kupiło tu kiedyś dużo emerytowanych górników. Chcieli mieszkać blisko natury.
Dla ludzi w wieku produkcyjnym cisza i spokój to jednak za mało. Kolejne
pokolenie nie widzi tu żadnej przyszłości poza pielęgnowaniem retro. A żyć z
tego przez cały rok raczej ciężko. Niektórych domów w ogóle nie zamieszkano.
Dzikie zielsko sąsiaduje z klombami, w których kiedyś mieszkała jakaś myśl
ogrodnicza.
Rano wyruszamy na południe leśnymi drogami. Drogi asfaltowe pozostałe po
Armii Radzieckiej wyglądają teraz jak wysychające kałuże. Wychodzimy na
Diabelskie Pustacie, Wrzosowiska Kłomińskie. Tu, z niewielkiej wieży, umiejscowionej
na szczycie pagórka widać pola wrzosu, a za nimi aż po horyzont czubki
drzew. Rozległość pustki. Pojemność słowa. Gdy pustać traktować jako pustać
zatrzymuję się na krawędzi lasu. Widać nasze plecaki, drogę, którą przyszliśmy
i którą schodzić będziemy. Gdy wyobrazić sobie Pustać jako postać z jakiegoś
wiersza Leśmiana, coś lub kogoś, jest zupełnie inaczej. Pustać zajmuje się
przede wszystkim znikaniem. Zupełnie jak dziewczynka ze współczesnej psychologizującej
bajki. Znikała, znikała aż zaczęła wrastać w ścianę. Gdy zaczęła krzyczeć,
wyszła ze ściany jej matka, babka, ciotka… Gdyby zaczęła krzyczeć Pustać,
wyszliby ze ściany lasu więźniowie jenieckich obozów, ludzie, którzy padli
podczas marszu śmierci albo tutejsi Niemcy. Wyszło by bydło, padłe podczas
bombardowań, czyjś porzucony pies.
Oddech krajobrazu, rytm swoich oddechów na leśnym dukcie. Wchodzimy do
Kłomina. Chcielibyśmy ją sobie wyobrażać jako mniejszą Prypeć, miasto widmo,
nietknięte przez nic oprócz czasu, jakąś zonę poza prawem. Ale w Kłominie wita
nas dźwięk koparek, odgłos przewalanego gruzu. Rok po roku miasto znika,
zostały tu tylko cztery budynki obrosłe chwastem. Wchodzimy do jednego z
widmowych bloków, widzimy drzewa samosiejki w rogach pomieszczeń. Chrzęszczą
buty na grudkach gruzu, na pokruszonych płytkach. Tak właśnie, coś co miało
kiedyś nazwę, już pozostanie puste. Nie znajdzie dalszego ciągu. Koniec świata
także ma swój kulminacyjny punkt i chyba już przybyliśmy trochę za późno. Jest
jeszcze tylko zaczepienie, mieszczące się w kadrze lub wyobraźni.
Niedaleko za Kłominem dowiadujemy się o istniejących tu obozach
jenieckich. Oflagu Gross Born. W środku lasu czytamy z tablicy o historii
francuskiego podkopu, o długości 117 metrów, który wyprowadził dwudziestu
jeńców na wolność. Nasze wyobrażenie o obozie jenieckim kreowała Eroica Munka. Tu mamy coś więcej niż
strzęp starego filmu. Jest przestrzeń, w której stały dziesiątki baraków,
apelowe place. Jeńcy polscy zorganizowali tutaj olimpiadę. Z doczytywań
dowiadujemy się też, że w oflagu tym więziony był m.in. Witold Wirpsza, który
na podstawie swoich doświadczeń napisał „Pomarańcze na drutach”. Żaden las w tej okolicy nie opowiada po
prostu lasu…
W Nadarzycach chwilę odpoczywamy pod sklepem. Na
ławeczce obok miejscowych. Miejscowi zdają się zajmować jedynie zbieraniem
grzybów. Słychać silniki odrzutowych samolotów. I nagle jak nie huknie! Raz,
drugi.
-Zawsze tu tak strzelają? – pyta eMPi.
-Czasami codziennie – odpowiada jeden z panów
sączący piwko.
„Czasami codziennie”, czyli codzienność ma
wyjątki, ale na ogół…
Nie jesteśmy pewni jak dalej droga będzie
przebiegać. Czy szlak będzie oznakowany? Przecież to szlak 4 Dywizji Piechoty
Wojska Polskiego. Tego Ludowego. Niechciane są jego walki i bezużyteczne zwycięstwa.
Odnieść można wrażenie i że zwykły jego żołnierz, w tym orzełku bez korony, bez
sensu błąka się po historii, zostaje wyrzucony na jej śmietnik, złomowisko.
Dlatego pytamy o drogę małżeństwa przejeżdżającego obok drogą. Kilometr dalej
rozpoznajemy między prętami ogrodzenia psa, który na nas ujadał w samochodzie.
Gospodarz podchodzi do furtki i jeszcze raz tłumaczy marszrutę do Zdbic.
Okazuje się to jednak zbędne. Znaki odmalowano. I teraz oddajemy się
poszukiwaniu zamszonych bunkrów. Idziemy niewidzialną osią Wału, wspiera się o
pagórki, blokuje przesmyki, to kryje się, to wyłazi spod ziemi, jeży naprzeciw
starej granicy. Budowano go w połowie lat trzydziestych. Miał chronić Niemcy
przed atakiem Wojska Polskiego. I Polacy przyszli, co prawda nie jako wojsko
przedwrześniowe, ale u boku Sowietów. Jak żadna linia obronna w tej wojnie, i
ta nie powstrzymała natarcia na długo. Przełamanie nastąpiło koło Zdbic. Tu
właśnie jest camping, na którym mamy zamiar nocować.
Pod sklepem zagaduje nas wesoło mężczyzna w
ogrodniczkach.
-Panowie, to co robicie, jest wyjątkowe.
Turysta z plecakiem to rzadki widok. Ile to kilometrów dzisiaj? Skąd idziecie?
Opowiadamy pokrótce swoją trasę.
-Robicie wielką rzecz! – mówi z entuzjazmem.
Zwracam uwagę, że mówi elegancką polszczyzną.
Dokładnie wymawia słowa. Zaskakuje nas propozycją noclegu. Wahamy się chwilę.
Niepotrzebnie. Okazuje się, że po prostu nas zaprasza n nocleg i kolację.
Musimy tylko poczekać pół godziny, bo potrzebuje jeszcze zrobić kurs
samochodem.
Po pół godzinie znajdujemy się pod jego domem.
Jest to wielka murowana budowla szachulcowa z efektownym dachem. Ściany z
kamienia, którego szary chłód harmonijnie wpasowuje się otaczającą zieleń. Tak
znaleźliśmy się w gościnie u Pana Waldemara.
Nasze graty składamy na werandzie campingowego
domku i idziemy nad jezioro. Jest czas, żeby pomoczyć stopy, popływać. Domów na
działce są dwa – ten nobliwy szachulcowy, czyli nowy, który wygląda jak stary i
ten prawdziwie stary przycupnięty obok, w którym gospodarz mieszka. Przestrzeń
między budynkami a jeziorem wypełnia sad i ogródek warzywny. Prosto z grządek
dostajemy do łuskania bobu, który za chwilę zjemy na kolację. Na małym stoliku
w cieniu owocowych drzew gospodarz rozkłada talerzyki i serwetki. Oprócz
gotowanego bobu zajadamy gotowane kacze skrzydełka.
-Widzę, że chce pan o coś spytać – uśmiecha się
do mnie Pan Waldemar. -Dlaczego buduję taki dom?
-Nie tyle o dom. Tylko o styl. Skąd taki pomysł
na życie– odpowiadam
Chwilę się zastanawia. Nie chciał żyć w mieście.
Wybrał życie tutaj, gdzie nie ma radia, telewizji, internetu. -To przyszło do
mnie dość wcześnie – mówi – jak miałem
dwadzieścia sześć, może dwadzieścia osiem lat… Kupiliśmy tę działkę w 1989
roku. W tamtych czasach ludzie, którzy mieli kapitał kupowali pałace, potem
zresztą wiele z nich doprowadzili do ruiny. A ja postanowiłem zbudować swój dom
od postaw… Takich tu nie budowano, te okolice zawsze były bardzo biedne. Mój
powstał na wzór domu, który znajduje się pod Rzymem.
W tym kawałku świata, który należał do Pana
Waldemara jego osobowość nadawała otoczeniu ład i że ten skrawek półwyspu nad
małym jeziorem w Zdbicach był jak niepodległe państwo niepoddające się zmiennym
albo chwilowym trendom. Ludzie budowali swoje domy, by się nimi popisywać przed
otoczeniem, prowadzić tu życie sytych sybarytów. On zdawał się bardziej
angażować w sam proces tworzenia, jak artysta, który chce dopracować wszystkie
detale. Nawet ścieżki, którymi przemykał po posesji były cieniste, dla
człowieka pracującego cień jest bardziej pożądany niż męczące słońce. Na słońce
przyjemnie było patrzeć wieczorem, gdy chyliło się ku zachodowi, po drugiej
stronie jeziora, spomiędzy drzew w sadzie. Ogród służył zarazem do pracy, jak i
jako tło, plener. Urzeczenie gospodarza starymi osiągnięciami cywilizacji miało
też fundament z kultury. Jak to pisał Bobkowski – „cywilizacja i kultura, to
tak jak hasło i odzew na ćwiczeniach wojskowych”, coś wzajemnie sobie
odpowiadającego; coś, co jedynie razem jest kompletne. Świat rzucił hasło
cywilizacji, ale nie uczy już ludzi odzewu kultury.
Okazało się, że aktywność gospodarza wykraczała
poza własne opłotki.
-Ostatnio kosiłem trawę koło niemieckich
grobów. – zaczął opowiadać. -I widzę, że ktoś mnie pozdrawia. Skinąłem głową. A
ci ludzie nadal coś do mnie mówią. Zgasiłem kosiarkę. Okazało się, że to
Niemcy.
-To dziwne, że mnie pozdrawiacie.
-W naszych okolicach, na wsi jak ktoś pracuje,
to się go pozdrawia – mówią.
-I u nas tak było, mówię im, ale teraz już nie.
Później widocznie postanowił, żeby nasza
rozmowa weszła na inny pułap:
-Gdańsk kojarzy mi się z festiwalem muzyki
barokowej – rzucił hasło.
-Faktycznie, to wspaniały festiwal –
potwierdził eMPi.
-A teraz, panowie, zagadka, skąd zawsze znam
cały jego program, skoro nie mam tu żadnych mediów?
-Od kogoś?
-Mogę korzystać jedynie z prasy.
-…
-Podpowiem jest tygodnik.
-To pewnie z „Tygodnika Powszechnego”…
-Tak, czytam „Tygodnik” od deski do deski, kiedy
tylko mam czas.
Z wrażeń koncertowych, rozmowa zeszła na nasze
czucie muzyki, i własne literacko-muzyczne próby, które pozwalały patrzeć na
muzykę „od środka”.
Wieczór powoli się kończył, myślałem o naszej
wycieczce jak improwizacji, w której trzeba wykorzystać wszystkie słyszalne
tony, wejść w nią. Zgranie zespołu wędrujących. Tempa. Nastroju. Odpowiedzi na
sygnały przychodzące z zewnątrz. Na przygodność. To tutaj spotkanie, które
wieńczy dzień, czyni samą małą wyprawę niepowtarzalną. Tworzy utwór, który
zapiszemy na swoich płytach, twardych dyskach, będziemy w stanie odtworzyć,
wrócić do jego barw i tonów.
Pan Waldemar jakby to wyczuł.
-Chodźcie. Pokażę wam coś, co się panu Arturowi
przyda do kompozycji. Zdejmijcie buty, bo nie mam czasu na sprzątanie.
Weszliśmy boso do starego domku. Było to
miejsce surowe. (Zawsze tu mówią „AAAle ma tu pan pracy….” - skomentował Pan
Waldemar). Mieszkanie przypominało warsztat pracy jakiegoś aktywnego mnicha.
Dużo sakralnych obrazów na ścianach, w przechodnim pokoju stół, na którym leżał
przerwane w połowie jakieś pismo. W kącie Chrystus frasobliwy. Atencja
dotyczyła też winylowych płyt.
Przez chwilę zdawało się, że gospodarz sięgnie
po jedną z nich, będzie to coś ambitnego, muzyka poważna jak obrazy Vermeera.
Usiedliśmy na kanapie, a on wsadził do kieszeni cedek, podkręcił głośniki i
cały dom ogarnęła teraz muzyka Melody Gardot. Trzeba czuć w sobie melodię,
której nic z zewnątrz nie zagłuszy. Nie podepcze. I tak, Waldemar pokazał nam
kawałek swojego świata, rąbek duszy, a potem… wrócił do swoich zajęć, my zaś
jeszcze wypiliśmy piwo na małym pomoście w zatoczce trzcin.
Kulminacja naszej wyprawy już nastąpiła. Trzeci
dzień miał być początkiem powrotu do zwykłych światów. Wkradło się znużenie, do
południa, maszerowaliśmy głównie milcząc, kolejne omszałe bunkry nie robiły już
na nas takiego wrażenia. Szlak meandrował po stokach wzgórz, gubił się w
gąszczu. Myśleliśmy intensywnie o Wałczu, który wyrósł jak cel – miejsce, gdzie
będziemy kończyć wędrówkę. Starczyło jednak motywacji na zdemontowaną trasę
wąskotorówki, która byłaby idealnym plenerem dla nostalgicznej prozy Huellego.
Na stokach było widać osuwające się bunkry. W skansenie zaś mogliśmy przyjrzeć
się od środka grupie warownej, przebyć korytarze, poznać rozkład pozycji,
której broniło pięćdziesięciu ludzi.
W Wałczu początkowo bezskuteczne poszukiwanie
miejsca, gdzie można by zjeść. Nic nie było w okolicy dworca, ani jednej budy z
zapiekanką, kebabem. Martwa przestrzeń, poniemieckie niemiejsce, z dworcem
zamkniętym na kłódkę, bez kasy i poczekalni, nawet ławki z peronu poddane były
renowacji. Pod ponurą ceglastą ścianą dworca siedziała młoda kobieta i
puszczała na cały regulator „Ona tańczy dla mnie”. Na szczęście po drugiej
stronie torów znaleźliśmy „Bar na Bunkrze”. Byliśmy u celu. Cieszyliśmy się
dwiema godzinami w Wałczu jak studenci mający jeszcze na wszystko czas w
plenerach swojej młodości. A potem trzeba było wracać. Lśniący nowością, świeżo
po renowacji dworzec w Pile wyglądał jakby pochodził z innego kraju albo
zaboru. W pomieszczeniu obok kawiarenki odbywał się fotograficzny wernisaż.
Przyjęliśmy ten nagły przeskok ze spokojem. Przecież wystarczyło wyjechać z
Piły, by znów znaleźć się w polskim nigdzie, gdzieś nad brzegiem Noteci.
(10-12.07.2017)
poniedziałek, 22 maja 2017
„Bajdarką” przez Kanał i Niemen do Druskiennik
Piątym szczepem litewskim, może najmniej licznym, byli właśnie
Jadźwingowie. Lud ten dziki, napastniczy i bitny, ze swego gniazda (którem były
bagniste puszcze i brzegi jezior w okolicy dzisiejszego Rajgrodu, Augustowa i
Suwałk, położone na północ rzeki Leki, przezwanej następnie Łykiem),
korzystając z pasma lasów, odgraniczających Mazowsze od Rusi, wbijał się ku
południowi po tym szlaku klinem między Mazowszan i Ruś. – pisał w Geografii ziem
historycznych dawnej Polski Zygmunt Gloger. Nazwę Jadźwingów wywodził on od
litewskich wyrazów: uż i winge lub wingis. Pierwszy znaczy za, a dwa ostatnie oznaczają: kąt,
węgieł, stąd uzwingis znaczyłoby to samo, co mieszkaniec
zakątny, pokucianin pobereżec. No więc razili póki mogli Jadźwingowie swoich
sąsiadów zza węgła. Przemykali pasmami lasów– by nagle wychynąć, a to w Ziemi Chełmińskiej,
a to w Małopolsce, paląc i mordując. Trwali tu, aż sprowadzeni przeciw nim i
ich ziomkom Prusom Krzyżacy nie wyrżnęli ich w pień. Ich wódz Skomand uciekł na
Litwę, ale potem wrócił i służył Krzyżactwu, prowadził je na Grodno niczym
indiański przewodnik wojska Custera przeciw Siuksom.
![]() |
| Fot. Bartosz Januszewski |
Dawna ziemia Jadźwingów nieraz
jeszcze miała nasiąkać krwią. Dzisiaj kompleks leśny, choć już nie
tak zwarty rozciągał się na czterdzieści kilometrów wzdłuż i wszerz. Mapa
Puszczy Augustowskiej upstrzona była miejscami bitew. 1863, 1939, 1944.
Starcia, potyczki. Powstańcy styczniowi, cienie Września, Burza zwiastująca
nadchodzącą godzinę W.
-„Skwawione
ziemie” – skwitował Bart. – A o Obławie Augustowskiej słyszałeś?
Płynęliśmy
kajakiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, które łączył Kanał. Wiosna była
wyjątkowo spóźniona w tym roku. Koniec kwietnia, ale żadnych oznak majówki. Drzewa
nie zdążyły się zazielenić. Trwały ponure, nieruchome, rozsnuwając wokół
lodowaty cień. Chmury przesłaniały niebo, ziąb szedł od wody - można było sobie
wyobrazić, że to nie okolice Suwałk, lecz jakaś Karelia, rosyjsko-fińskie
pogranicze, krajobraz w zasiągu Kalevali.
Nie
słyszałem o Obławie. A przynajmniej nic konkretnego. Największa zbrodnia
Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny światowej. Lipiec
1945. Odziały Armii Czerwonej przy pomocy UB i WP przetrząsają dokładnie wsie i
okoliczne lasy. Aresztują każdego, na którym może spocząć cień podejrzenia
współpracy z niepodległościową partyzantką. Dwa tysiące osób zostaje
zatrzymanych. Część po przesłuchaniach i torturach zwolniono. 250 Litwinów
zostaje przekazanych litewskiemu NKWD. Około 600 Polaków zostało wywiezionych w
nieznanym kierunku. Nie wrócił nikt.
NIKT.
Nikt nie wie, gdzie zginęli. Gdzie są pochowani. Są tylko plotki, pijackie
bredzenia. Jakby nastąpiła utrata świadomości. Po przebudzeniu brakuje
sześciuset ludzi. Świat przechodzi nad tym do porządku dziennego. Nie takie
liczby mordowano jeszcze niedawno. Co znaczy sześćset w tą czy tamtą.
| Fot. Bartosz Januszewski |
Przyjechaliśmy
przepłynąć Kanał Augustowski, przekroczyć granicę na wodzie, przedostać się na
drugą stronę lustra, gdzie prowadzi „Awgustowskij Kanał”. Stare śluzy,
architektoniczny ład – upewniały nas jednak, że nie ma mowy tu o przekraczaniu
granic – jedna i ta sama kultura materialna zrodziła ten cud inżynierii. A
gdyby były wątpliwości wystarczyło czytać podpisy, daty z trzeciej dekady XIX
wieku. Generał Prądzyński nie tylko potrafił dowodzić na polu bitwy, ale i
zbudować coś trwałego. Zaraz zaczynamy dyskusję o powstaniu listopadowym. Czy
miało szanse? I wspominam czytaną dwadzieścia lat wcześniej książkę Jerzego
Łojka.
Śpimy
pod namiotem. Jest cholernie zimno. Mokro nie udaje się rozpalić ogniska. Bart jest
uparty. Chucha i dmucha. Zużywamy połowę zapasu chusteczek higienicznych, ale
na próżno.
W
nocy wychodzę za potrzebą. Gdy wracam do namiotu – snop światła z czołówki pada
na otwartą kosmetyczkę Barta. W niej świeci się coś psychodelicznie.
-Co
to?!
-A…
Aga nam dała. Powiedziała – macie – Bart wyjmuje z kosmetyczki dwa wielkanocne
zające. Mówię jej – zostaw dzieciom. Dzieci już się po uszy objadły tymi
zającami, ona na to. No więc są. Na koniec można zjeść, jak się wszystko uda.
Rano,
gdy wypływamy w dalszą drogę, widzimy, że po drugiej stronie kanału – niecałe
sto metrów od nas znajdowała się karczma. Można było więc było tam się ogrzać i
wypić coś mocniejszego. Cóż – nasze frajerstwo…
Drugiego
dnia jest trochę rozpogodzeń. Na jednym z postojów wyłania się z lasu Straż
Graniczna. Mówią tylko dzień dobry i mierzą nas wzrokiem. Nasz kajak, i kaptury
-wyglądamy jak krzyżacka służba, jakieś pokręcone knechty, które zapuściły
zagon na jaćwieskie ziemie.
Śluzowanie
zawsze robi wrażenie. Cała operacja trwa z dziesięć minut. Poziom wody nieraz
opuszcza się o trzy metry. Jest tak zimno, że praktycznie nie widać żadnych
kajaków. Jest rodzina Ślązaków płyną na takich jak nasze kajakach Szota. Ale spływ
kilkudniowy odbywamy tylko my.
-O
sezon na kajaki już się zaczął? – ni to pyta, ni stwierdza chłopak w sklepie,
gdzie kupuję na wieczór butelkę pigwówki. Przyszedł tu asystować dziewczynie za
ladą. Takie ładne młode ekspedientki zawsze mają towarzystwo…
Nie
na wszystkich śluzach się zaczął. Na niektórych trzeba było dokonywać
przenosek. Dlatego dobrze jest się wbijać za barką motorową "Svoboda", którą płyną do
Grodna starsi panowie, tak jak my wykorzystujący ukaz Łukaszenki o ruchu
bezwizowym.
Wieczorem
biwakujemy na dziko, nie mogąc znaleźć pola biwakowego. Za jakimś zakolem
rzeki, na stromym brzegu. Dalej zaczyna się ściana lasu i widać zarysy rowów
strzeleckich, okopów, z czasów wojny. Zapewne tutaj zaczynała się Operacja
Barbarossa. I przez lasy przewaliły się kolejne wojska. Noc jest księżycowa,
ale mroźna. W luku kajaka znajdujemy nad ranem lód. Na trawie osiada szron.
![]() |
| Fot. Bartosz Januszewski |
Granicę
przekraczamy trzeciego dnia w Rudawce. Jedyne rzeczne przejście na wschodniej
granicy Polski. Od pewnego momentu jeden brzeg jest jeszcze polski, drugi
białoruski. Widać słupy graniczne.
Odprawa nie trwa krótko, wszystkie papiery i ubezpieczenie załatwiła
firma Szot, od której wynajęliśmy kajaki. Wszystko tam opisane – „spław
bajdarką” na „Awgustowskomu kanału so szliuzowanijem i noczlegom na turitskoj
bazie Nemnowo”. Potem nasze „bajdarki” kierują się na rzekę Nieman, w
Priewałkie przekraczamy granicę białorusko-litewską i płyniemy do Druskiennik.
Białoruska
część kanału i rzeka Hańcza robią z początku ponure wrażenie. Drzewa, krzaki i
nadbrzeżne zarośla wycięto. Widzimy więc tylko wykorzeniony piach. Za nim od
czasu do czasu objawia się wioska, gdzie dominuje drewniana zabudowa. Nawet
Związek Sowiecki nie zdążył zmienić tych lasów, za blisko do granicy, do
zasieków, kolczastego drutu, strażniczych wieżyczek. W cieniu granic mogła się
rozwijać przyroda. Teraz dopiero, jak granicę otwarto, brzegi postanowiono
ogołocić. Przed Dąbrówką jednak krajobraz robi się bardziej przyjazny. Wysokie
zalesione brzegi. Widać, że poprowadzono po okolicznych pagórkach ścieżki, na
widokowych pomostach można zobaczyć ludzi, którzy świętują 1 Maja.
W
Dąbrówce odpoczywamy dobrą godzinę, łowiąc promienie słońca. Nad rozlewiskiem
porozstawiano wiaty, sporo gości z Grodna, romantyczne parki przechadzają się
brzegiem, dziewczyny jak to tutaj często na szpilkach, nie w strojach
sportowych. Na drodze do Niemnowa znów wypływamy z lasu na otwarty teren. Przed
ostatnią śluzą czeka nas przenoska, do małej rzeczki Ostaszanki.
Ostaszanka
jest wartka. Wije się między kilkumetrowymi stokami. Światło już słabnące
wieczorne. Niedaleko przed nami na brzegu pojawia się bóbr, by z widowiskowym
pluskiem zniknąć w wodzie. Baza Niemnowo, o której mówił nam wcześniej Darek z
Szota to rzeczywiście dobrze przygotowane pole biwakowe. Nasza krzątanina na
brzegu nie uchodzi uwadze miejscowych. Podchodzi młode małżeństwo. Próbuję
zagadnąć do nich po rosyjsku, ale okazuje się, że oni są miejscowi. Miejscowi
Polacy znaczy. Jak zresztą większość ludności w rejonie Sopoćkiń. Na dobrą
sprawę jest tak jakbyśmy z kraju nie wyjechali. Pytają czy nie chcemy
przenocować w domu. Pozostajemy jednak przy namiocie. Po dniach marznięcia,
przecież można tu rozpalić ogień i grzać się przy ognisku.
-To
wszystko możecie palić, to dziadostwo – mówi gospodarz. Pokazuje stertę
śmiecia, resztki jakichś szop, dykty, jakieś flaki komórek, z których sterczą
gwoździe. Pod ścianą szopy stoi też resztka przykładnie poukładanego drzewa.
-Siekierki
nie chcecie?
Uznajemy
jednak, że to, co jest w zupełności nam wystarczy. Krążę jeszcze po krzakach w
poszukiwaniu gałęzi. Szybko staje namiot i wysiłki przy ognisku zostają
uwieńczone sukcesem. Płomień strzela wesoło w górę. Z przeciwnej strony rzeczki
jakieś dwieście metrów od nas patrzy na nas strażnicza wieża. To tak, żebyśmy
nie poczuli się do końca jak u siebie. Słychać szum wody. Co jakiś czas bóbr
plaśnie z impetem w wodę, jakby ważył bez mała sto kilo. Wypalają się powoli
tematy, zapadamy w nieskrępowane milczenie, słuchając trzasku ognia. Pigwówka
zamyka oczy. Gdy budzę się o pierwszej, ognisko dogasa. Gdzie patrzeć? Co jest
realniejsze? My jesteśmy. Ale za zasięgiem światła bijącego od paleniska,
zaczyna się ciemność, w której spoczęły wszystkie dawne czasy, z której jakieś
nowe pewnie się wyłonią, w staro-nowym, znajomym, a jednak obcym kształcie.
| Fot. Bartosz Januszewski |
Rano
wysypiamy się i ruszamy późno. Ostaszanką do Niemna jest może z kilometr.
Ruszamy
dość szybko, jeszcze do końca się nie obudziłem, myśl jest senna, ale nurt dość
wartki. Widzę wystającą spod wody gałąź i mówię „gałąź”, siedzący za moimi
plecami Bart reaguje kierując kajak bliżej środka rzeki. Dziób ledwo muska
gałąź, ale kilkanaście centymetrów pod wodą znajduje się grubszy konar
zdradziecko wyciągając swoje macki w naszym kierunku. Kajak zatrzymuje się na
przeszkodzie. Momentalnie obrata burtą do nurtu. Mocne bujnięcie, jeszcze
rozpaczliwy ruch wiosłem i słyszę głos Barta:
-Toniemy!
I
widzę jak wyskakuje z kajaka, ląduje w wodzie po pas.
Kajak,
duża komfortowa jednostka, nabiera szybko wody. Wyskakuję i ja, ląduję w
wodzie.
-Obracamy
go! Musimy go obrócić! – krzyczy Bart.
Udaje
się nam obrócić kajak. Wylewa się woda, ale i nasze rzeczy, które lekkomyślnie
– pewnie swego, słabo zabezpieczone, zaczynają wypływać na powierzchnię.
Wyrzucamy paki jedne po drugich na brzeg.
I
wtedy, niespełna dziesięć metrów od nas, w dół rzeki spod wody wynurzają się
nasze termosy. Wesoło chyboczą się na wodzie. Bart robi ruch jakby chciał po
nie skoczyć, ale jest za późno. Przepadło.
-Pobiegnij
zobaczyć dalej, czy jest gdzieś wypłaszczony brzeg, bo tu nie da się go
wyciągnąć – komenderuje mój przyjaciel.
Drapię
się po skarpie do przemoczonych spodni lepi się piach i muł. Za zakrętem jest
kawałek płaskiej łąki z dostępem do wody. Teraz Bart wsiada do kajaka i płynie
tam, a ja przenoszę pakunki lądem. Wyglądam żałośnie. Chlupocze w butach,
przesiąkam zapachem wody. Ostaszanka staje się teraz namacalna węchem. Rzucam
klump zmiętych rzeczy obok kajaka. Na wierzchu ląduje przemokły, świecący się
kolorowo wielkanocny zając – i uśmiecha się do mnie durnie.
Ruszamy
więc dalej milczący i źli. Skupieni, by znów nie wylądować w wodzie. I nagle za
jednym z zakrętów srebrzy się mój termos zaplątany w krzaczory. Chwytam go
szybkim ruchem i humor od razu się poprawia. Termos Barta niestety nie
odnajduje się. Poprzez ciemniejszy kolor trudniejszy był do dostrzeżenia. Na
dodatek, to właśnie w nim znajdowała się herbata, którą mieliśmy się grzać na
Niemnie.
Teraz
nie ma co marudzić. Do Druskiennik ponad trzydzieści kilometrów wodą. A po
drodze jeszcze odprawa. Chwilę potem otwiera się przed nami przestrzeń. Niemen.
| Fot. Bartosz Januszewski |
Robi
wrażenie ta rzeka, tak duża, a o tak dzikich brzegach. W przeszłości często
graniczna, między Prusami a Rosją, więc opuszczona przez ludzi. Po paru
kilometrach po lewej mamy brzeg litewski, po prawej białoruski. Miejscowości
pojawiają się z rzadka na wysokich brzegach. Trochę mężczyzn na rybałce. Nie wiadomo,
czy po cywilu, czy na służbie. Ta rzeka, która płynie na niżu ma miejscami tak
strome brzegi, że aż dziw. Tak ją zapamiętałem, gdy przekraczałem ją po raz
pierwszy pieszo – jedenaście lat temu mostem w okolicy Merecza. Nagle wyszliśmy
z lasu i powietrze stało się świeższe, przestrzeń można było poczuć w samych
płucach, Niemen płynął kilkadziesiąt metrów w dole. A pielgrzymka nie
zatrzymywała się, rozpędzona masa, w śpiewie przechodziła na drugi brzeg. Myśl
o tym, że wspaniale byłoby płynąć tą rzeką w kajaku, pojawiła się nieśmiało
wtedy. Teraz stała się realnością. Więc mogłem zapomnieć o tym, że jestem
zziębnięty, brudny i mokry, cieszyłem się krajobrazami, machaliśmy dziarsko
wiosłami. Spychało nas niekiedy w stronę brzegu, ale miejscami trafialiśmy w
główny nurt i wtedy drzewa migające nam po obu brzegach mierzyły na prędkość.
-Tylko
nie przegapcie tej wieży w Priwałce – brzmiał nam w głowach głos Darka -Nie
wiem jak ją można przegapić, ale takie przypadki się zdarzały. Może to wygląda
niepozornie, człowiek myśli, że to jeszcze nie to, a potem okazuje się, że
jednak. A wtedy – na Białoruś już więcej nie wjedziecie, bo oni traktują to
jako nielegalne przekroczenie granicy.
No
więc pilnujemy się. Na białoruskim przejściu czeka nas delegacja. Trzech ze
Straży Granicznej i jedna celniczka. Witają nas serdecznie.
Dwóch
znika z naszymi paszportami w budyneczku. Jeden z nich zostaje z nami. I
celniczka.
Dokąd
płyniecie? – pyta. Mówi płynnie po
polsku. Pyta czy nie za wcześnie na spływy.
-Latem
tu byś przyjechał – mówi do Barta. – Żonę masz?
-Mam,
ale moja żona w domu.
-Żonę
zostawił w domu, „druga” wziął na katastrofę – dodaję wyłażąc z kajaka.
Wszyscy
się śmieją.
-Wypadek
– zauważa pogranicznik.
-Ano.
Zdarzyło się. Na Ostaszance. Tam koło Niemnowo taka mała rzeczka. A pan dobrze
mówi po polsku…
Białorusin
uśmiecha się spod swojej wysokiej czapki:
-Nauczyłem
się oglądając telewizję. Czterech pancernych się patrzyło. I smerfiki… Potem na
granicy stałem, z z tirowcami rozmawiałem. A teraz tu – nie ma językowej
praktyki…Polaków prawie nie ma. A Litwini to po rosyjsku, ich język bardzo
trudny….
-wymienia
jakieś trzy litewskie zwroty -To tyle mojej znajomości litewskiego…
-Pewnie
mały ruch, pierwszy kajak dzisiaj – zagaduje Bart.
-Pierwszy
w tym roku! – śmieje się mundurowy.
-Gdyby
nie ta granica, to powstałby tu kurort, drugie Druskienniki. Za Związku
Radzieckiego już zaczęli budować. Ale potem Związek się rozpadł…
-Chcecie
coś zadeklarować na granicy? – pyta po rosyjsku dziewczyna, ale takim głosem,
że wiemy – żartuje. -Nie? Alkohol? Narkotyki? Nic? – śmieje się.
Ich
koledzy przynoszą dokumenty.
-No
to zadzwonimy do Litwinów, żeby do was wyszli – mówi nasz rówieśnik, co oglądał
po polsku Smerfiki.
Pomagają
nam zepchnąć kajak na wodę i życzą wszystkiego najlepszego.
Litwini
na drugim brzegu po chwili faktycznie wychodzą. Widzimy ich z daleka. Taka sama
delegacja. Trzech ze straży i celniczka.
-Do
nich to chyba po angielsku trzeba się odezwać – zastanawiamy się.
-Dzień
dobry! – rozprasza nasze wątpliwości najstarszy z celników, gdy już przybijamy.
Też mówi płynną polszczyzną.
Wszystko
się powtarza, tyle, że sprawdzanie dokumentów jest dużo krótsze.
Znów
opowiadanie o porannej przygodzie i znów jesteśmy miłą odmianą w tej nudnej
chłodnej wiośnie nad Niemnem. Jest tak swojsko, jakby mundury były tylko
elementem jakiejś gry terenowej, po końcu której wszyscy mielibyśmy iść na
piwo.
Wsiadamy
do Kajaka. Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się zapowiedź Druskiennik. Na
wysokim brzegu sterczy masyw zadaszonego narciarskiego stoku. Lądujemy pod
mostem, zaczepiają nas wszyscy przechodnie, którzy są Polakami na majówce.
Wkrótce zajeżdża po nas samochód Szota. Opowieści będziemy mogli kontynuować
zaproszeni do wieczornego grilla, Bart będzie brylował znajomością ślonskoj
godki i nie będzie się nam chciało jechać, będzie się nam chciało być…
wtorek, 11 kwietnia 2017
Do tych co czytają
"Nie boli mnie nigdy krytyka, a interesuje. Boli mnie tylko niezrozumienie"
Jerzy Giedroyć w liście do Andrzeja Bobkowskiego
Ludzie przyzwyczajają się do czyichś poglądów – bardziej niż sam zainteresowany. Raz przyczepią jakąś łatkę i są później wierni temu wyborowi. Od środka, od strony głównego bohatera wygląda to zupełnie inaczej – to dynamiczny, żywy proces. Coś kumuluje się bardzo długo, a potem wystarczy jedna kropla, żeby przeważyć. Nie tyle poglądy się zmieniły, bo jeśli tylko ktoś jest wierny swoim zasadom – to jest tu jeden constans, kręgosłup; ale zmieniło się umocowanie, obudowanie tych poglądów, zasad. Oczywiście większość ludzi pozostaje na poziomie powierzchownych płycizn; powtarzanych sloganów, trzymania z jednymi przeciw drugim, większość ludzi chce się utwierdzać i utwierdza się w twierdzach podobnych im powierzchowności. Także powierzchowne i teatralne są ich wolty i zdrady. To z jazgotem takich osobowości, które nie mają w gruncie rzeczy nic do zaoferowania wciąż musimy się stykać, to nimi jesteśmy epatowani. Można całe życie czytać rzeczywistość jak kryminał – poszukiwać ręki mordercy. Ale rzeczywistość nie jest kryminałem, ani melodramatem, rzeczywistość jest jak – dajmy na to – Doktor Żywago, skomplikowana, wielowątkowa, pełna fatalizmu, niechcianych przypadków, jest sumą błędów i niespełnień. Z własnym nagromadzonym przez lata rozpoznaniem rzeczywistości pozostajemy sami – bo jest ona nieprzekładalna, jest tylko nasza, tylko dla nas jest aktem dramatu.
Jerzy Giedroyć w liście do Andrzeja Bobkowskiego
Ludzie przyzwyczajają się do czyichś poglądów – bardziej niż sam zainteresowany. Raz przyczepią jakąś łatkę i są później wierni temu wyborowi. Od środka, od strony głównego bohatera wygląda to zupełnie inaczej – to dynamiczny, żywy proces. Coś kumuluje się bardzo długo, a potem wystarczy jedna kropla, żeby przeważyć. Nie tyle poglądy się zmieniły, bo jeśli tylko ktoś jest wierny swoim zasadom – to jest tu jeden constans, kręgosłup; ale zmieniło się umocowanie, obudowanie tych poglądów, zasad. Oczywiście większość ludzi pozostaje na poziomie powierzchownych płycizn; powtarzanych sloganów, trzymania z jednymi przeciw drugim, większość ludzi chce się utwierdzać i utwierdza się w twierdzach podobnych im powierzchowności. Także powierzchowne i teatralne są ich wolty i zdrady. To z jazgotem takich osobowości, które nie mają w gruncie rzeczy nic do zaoferowania wciąż musimy się stykać, to nimi jesteśmy epatowani. Można całe życie czytać rzeczywistość jak kryminał – poszukiwać ręki mordercy. Ale rzeczywistość nie jest kryminałem, ani melodramatem, rzeczywistość jest jak – dajmy na to – Doktor Żywago, skomplikowana, wielowątkowa, pełna fatalizmu, niechcianych przypadków, jest sumą błędów i niespełnień. Z własnym nagromadzonym przez lata rozpoznaniem rzeczywistości pozostajemy sami – bo jest ona nieprzekładalna, jest tylko nasza, tylko dla nas jest aktem dramatu.
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
środa, 29 marca 2017
Spotkanie autorskie we Wrocławiu
6 kwietnia (czwartek) o godz. 19:30 we wrocławskim klubie poetycko-muzycznym Pieśniarze (Ul. Szewska 68 a) odbędzie się moje spotkanie autorskie, które poprowadzi prof. Dorota Heck. Po spotkaniu wystapi kwartet smyczkowy ,,na strunach głosowych i nie tylko" - nie tylko bo będzie także kilka piosenek...
Serdecznie zapraszam.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Artur Nowaczewski - nowa strona na facebooku
Pierwszy blog założyłem jedenaście lat temu, pod obecnym adresem pozostaję sześć lat. Czasy się zmieniają. Blog na blogspocie pozostaje bez zmian, od czasu do czasu będę tu wrzucał - zwłaszcza dłuższe teksty, ale częstsze aktualizacje (zdjęcia, wypisy z książek, komentarze etc.) będą się ukazywać na mojej stronie na facebooku: Artur Nowaczewski: pisarz, na którą zapraszam.
piątek, 27 stycznia 2017
Dziadek, Bałtyk, Wieczno
Fot. Archiwum MIR
Morze?
Długo jedynie dystans, niechęć, obawa. Wszystko z powodu ekologicznej
katastrofy. Z dzieciństwa zapamiętałem najbardziej obraz zwałów czarnych,
śmierdzących glonów, wymieszanych z wyrzucanymi przez fale na brzeg śmieciami.
Mogłem na ten skażony Bałtyk jedynie popatrzeć, nie wolno mi było w nim
zanurzyć stopy. Pierwszym morzem, które poczułem wszystkimi zmysłami stało się
więc Morze Żółte. Inne od naszego, z inną barwą wód, z kamienistym dnem i
skalistymi klifami. Jeździliśmy nad nie, gdy tato pracował w Korei Północnej.
Ono również mnie jednak nie zachwyciło – poraniłem sobie stopy o ostre ułomki
skał i muszli zalegające na dnie. Dopiero potęga Morza Japońskiego i piaszczysta
plaża w Wonsanie wprawiły mnie w zachwyt.
A potem – powrót
nad Bałtyk. Gdańsk był dla mnie zawsze miastem odwróconym od zatoki. Morze
znajduje się gdzieś na rogatkach miasta i przez całe miesiące można go nie
widzieć. W Gdyni, gdzie teraz mieszkam, jest inaczej: widać je już z peronu
kolejki, bo idealnie prosta ulica 10 Lutego wpada w Skwer Kościuszki. Szerokie
modernistyczne ulice, morska bryza i widoki na gdyńską marinę z lasem
jachtowych masztów odcisnęły się w wierszu „Amsterdam”, zainspirowanym piękną
pieśnią Jacquesa Brela.
Jednak to
najgłębsze i najbliższe morze było we mnie – i w naszej rodzinie – obecne od zawsze: od śp. dziadka Bronisława
Bogdanowicza. Dziadek, kapitan żeglugi wielkiej, wyłania się z mojej pamięci jako archetypowy wilk morski. Gdy miałem pięć
lat, podał mi do jedzenia śledzie w oleju. Byłem tym bardzo przejęty: – skoro
dziadek je śledzie, to znaczy, że jedzą je prawdziwi mężczyźni. W przypływach
dobrego humoru opowiadał o zabawnych historiach z lat pływania, ale ciężka
praca w rybołówstwie dalekomorskim miała dla niego więcej cieni niż blasków. Patrzył na nią
trzeźwo, na pozór bez sentymentu, jednak dało się odczuć, że kochał ją surową i
dyskretną miłością. Wystarczyło posłuchać, jak mówił o swoim ulubionym statku,
małym trawlerze „Wieczno”: „Czasem chce
się go pogłaskać”. Dlatego nazwa „Wieczno” do
dziś brzmi dla mnie jak sacrum – wieczność konkretna jak pokład. „Szczęśliwy
statek” – pisał w pamiętniku – "masę razy chodziliśmy
przez Atlantyk, przeżyliśmy na nim cztery huragany".
Nazywano go
borsukiem, bo rzadko opuszczał swoją kajutę. Kiedy już jednak stanął na mostku,
potrafił z niego nie schodzić przez 72 godziny... Były też sytuacje, w których
zachował się jak bohater, ale nigdy się tym nie chwalił. Babcia przechowuje
książkę Stanisława Rymaszewskiego Wykarczowani zza Buga z dedykacją
autora, który w celach badawczych pływał kiedyś na „Wiecznie”. Dedykacja brzmi:
Drogiemu Bronkowi
Bogdanowiczowi Kapitanowi ż.w. z wdzięcznością za manewr m.t. Wieczno, którym
21.VI.1971 uratował życie siedmiu z wywróconego w sztormie pontonu
(niemieckiego m.t. Eisbar) na północ od Islandii. Jednym z nich jest autor tej książki, Bóg
zapłać Kapitanie!"
Byłem z Dziadkiem Bronkiem serdecznie związany. To on wielokrotnie
polecał mi książkę Karola Olgierda Borchardta Znaczy kapitan, ale ja nie
lubiłem wtedy marynistyki i za jego
życia nigdy po nią nie sięgnąłem. Borchardt był nauczycielem dziadka ze Szkoły
Morskiej; kontakt utrzymywali także po jej ukończeniu. W latach
siedemdziesiątych, gdy dziadek Bronek był bliski śmierci, Borchardt odwiedził
go w szpitalu i tchnął nadzieję powrotu do życia. Był więc dla nas autor Szamana morskiego postacią
jakby „rodzinną”, realną, bliską.
Ale Znaczy kapitana zacząłem
czytać dopiero po śmierci dziadka, jakby chcąc w ten sposób porozmawiać z nim
jeszcze, przyswoić sobie jego duchowe wartości. To książka o więzi, która zawiązuje się między
młodym oficerem a kapitanem. O uczniu i mistrzu, ich męskiej przyjaźni.
Płakałem czytając o śmierci „Znaczy Kapitana” i były to moje pierwsze od
dzieciństwa łzy nad książką. Znalazłem
na jej stronicach prawdziwych mężczyzn, którzy brali na siebie ciężar
odpowiedzialności, zachowując jednocześnie szorstką wrażliwość, skrywaną pod
maską suchego oficerskiego konwenansu. Szczególnie objawiło się to w historii
konika z Halifaxu, którego Borchardt nazwał Jakubem Paganelem. Zainspirowała
mnie ona do napisania „Malutkości i morza”.
Kończąca ten rozdział rozmowa Borchardta
ze Stankiewiczem należy, jak sądzę, do
największych scen w naszej literaturze. Ilekroć do niej wracam, ściska mi
gardło. Nic więc dziwnego, że podobnie działa na mnie wiersz Walta Whitmana zaczynający się od słów „Oh,
captain, my captain...” W moim życiu miałem przecież szczęście znać prawdziwego
Kapitana...
(2012)
Wypowiedź ukazała się w antologii Morza polskich poetów. Wiersze i wypowiedzi, red. Zbigniew Jankowski, Gdańsk 2013.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






