sobota, 14 kwietnia 2012

Anastasia Viekshina o młodej polskiej poezji w rosyjskim czasopiśmie „Translit”


W rosyjskim czasopiśmie „Translit” nr 10-11 ukazał się artykuł poświęcony generacji Brulionu i następujących po 1989 roku przemianach w polskiej poezji, którego autorką jest Anastasia Viekshina. Zawiera on m.in. mój komentarz na temat życia młodoliterackiego w naszym kraju oraz bezpośrednie obserwacje autorki ze spotkań poetyckich. Można też przeczytać kilka wierszy Marcina Świetlickiego w jej tłumaczeniu. Cały numer poświęcony jest literaturze krajów byłego bloku sowieckiego po upadku ZSRR. 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Przemysław Gulda o Kutabuku w GW Trójmiasto

W GW Trójmiasto z 11 kwietnia Przemysław Gulda pisze m.in.:
Płyta, składająca się z siedmiu kompozycji, trwa nieco ponad pół godziny. Materiał, który się na niej znalazł, został nagrany w grudniu 2011 roku w studiu Drum&Space. Jego realizacją zajął się Jacek Stromski. Materiał okazuje się zadziwiająco różnorodny. Obok utworów, w których muzyka jest tylko delikatnym, wyciszonym tłem do recytacji Nowaczewskiego ("To tu, to tam"), są też i takie, w których wysuwa się niemal na pierwszy plan, jak choćby oparty na zaskakująco mocnym, niemal klubowym rytmie "Taniec ducha" czy brzmiący niemal rockowo, zdecydowanie najbardziej przebojowy na całej płycie "Kerouac".
Cały tekst można przeczytać Tu.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Krzysztof Kleszcz o Kutabuku


Słowa niech mają ciężkie plecaki i niech nas prowadzą! Od czasu drugiej płyty Świetlików, nie słyszałem tak doskonałej symbiozy tekstu poetyckiego i muzyki. Efekt współpracy Artura Nowaczewskiego, Jacka Stromskiego i Jakuba Nogi – zachwyca. (...) Tak podanej poezji konfesyjnej - wierzy się bezgranicznie. Nowaczewski nie bawi się w zestawienia niezużytych słów, nie odwraca sensów, nie ćwiczy nowej składni. Snuje gawędę o swoim życiu w drodze. Przejmującą, piękną i smutną. Jego słowami "znów wyrypy, harpagany” zapewne będę odtąd komentować rzeczywistość, która zmusza nas do wysiłku - 

pisze o płycie Kutabuka Krzysztof Kleszcz na blogu "Biała Fabryka". Cały tekst można przeczytać Tu.


piątek, 6 kwietnia 2012

Notatka z Kalwarii


Kalwaryjskie Góry! Ileż razy po waszych stromych grzbietach nosiłem swój ciężar ludzki i kazałem duszy swojej rozmyślać o ofierze Zbawiciela świata. A jednak tę pierwszą pielgrzymkę zapisała pamięć w mym sercu największymi literami. Bo co na nauce dziecku opowiadał dobry ksiądz, tu stanęło mi jawnie przed oczyma. Tak jakby od dziejów tamtego litościwego Boga na ziemi nie upłynęły do wieczności prawie dwa tysiące lat. Z góry w dół i, z dołu w górę ciężka wiodła droga, ale ja nie czułem jej ciężaru. Kurz jak mgła płynął nad pobożnym ludem, ale mnie się zdawało, że chodzę w porannej mgle młodego dnia wiary naszej.

A. Majkowski, Życie i przygody Remusa


Tłum rozlewał się w dolinie, puchł po obu stronach drogi, którą szedł dźwigający krzyż Chrystus. Zaraz za nim dwaj łotrzy. Wokół nich połyskujące hełmy legionistów, za nimi kłąb bród z Sanhedrynu. Na skrzydłach tego pochodu berety harcerzy, przed pochodem ksiądz w birecie, tuż obok Kaszubi w tradycyjnych niebieskich strojach i czarnych kapeluszach, straż miejska. Mnóstwo aparatów, telefonów komórkowych. Jakby później te zdjęcia, filmiki w internecie pozwalały oswoić śmierć – jesteśmy, istniejemy, o tu mnie widać. W piątek przed postnym obiadem poszliśmy obejrzeć misterium. Ale widać było też osoby, które przyszły tu zostawić swoje cierpienie. Ktoś o kulach. Ktoś na wózku. I inne, niewidzialne, ukryte wewnątrz lęki i choroby. Na pierwszy rzut oka granica między ubranymi w glany legionistami a widzami była niewyraźna. Rwetes robili postępujący za skazanymi Żydzi. Tłum obok szedł w ciszy przerywanej szmerami rozmów na obrzeżach pochodu i pokrzykiwaniami małych dzieci. Nad wszystkimi bukowy las jeszcze nienasycony zielenią po ostatnich mrozach. Świergolenie ptaków. Zdawało mi się, że w przedziwny sposób unoszą się w powietrzu suche liście. Unoszą się i unoszą i nie chcą opaść. Co jakiś czas, gdy dochodziliśmy do kolejnej stacji klękaliśmy i zdejmowaliśmy czapki. Po tłumie rozchodziło się półgłosem Ojcze Nasz. Na koniec stanęły krzyże. Naga jasna skóra Jezusa odcinała się od różnokolorowych kurtek wiernych. Obok nas jakiś kilkuletni uparcie pytał swojego ojca, czy oni są naprawdę ukrzyżowani. Kiedyś byli ukrzyżowani – odpowiadał ojciec. Ale, teraz, teraz – nie rezygnował mały – teraz to jest naprawdę?

Chwilę potem ludzie schodzili już w kierunku dachów miasta, od których odcinała się spatynowaną zielenią wieża kościoła.

sobota, 10 marca 2012

Żałoba ery tabloidów


Sprowokowany wpisem Radka Wiśniewskiego o żałobie narodowej zacząłem szperać w sieci, aby dokładnie przyjrzeć się z jakich powodów na przestrzeni XX-XXI wieku wprowadzono żałobę w Polsce.

Pierwszy raz żałobę narodową w Polsce ogłoszono w 1924 roku po śmierci prezydenta USA Wilsona. Uhonorowano w ten sposób polityka dzięki któremu bardzo wzrosły szanse na odzyskanie niepodległości przez Polskę. Drugi raz żałobę ogłoszono w 1934 roku, po zamordowaniu ministra spraw wewnętrznych Bolesława Pierackiego. Minister został zamordowany przez ukraińskiego zamachowca na ulicy Foksal w Warszawie. Opinia publiczna rozważała wówczas inne wersje tego, kto mógł stać za zamachem. Faktem jest, że skutkiem morderstwa było powstanie obozu w Berezie Kartuskiej. Trzeci raz żałoba objęła kraj, gdy zmarł Marszałek Piłsudski. Czwarty – gdy zmarł arcybiskup lwowski obrządku ormiańskiego Józef Teodorowicz.
Wnioski, które nasuwają się wobec tego, że żałobę narodową w II Rzeczpospolitej ogłaszano po śmierci ważnych i zasłużonych dla życia publicznego osób. Przy czym – np. w przypadku ministra Pierackiego ważny był fakt dokonania nań zamachu. Nie ogłoszono żałoby narodowej po zamachu na prezydenta Narutowicza. Nie jest mi wiadome, czy istniał już wtedy w państwie polskim taki zwyczaj.

W czasie II wojny światowej ogłaszano żałobę dwukrotnie – po śmierci Władysława Sikorskiego w katastrofie gibraltarskiej oraz po upadku powstania warszawskiego.

W PRL, podobnie jak w II Rzeczpospolitej – żałobę ogłaszano po śmierci ważnych wówczas dla partii i systemu osób – po śmierci Stalina, Bieruta, przewodniczącego rady państwa Zawadzkiego i... śmierci kardynała Stefana Wyszyńskiego (sic!).

Natomiast w III RP pierwszym prezydentem, który zaczął często ogłaszać żałobę narodową był Aleksander Kwaśniewski. (powódź 1997, WTC, zamachy w Madrycie i Londynie, tsunami, śmierć Jana Pawła II). Tylko utrwalił ten zwyczaj Lech Kaczyński (sześciokrotnie w latach 2006-2009). To w jego przypadku jednak każdorazowo złośliwie komentowano fakt wprowadzenia żałoby. Powód był jednakowo dobry jak każdy inny, żeby skrytykować tego akurat prezydenta. Tymczasem jego śladem zdaje się iść teraz Bronisław Komorowski (ogłoszenie żałoby narodowej po ostatniej katastrofie kolejowej pod Szczekocinami). Powtórzyć należy, że "przewartościowania” dokonał wcześniej Aleksander Kwaśniewski. Gdyby bowiem ogłaszać żałobę w starym rozumieniu - to mogła być ogłoszona jedynie dwa razy po 1989 - po śmierci Jana Pawła II i katastrofie smoleńskiej. Zmieniła się epoka - obecność mediów na miejscu katastrof, duże nagromadzenie emocji kolportowanych bezpośrednio, "live", do naszych domów powoduje, że na emocje te stara się reagować głowa państwa. Nieprzypadkowo to od zamachów w Nowym Jorku żałobę narodową ogłaszano częściej niż przez cały wiek XX. To od tego momentu bowiem, żałoba narodowa stała się faktem medialnym. Trwa najczęściej jeden-dwa dni i zapełnia czernią internetowe portale. Nastąpiło coś, co nazwać można jej „tabloidyzacją”. Nie sądzę, żeby znalazł się polityk, który odwróci tę tendencję. Chyba, że przez zmianę zapisów prawnych. Obojętnie kto będzie bowiem piastował urząd będzie zakładnikiem decyzji poprzedników i artykułów w prasie brukowej.

Najlepszym komentarzem do tego pozostaje dla mnie wiersz Herberta Pan Cogito czyta gazetę:

oko Pana Cogito
przesuwa się obojętnie
po żołnierskiej hekatombie
aby zagłębić się z lubością
w opis codziennej makabry

Co dzisiaj mówi nam arytmetyka współczucia? Że żałoba narodowa ilości współczucia ani nie powiększa ani nie zmniejsza. Jest to wartość raczej stała i choć słowo „lubość” będzie tu nie na miejscu, to jednak zachłannie śledzimy 24 godziny na dobę doniesienia z miejsc katastrof i tragedii. Coś w tym jest, że telewizje informacyjne żyją z dosłownych nieszczęść.

środa, 29 lutego 2012

Urywek IV - bez tytułu


po zapisaniu zaczyna się czyszczenie wiersza
zatem autor jest brudem
i jego powinnością jest zniknąć
nie stawać między wierszem
a czytającym, bycie czystą sublimacją
przelewającą się ze świata do świadomości.

piątek, 17 lutego 2012

Płyta Kutabuka!




Wtajemniczeni wiedzą, że już jakiś czas temu ukazała się płyta Kutabuk, dokumentująca rok pracy naszego zespołu.
Na płycie siedem utworów:
„Rytmy widoków”
„Kerouac”
„Taniec ducha”
„To tu, to tam”
„Motyle”
„Bębny Jacka Oltera”
i
oczywiście:
„Kutabuk”.

Niektóre z nich były wcześniej niepublikowane i ich absolutna premiera ma miejsce na płycie. Materiał jest dość zróżnicowany. Rozpoczyna się kilkoma szybszymi galopującymi utworami jak „Rytmy widoków”, „Kerouac”, czy „Taniec ducha”. Potem następują spokojniejsze spejsy„To tu, to tam” oraz erotyk „Motyle”, który niemal sentymentalnie wybrzmiewa na kalimbce. Na koniec znów przyspieszenie – epitafium Bębny Jacka Oltera i już sam Kutabuk. Oprócz znanego z koncertów instrumentarium (sitar, bębny), Jacek wykorzystał inne wschodnie instrumenty: ektar, kalimbkę, tungnę, dodał różne spejsy i elektroniczne smaczki. Jakub jak zwykle daje czadu a mój głos brzmi jak nigdy przedtem.

Sama płyta jest ładnym przedmiotem – na okładce wykorzystaliśmy fotografię członka GTF, mojego taty Tomasza a estetycznie wysmakowany projekt graficzny wykonał Maciek Mehring. Dzięki stypendium kulturalnemu miasta Gdańska wytłoczyliśmy pięćset sztuk.

Kutabuka będzie można zakupić na naszych koncertach a także pisząc bezpośrednio do mnie: marzan@gdansk.home.pl

poniedziałek, 13 lutego 2012

Danziger Identitäten Eine mitteleuropäische Debatte

W Berlinie pod redakcją Basila Kerskiego w języku niemieckim ukazała się książka Danziger Identitäten Eine mitteleuropäische Debatte. Eseje o gdańskiej tożsamości zamieścili tam: Mieczysław Abramowicz, Paweł Adamowicz, Stefan Chwin, Wojciech Duda, Paweł Huelle, Antoni Libera, Peter Olivier Loew, Donald Tusk i Zbigniew Żakiewicz. Znalazł się tam również mój esej Pejzaże miejskiej melancholii. 

niedziela, 5 lutego 2012

Sprawa Wisłockiej

W ostatnich dniach po śmierci Wisławy Szymborskiej w internecie można było przeczytać wiele obelg pod adresem zmarłej a instrumentalizacji została poddana przez obie strony politycznego sporu na łamach mediów postać poetki. Po jednej stronie odezwał się legion brązowników a z kolei osobliwie prawicowi internauci wyciągali (który to już raz?) wiersze ze stalinowskich tomików z lat pięćdziesiątych. Oczywiście, nie należy o pewnych faktach z życia Pani Wisławy zapominać, ale nie należy jej postaci sprowadzać do tego etapu jej życia. A już zupełnie niedopuszczalne jest to w majestacie śmierci. Nieukom, którzy przypominają sobie o "Wisłockiej" jedynie, gdy można na nią napluć, trzeba przypomnieć, że to nie światopogląd decyduje o wartości literatury ani biografia pisarza. Przeraża ta tabloidyzacja, fekalizacja języka, który w medialnym dyskursie oblepia literaturę. Niszczy to stosunek do kultury w ogóle. Chamstwo na naszych oczach staje się plagą, obecną w życiu wirtualnym i realu normą. W takich chwilach ludzie kultury powinni reagować. Gdy rok temu Wojciech Wencel zainicjował list w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza pozwanego przez koncern Agora, na jego apel odpowiedzieli twórcy o różnych światopoglądach. Sądzę, że i dzisiaj jest taki moment. Dlatego obiema rękami podpisuję się pod listem otwartym zainicjowanym przez Ilonę i Przemysława Witkowskich, Martę Koronkiewicz i Pawła Kaczmarskiego. List można znaleźć tu, ukazał się na stronie tygodnika Polityka.