poniedziałek, 13 lutego 2012

Danziger Identitäten Eine mitteleuropäische Debatte

W Berlinie pod redakcją Basila Kerskiego w języku niemieckim ukazała się książka Danziger Identitäten Eine mitteleuropäische Debatte. Eseje o gdańskiej tożsamości zamieścili tam: Mieczysław Abramowicz, Paweł Adamowicz, Stefan Chwin, Wojciech Duda, Paweł Huelle, Antoni Libera, Peter Olivier Loew, Donald Tusk i Zbigniew Żakiewicz. Znalazł się tam również mój esej Pejzaże miejskiej melancholii. 

niedziela, 5 lutego 2012

Sprawa Wisłockiej

W ostatnich dniach po śmierci Wisławy Szymborskiej w internecie można było przeczytać wiele obelg pod adresem zmarłej a instrumentalizacji została poddana przez obie strony politycznego sporu na łamach mediów postać poetki. Po jednej stronie odezwał się legion brązowników a z kolei osobliwie prawicowi internauci wyciągali (który to już raz?) wiersze ze stalinowskich tomików z lat pięćdziesiątych. Oczywiście, nie należy o pewnych faktach z życia Pani Wisławy zapominać, ale nie należy jej postaci sprowadzać do tego etapu jej życia. A już zupełnie niedopuszczalne jest to w majestacie śmierci. Nieukom, którzy przypominają sobie o "Wisłockiej" jedynie, gdy można na nią napluć, trzeba przypomnieć, że to nie światopogląd decyduje o wartości literatury ani biografia pisarza. Przeraża ta tabloidyzacja, fekalizacja języka, który w medialnym dyskursie oblepia literaturę. Niszczy to stosunek do kultury w ogóle. Chamstwo na naszych oczach staje się plagą, obecną w życiu wirtualnym i realu normą. W takich chwilach ludzie kultury powinni reagować. Gdy rok temu Wojciech Wencel zainicjował list w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza pozwanego przez koncern Agora, na jego apel odpowiedzieli twórcy o różnych światopoglądach. Sądzę, że i dzisiaj jest taki moment. Dlatego obiema rękami podpisuję się pod listem otwartym zainicjowanym przez Ilonę i Przemysława Witkowskich, Martę Koronkiewicz i Pawła Kaczmarskiego. List można znaleźć tu, ukazał się na stronie tygodnika Polityka.



czwartek, 2 lutego 2012

Urywek III - czego bał się Kisiel?


Gdy w 1991 roku, na krótko przed śmiercią, spytano Stefana Kisielewskiego, czego się boi, odpowiedział: proszę pana, boję się, że zmarnowałem życie. Z jednej strony moje akcje polityczne przyniosły pewien rezultat, z drugiej – wszystko to stałoby się również beze mnie. Dalej: w swoich książkach opisywałem głównie komunizm i marksistów (…) Boję się więc, że w czarną dziurę niepamięci wpadnie również moja twórczość, tamtych dziwacznych czasów i ludzi dotycząca. (S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, Testament Kisiela, Warszawa 2011, s. 254). To mówił Kisiel u schyłku życia, kiedy nie mógł narzekać na brak zainteresowania i chodził w aurze autorytetu. Człowiek, który spalił się w różnych politycznych szamotaninach i publicystycznych utarczkach a mający przecież ambicje jako kompozytor i powieściopisarz. Człowiek, o którym mówiono, że chciał ofiarować Polsce więcej niż chciała przyjąć. Zrobił tak wiele, że na tej szali nie można położyć tych kilku kompozycji i książek, których nie napisał. To względne pojęcie, co nazywamy d z i e ł e m. Czy Kisiel stworzył d z i e ł o? Czyż największym dziełem nie był on sam na tle epoki? Człowiek-legenda, nazywany Stańczykiem PRL-u? Gdy się czyta dziś jego dzienniki, w pierwszym momencie można odczuć, że to o niczym innym, jak o tym, że jest sobie taki facet, co czyta gazety i irytuje się tym co czyta. I tak przez lat kilkanaście. Po co dzisiaj do tego wracać? Może po to, żeby spojrzeć przez opisywanych tam ludzi na naszych współczesnych. Dziś choć nie ma cenzury, to kłamie się tak samo, bezczelnie, gdy za plecami stoi polityczna siła i biznesowe interesy. W potoku informacji, który sączy się do naszych głów, przemyca się jedynie słuszne wersje zdarzeń, wprowadza się w obieg fałsz, bo co raz wejdzie do obiegu już tak łatwo z niego nie wyjdzie. Ludzie, którzy bezkrytycznie przyjmowali „normalność” byli kiedyś zniewoleni i tak samo jest dzisiaj, jedynie kontury normalności ktoś nam wyrysował inaczej.   

wtorek, 3 stycznia 2012

Recenzje moich książek w "44" i "Twórczości"


Ukazał się długo oczekiwany trzeci numer "44". W nim m.in. Kartki z Białorusi - moja relacja z wyjazdów na Białoruś w latach 2009-2010 oraz szkic Macieja Urbanowskiego o mojej twórczości Poezja chłopcem podszyta: W zamykającym tom wierszu Amsterdam taka pochwała życia i sztuki, a nawet życia jako sztuki, rozbrzmiewa najgłośniej i najmocniej. Jej fundamentem jest wiara w wieczność kultury, w nieśmiertelność, którą daje pieśń. (...) Głos Nowaczewskiego splata się tu z głosem Brela i świętego Pawła, co nas nie dziwi, bo to jest poezja bardzo literacka i mocno zakorzeniona w kulturze. Właściwie nie ma tu wiersza, który nie byłby mniej lub bardziej czytelną aluzją do dzieł kultury. Nazwać by to można klasycyzmem, gdyby nie "postmodernistyczne" przekraczanie granic między kulturą niską i wysoką, elitarną i popularną przez Nowaczewskiego. 
Pełen spis treści "44" można znaleźć tu.

Natomiast w grudniowej "Twórczości" ukazała się obszerna i wnikliwa recenzja Szlifibruków i flaneurów autorstwa Konrada Zycha (Jeśli kiedyś rozchylisz ulic album): nie Baudelaire wymyślił flaneura, stwarzając go na obraz i podobieństwo Constantina Guysa, malarza nieco dziś zapomnianego, lecz w swoim czasie bardzo cenionego (zwłaszcza jako kronikarza życia paryskiej cyganerii czasów Drugiego Cesarstwa). Samo pojęcie jest starsze o blisko dwieście lat i pierwotnie nie oznaczało wcale szwendającego się po mieście artysty obserwatora, lecz kogoś wyrzuconego poza margines społeczeństwa, nie mieszczącego się w feudalnej strukturze ówczesnego świata (takie rozumienie przynosi przynajmniej znany również Baudelaire'owi - słownik francuski z roku 1808). Zgodnie z tą definicją mianem flanuera określić można wszelkiej maści wyrzutków: wyjętych spod prawa przestępców, pozbawionych dachu nad głową i stałego zatrudnienia włóczęgów, uliczników, żebraków, wygnańców, jednym słowem: wszystkich obywateli drugiej i trzeciej kategorii. Rozszerzając tytułową figurę z jednej strony o szeroko rozumiany lumpenproletariat, z drugiej zaś politycznych dysydentów i turystów, Nowaczewski, być może nieświadomie (w żadnym miejscu o tym w każdym razie nie wspomina), powraca do właściwej etymologii słowa, ale też podążając śladem Benjamina (który Baudelaire'owskiego flaneura "zanieczyścił" niczym Curtius retoryczne z ducha pojęcie toposu, czyni ową kategorię bardziej pojemną, a co za tym idzie - zdolną objąć większość literackich obrazów ulicy w literaturze polskiej XX wieku.

czwartek, 8 grudnia 2011

Urywek II - Dr Jarosław Frąckiewicz. Wspomnienie



Dr Jarosław Frąckiewicz był przed laty moim nauczycielem filozofii.. Nie miałem go okazji poznać od podróżniczej strony. Właściwie dopiero jak media podały wiadomość o jego zaginięciu - dowiedziałem się ile dokonali z żoną jako kajakarze. Czytając jego internetowe opisy wypraw, stwierdzam, że był także człowiekiem niebanalnego pióra. To jest literatura podróżnicza wysokiej próby. I co z tego, że nie z logo National Geographic. Pewnie wielu z nas nie usłyszałoby o wyprawie do Peru, gdyby nie tragedia, o której było głośno latem. Z zajęć, które Jarosław Frąckiewicz prowadził na polonistyce zapamiętałem przede wszystkim jego twarz. Uśmiechniętą brodatą twarz Filozofa; szare przenikliwe oczy, w których było coś figlarnego. Ironia, ale bez cienia złośliwości. To co tkwiło w jego spojrzeniu, głęboko wryło się w moją pamięć. W czasie zajęć przechadzał się wciąż po sali, od okna do drzwi, od drzwi do okna. Potrafił nagle wykonać gwałtowny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, przybliżyć się do twarzy studenta tak, że przekraczał intymną barierę, jaką mamy w miejsach publicznych i zadać prosto w oczy pytanie: proszę pana, Heraklit? Po czym równie szybko jak się wcześniej przybliżył, wycofywał się na bezpieczną odległość. Zanim student zdążył coś odpowiedzieć, on już znów krążył po sali. Pozostawało się samemu z tym pytaniem, z tym Heraklitem, Platonem i resztą. Nie chodziło, jak sądzę, o natychmiastową odpowiedź, ale o to, żebyśmy stawiali sobie pytania. Nie byłem lotny w filozofii. Filozofia wymaga jednak pewnej ścisłości umysłu a tego brakowało mi zawsze. Wszystko, co nosiło cień abstrakcji zdawało mi się dalekie od praktyczności. Gdy po latach odnalazłem w internecie kajakowe zapiski Dr Frąckiewicza i czytałem je nota po nocie, stwierdziłem, że między wersami jest tu zapisana filozofia jego życia. Ciężko tu ją streścić. Była tu i wielka życzliwość, i wyrozumiałość dla ludzi, było ciągłe poszukiwanie czegoś, ruch, doświadczenie, tajemnica. Kto zmierzy podróż, którą Dr Frąckiewicz wykonał jako człowiek - od zimowej nocy nad Brdą w 1969 roku po to peruwiańskie jądro ciemności nad Ucayali? Czy wyruszył w nią dla sławy, żeby wypowiadać się w tefałenie? Nie mogę powiedzieć, że coś dostałem od "podróżników", którzy z podróżowania zrobili biznes. Niektórzy z nich produkowali się teraz po śmierci trójmiejskich kajakarzy w telewizji jako "eksperci". Zaglądając do książek tych podróżniczych celebrytów znaleźć często możemy banały, pisane na kolanie infantylne wynurzenia konsumentów egzotyki. By zostać dziś w Polsce autorem literatury podróżniczej nie trzeba mieć nic do powiedzenia, trzeba mieć znaną telewizyjną maskę. Za tymi maskami nie kryje się najczęściej nic prócz kompleksów i rozbuchanego ja. Tacy ludzie już otrzymali swoją nagrodę. A przecież podróżowanie to nie zawód, który się wykonuje, nie "zawodostwo", to także albo  przede wszystkim podróż wewnętrzna - odbywana w samotności, czy - jak to robili Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz - we dwoje. Wspaniale móc dzielić z kimś swoje olśnienia, radości, czasem staje się to wręcz sensem podróży, o czym dowiedział się za późno choćby bohater Into the wild. Mój wykładowca ze swojej pasji kajakowej potrafił zrobić coś na kształt filozofii życia, dlatego teraz układa się ono dla mnie w opowieść, przerwaną nagle, ale przecież pełną. W chwili śmierci miał siedemdziesiąt lat, ale nie układało się ono w sinusoidę, raczej zdawało się wciąż wznosić. Myślę, że charakteryzuje to po prostu ludzi dobrych i mądrych, spełniających do końca swoje powołanie. Tych, którzy odnaleźli swoją ścieżkę i pozostali jej wierni.

wtorek, 6 grudnia 2011

Urywek

Dojrzewałem literacko w czasach, kiedy cień zaangażowania literatury w ideologię był "obciachem". Jeśli już mi coś wtedy (dziesięć lat temu) przeszkadzało to brak szacunku dla szeroko pojętego sacrum. Dzisiaj zaangażowanie jest trendy a młoda literatura często ma napęd ideolo i się tego nie wstydzi. Wolę pozostać jednak niedzisiejszy i twardo obstaję za tym, że tworzenie literatury pod tezę to obciach i działanie koniunkturalne. Takim koniunkturalizmem gardzę. Jeśli literatura ma coś w życiu naszym znaczyć, to musi się różnić od publicystyki. Bronią literatury (w tym poezji) są w odpowiednich proporcjach (kolejność przypadkowa): styl, wrażliwość, tajemnica, rytm, doświadczenie, śmiech. Dziesięć lat temu myślałem, że mam jakieś ideały. Dzisiaj jestem sam sobie sterem, żeglarzem i undergroundem.

wtorek, 22 listopada 2011

Publikacja w "Arcanach"

W najnowszym numerze dwumiesięcznika "Arcana" (nr 5/2011) znajduje się mój tekst poświęcony Kazimierzowi Nowosielskiemu, który oprócz refleksji wokół wyboru jego wierszy Człowiek rośnie cicho zawiera wspomnienia z lat studenckich, kiedy to Profesor Nowosielski prowadził z moją grupą zajęcia z literatury XX wieku.

wtorek, 8 listopada 2011

Wiersze w "Odrze"

Ósmy arkusz "Odry" w numerze listopadowym jest poświęcony poezji Trójmiasta. Reprezentują ją Anna Wieser, Grzegorz Kwiatkowski i Jakobe Mansztajn.  Znalazły się tam też trzy moje nowe wiersze.

piątek, 4 listopada 2011

Piotr Wiktor Lorkowski o "Szlifibrukach i flaneurach"

Kolejna recenzja Szlifibruków i flaneurów. Na blogu Piotra Wiktora Lorkowskiego ukazała się nota poświęcona mojej ostatniej książce. Zapowiada ona dłuższy tekst, który ukaże się na łamach "Toposu".Można ją znaleźć TU. Zachęcam do lektury!

czwartek, 3 listopada 2011

Wejherowski sen

Był środek lipca. Ligowe rozgrywki właśnie budziły się z letniego snu. Przyjechaliśmy do Wejherowa na mecz pucharu Polski miejscowego Gryfa z Olimpią Grudziądz. Miała to być walka Dawida z Goliatem; Gryf pod wodzą Grzegorza Nicińskiego się wzmocnił i miał w tym roku powalczyć o awans do II ligi, ale i tak Olimpia przynajmniej na papierze przewyższała klub z Wejherowa o dwie klasy. Przyszliśmy więc tu raczej zobaczyć ukryty wśród morenowych wzgórz stadion a nie po piłkarskie emocje i toczyliśmy wesołą dysputę o nadchodzącym sezonie... o spadku Arki do I ligi i nowej mapie wyjazdów. Te bliskie: Grudziądz i Elbląg. Te dalsze: Nowy Sącz, Stróże, Nieciecza, Radzionków... Czy ważny jest piłkarski poziom rozgrywek? Bardzo różne jest spojrzenie na Polskę z poziomu ekstraklasy i I ligi, jeszcze inne z niższych lig aż po klepiska A i B klasy. W niższych ligach Polska przybiera swojskie proporcje, jest bardziej prawdziwa, ludzka...

Niełatwo było na Wzgórze Wolności trafić i nie bardzo ktoś ze spacerowiczów potrafił nam pomóc. Błądziliśmy więc po bukowych wzgórzach między kalwaryjskimi drogowskazami. Tam dom Piłata, tu dom Kajfasza, tam pałac Heroda... . Z nas trzech jedynie Łukasz był tu wcześniej na meczu i pamiętał jakąś zamierzchłą potyczkę stoczoną z wejherowskim klubem przez Arkę. W pamięć zapadł mu przede wszystkim błotny zjazd leśnymi ścieżkami w drodze do miasta. To miała być retro-wyprawa, mieliśmy się odnaleźć w tym nieco postarzałym prowincjonalnym tle. Wreszcie dotarliśmy na miejsce...

Wkomponowany w szczyt wzgórza stadion należy do najpiękniej położonych w Polsce. To prawdziwa leśna arena, którą otacza betonowy zwieńczony kolczastym drutem mur. Przez liczne szpary i dziury, nie da się jednak obserwować spotkania, bo płyta boiska zasłonięta jest przez banery reklamowe. Główna, częściowo zadaszona trybuna ma pojemność 900 miejsc. Po drugiej stronie płyty boiska znajduje się mały pagórek z miejscami siedzącymi a za nim boczne treningowe boisko. Bywałem tu później kilka razy podczas leśnych wycieczek, to jedno z moich ulubionych miejsc na Pomorzu. Dziś, gdy mam już stąd wspomnienia, lubię patrzeć na opuszczoną murawę.

Bilet na mecz z Olimpią kosztował dychę. Czy mogliśmy się spodziewać, że właśnie zaczyna się największa przygoda wejherowskiej piłki? Że przez przypadek będziemy świadkami największych osiągnięć w historii tego małego klubu? Przyglądałem się siedzącym przede mną starym kibicom. Niektórzy z nich chodzić na mecze mogli jeszcze w latach pięćdziesiątych... Moja wyobraźnia tworzyła już obraz jak w tle Wzgórza Wolności upływa ich życie. Pomyślałem, że znalazłem się w starej świątyni futbolu, prawie tak pierwotnej jak Korona Radomsko ze wspomnień Tadeusza Różewicza. Będąc na stadionie Gryfa, zrozumie się dlaczego arkowcy do dzisiaj płaczą za stadionem na Eysmonda, chociaż nowy obiekt na Olimpijskiej należy do najpiękniejszych w naszej lidze. Nie o nowoczesność chodzi, ale o niemal intymny kontakt z przestrzenią stadionu, o słynną wydeptaną nogami setek kibiców Górkę, z której patrzyło się na kolejne sezony. I o niedalekie morze. Do takich imaginacyjnych odjazdów prowokował genius loci wejherowskiego wzgórza.

Młyn Gryfa był jak najbardziej współczesny, i kaszubski do krwi i kości, bo żółto-czarny. Przybyła też grupa jedenastu kibiców z Grudziądza. Nie stali na oddzielnym sektorze. Zresztą, gdzie miałby być taki sektor? Stanęli rzędem tuż przed nami i dziarsko dopingowali swój zespół. Przyszedł czas, żeby przyjrzeć się temu, co działo się na boisku. Choć raz po raz Olimpia zagrażała formacjom obronnym Gryfa, to nie wykorzystała swoich podbramkowych sytuacji. Gryf natomiast z minuty na minuty grał lepiej, imponował ambicją i walecznością. Ale nie dowierzałem z początku w sukces. Wystarczy jedna bramka Olimpii – myślałem - i ujdzie z nich powietrze. Bramka jednak nie padała. A wiara miejscowych rosła i rosła. Walka na boisku była niezwykle zacięta i przyjemnie było patrzeć na piłkarzy w żółto-czarnych koszulkach. I oni stworzyli sobie sytuacje, ale wciąż na tablicy pozostawał wynik 0:0. Aż wreszcie strzał, dobitka głową i piłka w siatce! Jeeeest! - drą się młodzi i starzy. Powiewają szaliki w miejscu, gdzie zgromadził się wejherowski młyn. Tylko przyjezdni z Grudziądza stoją nieruchomo w tej fali radości i jakby nie wierzą temu, co się dzieje. Olimpia jeszcze zrywa się do ataków a minuty płyną dla gryfitów coraz wolniej. Zwycięski pojedynek główkowy. Aut. Wymuszony faul. Kilka cennych sekund. Bramkarz urywa dwa długie kroki w biegu do wybijanej piłki. (Panie Turek kończ, pan ten mecz!) I nareszcie koniec. Niezwykłe uczucie, gdy w radosnej grupie schodzi się po stoku, przez las, na rogatki miasta...

A potem chciałem tu wrócić. Na mecz z Zawiszą. I denerwowałem się, gdy spotkanie z powodów bezpieczeństwa zostało odwołane. Istniała nawet groźba, że Gryf zostanie wyeliminowany nie po walce, ale wskutek walkoweru. Pomyślałem o zielonych stolikach i zdeptanych marzeniach. W Polsce wszystko można spieprzyć. W lipcu Paweł będący wówczas stażystą Wyborczej bezskutecznie próbował opublikować coś o pucharowej przygodzie wejherowian. Kogo obchodzi jakiś Gryf mówiono wtedy. Było na Pomorzu miejsce na Lechię, Arkę, w ostateczności Bałtyk. Ale Gryf Orlex Wejherowo? III liga? Na szczęście do meczu doszło. Ale nie widziałem tego spotkania – byłem już wówczas na bezdrożach Bułgarii. Tygodnie bez cywilizacji, bez internetu. Dopiero w Wielkim Tyrnowie otworzyłem swoją skrzynkę pocztową. Wtedy dowiedziałem się, że w czasie gdy przeszedłem pół Bułgarii, Gryf pozostał w grze. Mecz z Zawiszą – prawdziwy thriller z bramkami w dogrywce, remisem na koniec i rzutami karnymi. A potem Sandecja. Łut szczęścia a może nawet więcej – gdy piłka dwa razy odbijała się do poprzeczki. I zwycięskie 1:0. Ważne rodzinne wydarzenie nie pozwoliło mi po powrocie, żeby udać się na mecz z Koroną. Myślałem: szkoda. Do Wejherowa przyjechał przecież ówczesny lider ekstraklasy. Przyjechał i... wrócił stąd pokonany jak pierwszoligowcy! Wiedziałem, że m u s z ę być na kolejnym meczu a była to już 1/8 finału z Górnikiem Zabrze... Bilet kosztował pięćdziesiąt złotych, w cenie tej znajdował się okolicznościowy szalik. Nie było łatwo przybyć na stadion, we wtorek, o godzinie czternastej do Wejherowa, biegiem z uniwersytetu na kolejkę i biegiem ze stadionu do domu, żeby przebrać się w marynarkę i w Teatrze Gombrowicza poprowadzić spotkanie z Ewą Lipską. Ale czy mogłem nie być na tym meczu? Górnik Zabrze kojarzył się z dawnym wiekiem polskiej piłki, z takimi nazwiskami jak Ernest Pohl, Hubert Kostka, Stanisław Oślizło,Włodzimierz Lubański, czy Jerzy Gorgoń. A teraz, choć dzisiejszy Górnik był jedynie cieniem własnej chwały, nadal był to jednak GÓRNIK i przyjeżdżał na wejherowskie Wzgórze Wolności. Kiedy znalazłem się na miejscu mecz już od dwóch minut trwał. Trybuna była oczywiście, mimo wczesnej godziny i środka tygodnia wypełniona po brzegi i usiąść musiałem na schodach. Pagóreczek był również wypełniony, stanął namiot, z którego na boisko były skierowane kamery. Prawdziwa złota jedyna taka jesień wejherowskiego Gryfa! Żółto-czarno. Dwa tysiące ludzi. Także z Kościerzyny, Redy, Gdyni, Rumi... Pogłoski o krążącej gdzieś w lesie setce kibiców Górnika... Jako trener Górnika Adam Nawałka. Na trybunach Marek Citko szukający wśród wejherowskich piłkarzy nowych talentów...I przede wszystkim walka na boisku. Z minuty na minutę rosła we mnie pewność, że Górnik nie zdobędzie Wzgórza Wolności. W 47 minucie, zaraz po wejściu na drugą połowę, Mateusz Toporkiewicz dostaje podanie od Grzegorza Gicewicza i niski strzał koło słupka wpada do zabrzańskiej bramki. JEEEEEEST!!!! I jeszcze jeden fragment meczu zapada w pamięć, po nieodgwizdanym rzucie rożnym, ożywiają się nagle starsi panowie, którzy oglądają mecz na siedząco, z rzadka się włączając do dopingu prowadzonego przez młody młyn. Ktoś krzyczy: sędzia kalosz! I cała trybuna momentalnie powtarza:
SEDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
-Ale jaja! - śmieje się Łukasz -Myślałem, że będzie tu porządne kibicowanie, ale nie taaaakie okrzyki.
Rozczula ten okrzyk stary jak pieśni Mieczysława Fogga. Jest tak, jakby nagle na trybunach zasiadł duch Jeremiego Przybory.
Trener Nawałka od razu przeprowadza zmiany. Ale Gryf nadal przeważa, ułańskie szarże na bramkę omal nie kończą się podwyższeniem wyniku. Nie ma dla wejherowian straconych piłek. Górnik nie istnieje. Ostatni kwadrans Zabrze ma przewagę, w końcu fizycznie zespół ekstraklasy jest lepiej przygotowany niż trzecioligowiec, ambicją można czasem oszukać różnicę klas, ale nie oszuka się biologii... Liczymy minuty. Piętnaście minut do końca, dwanaście, osiem, sześć... Osiemdziesiąta ósma minuta, trzy minuty doliczone i... ZWYCIĘSTWO!
Szał! Feta na boisku, Telefony: nie żartuję, wygrali!!! Stary.... co za mecz... Kogo z dziennikarzy obchodził jeszcze niedawno jakiś Gryf Orlex Wejherowo? A jutro zdjęcia cieszących się z sukcesu piłkarzy znajdą się na pierwszych stronach pomorskiej prasy. Teraz chciałbym zagrać z Lechem Poznań – mówi zdobywca zwycięskiej bramki.
Tłum schodzi do miasta kalwaryjskimi ścieżkami. Radość, odprężenie. Myślę o tym, że coś właśnie stało się w mieście, o którym kiedyś maturzystka Masłowska pisała: Mieszkam tu calutkie życie, krzywe, zalepione smołą uliczki mnie wynosiły (…) Żyję tu tak cholernie odruchowo i nieuważnie, chodzę po ulicach z wyciągniętymi do przodu rękami, a moja głowa nie odnotowuje nic na drodze szkoła-dom. (zimowo-jesienna „Lampa i Iskra Boża” z 2000 roku). Dziś jednak trwa wejherowski sen. Gryf Wejherowo zwycięża Górnika Zabrze! Właśnie rodzi się miejscowa legenda. Opowieści spotykają się na Wzgórzu Wolności. Nie gubią się w smołowanych uliczkach. Trafiają bez pudła w wietrzny październikowy dzień, kiedy dwa tysiące ludzi oglądało pamiętny mecz a wynik szedł w Polskę, we wszystkie sportowe serwisy. Schodząc z wzgórza, wiedziałem już, że tu w Wejherowie byłem świadkiem narodzin piłkarskiego mitu. Że na zwycięstwo Gryfa patrzą dziś wszyscy kibice w Polsce. Póki będzie istniała w Wejherowie piłka nożna a będzie istniała do końca świata, wspominać się tu będzie mecz z Górnikiem.