poniedziałek, 22 maja 2017

„Bajdarką” przez Kanał i Niemen do Druskiennik


Piątym szczepem litewskim, może najmniej licznym, byli właśnie Jadźwingowie. Lud ten dziki, napastniczy i bitny, ze swego gniazda (którem były bagniste puszcze i brzegi jezior w okolicy dzisiejszego Rajgrodu, Augustowa i Suwałk, położone na północ rzeki Leki, przezwanej następnie Łykiem), korzystając z pasma lasów, odgraniczających Mazowsze od Rusi, wbijał się ku południowi po tym szlaku klinem między Mazowszan i Ruś. – pisał w Geografii ziem historycznych dawnej Polski Zygmunt Gloger. Nazwę Jadźwingów wywodził on od litewskich wyrazów:  i winge lub wingis. Pierwszy znaczy za, a dwa ostatnie oznaczają: kąt, węgieł, stąd uzwingis znaczyłoby to samo, co mieszkaniec zakątny, pokucianin pobereżec. No więc razili póki mogli Jadźwingowie swoich sąsiadów zza węgła. Przemykali pasmami lasów– by nagle wychynąć, a to w Ziemi Chełmińskiej, a to w Małopolsce, paląc i mordując. Trwali tu, aż sprowadzeni przeciw nim i ich ziomkom Prusom Krzyżacy nie wyrżnęli ich w pień. Ich wódz Skomand uciekł na Litwę, ale potem wrócił i służył Krzyżactwu, prowadził je na Grodno niczym indiański przewodnik wojska Custera przeciw Siuksom.
Fot. Bartosz Januszewski

Dawna ziemia Jadźwingów nieraz jeszcze miała nasiąkać krwią. Dzisiaj kompleks leśny, choć już nie tak zwarty rozciągał się na czterdzieści kilometrów wzdłuż i wszerz. Mapa Puszczy Augustowskiej upstrzona była miejscami bitew. 1863, 1939, 1944. Starcia, potyczki. Powstańcy styczniowi, cienie Września, Burza zwiastująca nadchodzącą godzinę W.
-„Skwawione ziemie” – skwitował Bart. – A o Obławie Augustowskiej słyszałeś?
Płynęliśmy kajakiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, które łączył Kanał. Wiosna była wyjątkowo spóźniona w tym roku. Koniec kwietnia, ale żadnych oznak majówki. Drzewa nie zdążyły się zazielenić. Trwały ponure, nieruchome, rozsnuwając wokół lodowaty cień. Chmury przesłaniały niebo, ziąb szedł od wody - można było sobie wyobrazić, że to nie okolice Suwałk, lecz jakaś Karelia, rosyjsko-fińskie pogranicze, krajobraz w zasiągu Kalevali.
Nie słyszałem o Obławie. A przynajmniej nic konkretnego. Największa zbrodnia Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny światowej. Lipiec 1945. Odziały Armii Czerwonej przy pomocy UB i WP przetrząsają dokładnie wsie i okoliczne lasy. Aresztują każdego, na którym może spocząć cień podejrzenia współpracy z niepodległościową partyzantką. Dwa tysiące osób zostaje zatrzymanych. Część po przesłuchaniach i torturach zwolniono. 250 Litwinów zostaje przekazanych litewskiemu NKWD. Około 600 Polaków zostało wywiezionych w nieznanym kierunku. Nie wrócił nikt.
NIKT. Nikt nie wie, gdzie zginęli. Gdzie są pochowani. Są tylko plotki, pijackie bredzenia. Jakby nastąpiła utrata świadomości. Po przebudzeniu brakuje sześciuset ludzi. Świat przechodzi nad tym do porządku dziennego. Nie takie liczby mordowano jeszcze niedawno. Co znaczy sześćset w tą czy tamtą.

Fot. Bartosz Januszewski

Przyjechaliśmy przepłynąć Kanał Augustowski, przekroczyć granicę na wodzie, przedostać się na drugą stronę lustra, gdzie prowadzi „Awgustowskij Kanał”. Stare śluzy, architektoniczny ład – upewniały nas jednak, że nie ma mowy tu o przekraczaniu granic – jedna i ta sama kultura materialna zrodziła ten cud inżynierii. A gdyby były wątpliwości wystarczyło czytać podpisy, daty z trzeciej dekady XIX wieku. Generał Prądzyński nie tylko potrafił dowodzić na polu bitwy, ale i zbudować coś trwałego. Zaraz zaczynamy dyskusję o powstaniu listopadowym. Czy miało szanse? I wspominam czytaną dwadzieścia lat wcześniej książkę Jerzego Łojka.
Śpimy pod namiotem. Jest cholernie zimno. Mokro nie udaje się rozpalić ogniska. Bart jest uparty. Chucha i dmucha. Zużywamy połowę zapasu chusteczek higienicznych, ale na próżno.
W nocy wychodzę za potrzebą. Gdy wracam do namiotu – snop światła z czołówki pada na otwartą kosmetyczkę Barta. W niej świeci się coś psychodelicznie.
-Co to?!
-A… Aga nam dała. Powiedziała – macie – Bart wyjmuje z kosmetyczki dwa wielkanocne zające. Mówię jej – zostaw dzieciom. Dzieci już się po uszy objadły tymi zającami, ona na to. No więc są. Na koniec można zjeść, jak się wszystko uda.

Rano, gdy wypływamy w dalszą drogę, widzimy, że po drugiej stronie kanału – niecałe sto metrów od nas znajdowała się karczma. Można było więc było tam się ogrzać i wypić coś mocniejszego. Cóż – nasze frajerstwo…
Drugiego dnia jest trochę rozpogodzeń. Na jednym z postojów wyłania się z lasu Straż Graniczna. Mówią tylko dzień dobry i mierzą nas wzrokiem. Nasz kajak, i kaptury -wyglądamy jak krzyżacka służba, jakieś pokręcone knechty, które zapuściły zagon na jaćwieskie ziemie.
Śluzowanie zawsze robi wrażenie. Cała operacja trwa z dziesięć minut. Poziom wody nieraz opuszcza się o trzy metry. Jest tak zimno, że praktycznie nie widać żadnych kajaków. Jest rodzina Ślązaków płyną na takich jak nasze kajakach Szota. Ale spływ kilkudniowy odbywamy tylko my.
-O sezon na kajaki już się zaczął? – ni to pyta, ni stwierdza chłopak w sklepie, gdzie kupuję na wieczór butelkę pigwówki. Przyszedł tu asystować dziewczynie za ladą. Takie ładne młode ekspedientki zawsze mają towarzystwo…
Nie na wszystkich śluzach się zaczął. Na niektórych trzeba było dokonywać przenosek. Dlatego dobrze jest się wbijać za barką motorową "Svoboda", którą płyną do Grodna starsi panowie, tak jak my wykorzystujący ukaz Łukaszenki o ruchu bezwizowym.
Wieczorem biwakujemy na dziko, nie mogąc znaleźć pola biwakowego. Za jakimś zakolem rzeki, na stromym brzegu. Dalej zaczyna się ściana lasu i widać zarysy rowów strzeleckich, okopów, z czasów wojny. Zapewne tutaj zaczynała się Operacja Barbarossa. I przez lasy przewaliły się kolejne wojska. Noc jest księżycowa, ale mroźna. W luku kajaka znajdujemy nad ranem lód. Na trawie osiada szron.
Fot. Bartosz Januszewski

Granicę przekraczamy trzeciego dnia w Rudawce. Jedyne rzeczne przejście na wschodniej granicy Polski. Od pewnego momentu jeden brzeg jest jeszcze polski, drugi białoruski. Widać słupy graniczne.  Odprawa nie trwa krótko, wszystkie papiery i ubezpieczenie załatwiła firma Szot, od której wynajęliśmy kajaki. Wszystko tam opisane – „spław bajdarką” na „Awgustowskomu kanału so szliuzowanijem i noczlegom na turitskoj bazie Nemnowo”. Potem nasze „bajdarki” kierują się na rzekę Nieman, w Priewałkie przekraczamy granicę białorusko-litewską i płyniemy do Druskiennik.
Białoruska część kanału i rzeka Hańcza robią z początku ponure wrażenie. Drzewa, krzaki i nadbrzeżne zarośla wycięto. Widzimy więc tylko wykorzeniony piach. Za nim od czasu do czasu objawia się wioska, gdzie dominuje drewniana zabudowa. Nawet Związek Sowiecki nie zdążył zmienić tych lasów, za blisko do granicy, do zasieków, kolczastego drutu, strażniczych wieżyczek. W cieniu granic mogła się rozwijać przyroda. Teraz dopiero, jak granicę otwarto, brzegi postanowiono ogołocić. Przed Dąbrówką jednak krajobraz robi się bardziej przyjazny. Wysokie zalesione brzegi. Widać, że poprowadzono po okolicznych pagórkach ścieżki, na widokowych pomostach można zobaczyć ludzi, którzy świętują 1 Maja.
W Dąbrówce odpoczywamy dobrą godzinę, łowiąc promienie słońca. Nad rozlewiskiem porozstawiano wiaty, sporo gości z Grodna, romantyczne parki przechadzają się brzegiem, dziewczyny jak to tutaj często na szpilkach, nie w strojach sportowych. Na drodze do Niemnowa znów wypływamy z lasu na otwarty teren. Przed ostatnią śluzą czeka nas przenoska, do małej rzeczki Ostaszanki.

Ostaszanka jest wartka. Wije się między kilkumetrowymi stokami. Światło już słabnące wieczorne. Niedaleko przed nami na brzegu pojawia się bóbr, by z widowiskowym pluskiem zniknąć w wodzie. Baza Niemnowo, o której mówił nam wcześniej Darek z Szota to rzeczywiście dobrze przygotowane pole biwakowe. Nasza krzątanina na brzegu nie uchodzi uwadze miejscowych. Podchodzi młode małżeństwo. Próbuję zagadnąć do nich po rosyjsku, ale okazuje się, że oni są miejscowi. Miejscowi Polacy znaczy. Jak zresztą większość ludności w rejonie Sopoćkiń. Na dobrą sprawę jest tak jakbyśmy z kraju nie wyjechali. Pytają czy nie chcemy przenocować w domu. Pozostajemy jednak przy namiocie. Po dniach marznięcia, przecież można tu rozpalić ogień i grzać się przy ognisku.
-To wszystko możecie palić, to dziadostwo – mówi gospodarz. Pokazuje stertę śmiecia, resztki jakichś szop, dykty, jakieś flaki komórek, z których sterczą gwoździe. Pod ścianą szopy stoi też resztka przykładnie poukładanego drzewa.
-Siekierki nie chcecie?
Uznajemy jednak, że to, co jest w zupełności nam wystarczy. Krążę jeszcze po krzakach w poszukiwaniu gałęzi. Szybko staje namiot i wysiłki przy ognisku zostają uwieńczone sukcesem. Płomień strzela wesoło w górę. Z przeciwnej strony rzeczki jakieś dwieście metrów od nas patrzy na nas strażnicza wieża. To tak, żebyśmy nie poczuli się do końca jak u siebie. Słychać szum wody. Co jakiś czas bóbr plaśnie z impetem w wodę, jakby ważył bez mała sto kilo. Wypalają się powoli tematy, zapadamy w nieskrępowane milczenie, słuchając trzasku ognia. Pigwówka zamyka oczy. Gdy budzę się o pierwszej, ognisko dogasa. Gdzie patrzeć? Co jest realniejsze? My jesteśmy. Ale za zasięgiem światła bijącego od paleniska, zaczyna się ciemność, w której spoczęły wszystkie dawne czasy, z której jakieś nowe pewnie się wyłonią, w staro-nowym, znajomym, a jednak obcym kształcie.

Fot. Bartosz Januszewski

Rano wysypiamy się i ruszamy późno. Ostaszanką do Niemna jest może z kilometr.
Ruszamy dość szybko, jeszcze do końca się nie obudziłem, myśl jest senna, ale nurt dość wartki. Widzę wystającą spod wody gałąź i mówię „gałąź”, siedzący za moimi plecami Bart reaguje kierując kajak bliżej środka rzeki. Dziób ledwo muska gałąź, ale kilkanaście centymetrów pod wodą znajduje się grubszy konar zdradziecko wyciągając swoje macki w naszym kierunku. Kajak zatrzymuje się na przeszkodzie. Momentalnie obrata burtą do nurtu. Mocne bujnięcie, jeszcze rozpaczliwy ruch wiosłem i słyszę głos Barta:
-Toniemy!
I widzę jak wyskakuje z kajaka, ląduje w wodzie po pas.
Kajak, duża komfortowa jednostka, nabiera szybko wody. Wyskakuję i ja, ląduję w wodzie.
-Obracamy go! Musimy go obrócić! – krzyczy Bart.
Udaje się nam obrócić kajak. Wylewa się woda, ale i nasze rzeczy, które lekkomyślnie – pewnie swego, słabo zabezpieczone, zaczynają wypływać na powierzchnię. Wyrzucamy paki jedne po drugich na brzeg.
I wtedy, niespełna dziesięć metrów od nas, w dół rzeki spod wody wynurzają się nasze termosy. Wesoło chyboczą się na wodzie. Bart robi ruch jakby chciał po nie skoczyć, ale jest za późno. Przepadło.
-Pobiegnij zobaczyć dalej, czy jest gdzieś wypłaszczony brzeg, bo tu nie da się go wyciągnąć – komenderuje mój przyjaciel.
Drapię się po skarpie do przemoczonych spodni lepi się piach i muł. Za zakrętem jest kawałek płaskiej łąki z dostępem do wody. Teraz Bart wsiada do kajaka i płynie tam, a ja przenoszę pakunki lądem. Wyglądam żałośnie. Chlupocze w butach, przesiąkam zapachem wody. Ostaszanka staje się teraz namacalna węchem. Rzucam klump zmiętych rzeczy obok kajaka. Na wierzchu ląduje przemokły, świecący się kolorowo wielkanocny zając – i uśmiecha się do mnie durnie.
Ruszamy więc dalej milczący i źli. Skupieni, by znów nie wylądować w wodzie. I nagle za jednym z zakrętów srebrzy się mój termos zaplątany w krzaczory. Chwytam go szybkim ruchem i humor od razu się poprawia. Termos Barta niestety nie odnajduje się. Poprzez ciemniejszy kolor trudniejszy był do dostrzeżenia. Na dodatek, to właśnie w nim znajdowała się herbata, którą mieliśmy się grzać na Niemnie.
Teraz nie ma co marudzić. Do Druskiennik ponad trzydzieści kilometrów wodą. A po drodze jeszcze odprawa. Chwilę potem otwiera się przed nami przestrzeń. Niemen.

Fot. Bartosz Januszewski
Robi wrażenie ta rzeka, tak duża, a o tak dzikich brzegach. W przeszłości często graniczna, między Prusami a Rosją, więc opuszczona przez ludzi. Po paru kilometrach po lewej mamy brzeg litewski, po prawej białoruski. Miejscowości pojawiają się z rzadka na wysokich brzegach. Trochę mężczyzn na rybałce. Nie wiadomo, czy po cywilu, czy na służbie. Ta rzeka, która płynie na niżu ma miejscami tak strome brzegi, że aż dziw. Tak ją zapamiętałem, gdy przekraczałem ją po raz pierwszy pieszo – jedenaście lat temu mostem w okolicy Merecza. Nagle wyszliśmy z lasu i powietrze stało się świeższe, przestrzeń można było poczuć w samych płucach, Niemen płynął kilkadziesiąt metrów w dole. A pielgrzymka nie zatrzymywała się, rozpędzona masa, w śpiewie przechodziła na drugi brzeg. Myśl o tym, że wspaniale byłoby płynąć tą rzeką w kajaku, pojawiła się nieśmiało wtedy. Teraz stała się realnością. Więc mogłem zapomnieć o tym, że jestem zziębnięty, brudny i mokry, cieszyłem się krajobrazami, machaliśmy dziarsko wiosłami. Spychało nas niekiedy w stronę brzegu, ale miejscami trafialiśmy w główny nurt i wtedy drzewa migające nam po obu brzegach mierzyły na prędkość.
-Tylko nie przegapcie tej wieży w Priwałce – brzmiał nam w głowach głos Darka -Nie wiem jak ją można przegapić, ale takie przypadki się zdarzały. Może to wygląda niepozornie, człowiek myśli, że to jeszcze nie to, a potem okazuje się, że jednak. A wtedy – na Białoruś już więcej nie wjedziecie, bo oni traktują to jako nielegalne przekroczenie granicy.
No więc pilnujemy się. Na białoruskim przejściu czeka nas delegacja. Trzech ze Straży Granicznej i jedna celniczka. Witają nas serdecznie.
Dwóch znika z naszymi paszportami w budyneczku. Jeden z nich zostaje z nami. I celniczka.
Dokąd płyniecie? – pyta.  Mówi płynnie po polsku. Pyta czy nie za wcześnie na spływy.
-Latem tu byś przyjechał – mówi do Barta. – Żonę masz?
-Mam, ale moja żona w domu.
-Żonę zostawił w domu, „druga” wziął na katastrofę – dodaję wyłażąc z kajaka.
Wszyscy się śmieją.
-Wypadek – zauważa pogranicznik.
-Ano. Zdarzyło się. Na Ostaszance. Tam koło Niemnowo taka mała rzeczka. A pan dobrze mówi po polsku…
Białorusin uśmiecha się spod swojej wysokiej czapki:
-Nauczyłem się oglądając telewizję. Czterech pancernych się patrzyło. I smerfiki… Potem na granicy stałem, z z tirowcami rozmawiałem. A teraz tu – nie ma językowej praktyki…Polaków prawie nie ma. A Litwini to po rosyjsku, ich język bardzo trudny….
-wymienia jakieś trzy litewskie zwroty -To tyle mojej znajomości litewskiego…
-Pewnie mały ruch, pierwszy kajak dzisiaj – zagaduje Bart.
-Pierwszy w tym roku! – śmieje się mundurowy.
-Gdyby nie ta granica, to powstałby tu kurort, drugie Druskienniki. Za Związku Radzieckiego już zaczęli budować. Ale potem Związek się rozpadł…
-Chcecie coś zadeklarować na granicy? – pyta po rosyjsku dziewczyna, ale takim głosem, że wiemy – żartuje. -Nie? Alkohol? Narkotyki? Nic? – śmieje się.
Ich koledzy przynoszą dokumenty.
-No to zadzwonimy do Litwinów, żeby do was wyszli – mówi nasz rówieśnik, co oglądał po polsku Smerfiki.
Pomagają nam zepchnąć kajak na wodę i życzą wszystkiego najlepszego.
Litwini na drugim brzegu po chwili faktycznie wychodzą. Widzimy ich z daleka. Taka sama delegacja. Trzech ze straży i celniczka.
-Do nich to chyba po angielsku trzeba się odezwać – zastanawiamy się.
-Dzień dobry! – rozprasza nasze wątpliwości najstarszy z celników, gdy już przybijamy. Też mówi płynną polszczyzną.
Wszystko się powtarza, tyle, że sprawdzanie dokumentów jest dużo krótsze.
Znów opowiadanie o porannej przygodzie i znów jesteśmy miłą odmianą w tej nudnej chłodnej wiośnie nad Niemnem. Jest tak swojsko, jakby mundury były tylko elementem jakiejś gry terenowej, po końcu której wszyscy mielibyśmy iść na piwo.

Wsiadamy do Kajaka. Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się zapowiedź Druskiennik. Na wysokim brzegu sterczy masyw zadaszonego narciarskiego stoku. Lądujemy pod mostem, zaczepiają nas wszyscy przechodnie, którzy są Polakami na majówce. Wkrótce zajeżdża po nas samochód Szota. Opowieści będziemy mogli kontynuować zaproszeni do wieczornego grilla, Bart będzie brylował znajomością ślonskoj godki i nie będzie się nam chciało jechać, będzie się nam chciało być… 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Do tych co czytają

"Nie boli mnie nigdy krytyka, a interesuje. Boli mnie tylko niezrozumienie"
Jerzy Giedroyć w liście do Andrzeja Bobkowskiego

Ludzie przyzwyczajają się do czyichś poglądów – bardziej niż sam zainteresowany. Raz przyczepią jakąś łatkę i są później wierni temu wyborowi. Od środka, od strony głównego bohatera wygląda to zupełnie inaczej – to dynamiczny, żywy proces. Coś kumuluje się bardzo długo, a potem wystarczy jedna kropla, żeby przeważyć. Nie tyle poglądy się zmieniły, bo jeśli tylko ktoś jest wierny swoim zasadom – to jest tu jeden constans, kręgosłup; ale zmieniło się umocowanie, obudowanie tych poglądów, zasad. Oczywiście większość ludzi pozostaje na poziomie powierzchownych płycizn; powtarzanych sloganów, trzymania z jednymi przeciw drugim, większość ludzi chce się utwierdzać i utwierdza się w twierdzach podobnych im powierzchowności. Także powierzchowne i teatralne są ich wolty i zdrady. To z jazgotem takich osobowości, które nie mają w gruncie rzeczy nic do zaoferowania wciąż musimy się stykać, to nimi jesteśmy epatowani. Można całe życie czytać rzeczywistość jak kryminał – poszukiwać ręki mordercy. Ale rzeczywistość nie jest kryminałem, ani melodramatem, rzeczywistość jest jak – dajmy na to – Doktor Żywago, skomplikowana, wielowątkowa, pełna fatalizmu, niechcianych przypadków, jest sumą błędów i niespełnień. Z własnym nagromadzonym przez lata rozpoznaniem rzeczywistości pozostajemy sami – bo jest ona nieprzekładalna, jest tylko nasza, tylko dla nas jest aktem dramatu.

środa, 29 marca 2017

Spotkanie autorskie we Wrocławiu

6 kwietnia (czwartek) o godz. 19:30 we wrocławskim klubie poetycko-muzycznym Pieśniarze (Ul. Szewska 68 a) odbędzie się moje spotkanie autorskie, które poprowadzi prof. Dorota Heck. Po spotkaniu wystapi kwartet smyczkowy ,,na strunach głosowych i nie tylko" - nie tylko bo będzie także kilka piosenek...

Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Artur Nowaczewski - nowa strona na facebooku

Pierwszy blog założyłem jedenaście lat temu, pod obecnym adresem pozostaję sześć lat. Czasy się zmieniają.  Blog na blogspocie pozostaje bez zmian, od czasu do czasu będę tu wrzucał - zwłaszcza dłuższe teksty, ale częstsze aktualizacje (zdjęcia, wypisy z książek, komentarze etc.) będą się ukazywać na mojej stronie na facebooku: Artur Nowaczewski: pisarz, na którą zapraszam.

piątek, 27 stycznia 2017

Dziadek, Bałtyk, Wieczno

           
                                                                         Fot. Archiwum MIR

         Morze? Długo jedynie dystans, niechęć, obawa. Wszystko z powodu ekologicznej katastrofy. Z dzieciństwa zapamiętałem najbardziej obraz zwałów czarnych, śmierdzących glonów, wymieszanych z wyrzucanymi przez fale na brzeg śmieciami. Mogłem na ten skażony Bałtyk jedynie popatrzeć, nie wolno mi było w nim zanurzyć stopy. Pierwszym morzem, które poczułem wszystkimi zmysłami stało się więc Morze Żółte. Inne od naszego, z inną barwą wód, z kamienistym dnem i skalistymi klifami. Jeździliśmy nad nie, gdy tato pracował w Korei Północnej. Ono również mnie jednak nie zachwyciło – poraniłem sobie stopy o ostre ułomki skał i muszli zalegające na dnie. Dopiero potęga Morza Japońskiego i piaszczysta plaża w Wonsanie wprawiły mnie w zachwyt.

       A potem –  powrót nad Bałtyk. Gdańsk był dla mnie zawsze miastem odwróconym od zatoki. Morze znajduje się gdzieś na rogatkach miasta i przez całe miesiące można go nie widzieć. W Gdyni, gdzie teraz mieszkam, jest inaczej: widać je już z peronu kolejki, bo idealnie prosta ulica 10 Lutego wpada w Skwer Kościuszki. Szerokie modernistyczne ulice, morska bryza i widoki na gdyńską marinę z lasem jachtowych masztów odcisnęły się w wierszu „Amsterdam”, zainspirowanym piękną pieśnią Jacquesa Brela.

      Jednak to najgłębsze i najbliższe morze było we mnie – i w naszej rodzinie –  obecne od zawsze: od śp. dziadka Bronisława Bogdanowicza. Dziadek, kapitan żeglugi wielkiej, wyłania się z mojej pamięci jako archetypowy wilk morski. Gdy miałem pięć lat, podał mi do jedzenia śledzie w oleju. Byłem tym bardzo przejęty: – skoro dziadek je śledzie, to znaczy, że jedzą je prawdziwi mężczyźni. W przypływach dobrego humoru opowiadał o zabawnych historiach z lat pływania, ale ciężka praca w rybołówstwie dalekomorskim miała dla niego więcej cieni niż blasków. Patrzył na nią trzeźwo, na pozór bez sentymentu, jednak dało się odczuć, że kochał ją surową i dyskretną miłością. Wystarczyło posłuchać, jak mówił o swoim ulubionym statku, małym trawlerze „Wieczno”:  „Czasem chce się go pogłaskać”. Dlatego nazwa „Wieczno” do dziś brzmi dla mnie jak sacrum – wieczność konkretna jak pokład. „Szczęśliwy statek” – pisał w pamiętniku  – "masę razy chodziliśmy przez Atlantyk, przeżyliśmy na nim cztery huragany".

      Nazywano go borsukiem, bo rzadko opuszczał swoją kajutę. Kiedy już jednak stanął na mostku, potrafił z niego nie schodzić przez 72 godziny... Były też sytuacje, w których zachował się jak bohater, ale nigdy się tym nie chwalił. Babcia przechowuje książkę Stanisława Rymaszewskiego Wykarczowani zza Buga z dedykacją autora, który w celach badawczych pływał kiedyś na „Wiecznie”. Dedykacja brzmi: Drogiemu Bronkowi Bogdanowiczowi Kapitanowi ż.w. z wdzięcznością za manewr m.t. Wieczno, którym 21.VI.1971 uratował życie siedmiu z wywróconego w sztormie pontonu (niemieckiego m.t. Eisbar) na północ od Islandii.  Jednym z nich jest autor tej książki, Bóg zapłać Kapitanie!"

       Byłem z Dziadkiem Bronkiem serdecznie związany. To on wielokrotnie polecał mi książkę Karola Olgierda Borchardta Znaczy kapitan, ale ja nie lubiłem wtedy marynistyki  i za jego życia nigdy po nią nie sięgnąłem. Borchardt był nauczycielem dziadka ze Szkoły Morskiej; kontakt utrzymywali także po jej ukończeniu. W latach siedemdziesiątych, gdy dziadek Bronek był bliski śmierci, Borchardt odwiedził go w szpitalu i tchnął nadzieję powrotu do życia.  Był więc dla nas autor Szamana morskiego postacią jakby „rodzinną”, realną, bliską.

       Ale Znaczy kapitana zacząłem czytać dopiero po śmierci dziadka, jakby chcąc w ten sposób porozmawiać z nim jeszcze, przyswoić sobie jego duchowe wartości. To książka o więzi, która zawiązuje się między młodym oficerem a kapitanem. O uczniu i mistrzu, ich męskiej przyjaźni. Płakałem czytając o śmierci „Znaczy Kapitana” i były to moje pierwsze od dzieciństwa łzy nad książką.  Znalazłem na jej stronicach prawdziwych mężczyzn, którzy brali na siebie ciężar odpowiedzialności, zachowując jednocześnie szorstką wrażliwość, skrywaną pod maską suchego oficerskiego konwenansu. Szczególnie objawiło się to w historii konika z Halifaxu, którego Borchardt nazwał Jakubem Paganelem. Zainspirowała mnie ona do napisania „Malutkości i morza”.

       Kończąca ten rozdział rozmowa Borchardta ze Stankiewiczem należy, jak sądzę, do największych scen w naszej literaturze. Ilekroć do niej wracam, ściska mi gardło. Nic więc dziwnego, że podobnie działa na mnie wiersz Walta  Whitmana zaczynający się od słów „Oh, captain, my captain...” W moim życiu miałem przecież szczęście znać prawdziwego Kapitana...


(2012)                              

Wypowiedź ukazała się w antologii Morza polskich poetów. Wiersze i wypowiedzi, red. Zbigniew Jankowski, Gdańsk 2013.

czwartek, 8 grudnia 2016

Komu potrzebna jest dzisiaj krytyka artystyczna?


29 listopada odbyła się  organizowana przez Fundację Pomysłodalnia i Instytut Kultury Miejskiej debata "Komu jest dzisiaj potrzebna krytyka artystyczna?", w której udział wzięli: Anna Chęćka-Gotkowicz (Uniwersytet Gdański), Joanna Puzyna-Chojka (Uniwersytet Gdański), Zbigniew Mańkowski (Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku), Maciej Nowak (Teatr Polski w Poznaniu) oraz niżej podpisany. Cały przebieg spotkania dostępny na załączonym filmie. 


wtorek, 22 listopada 2016

O "Sprawiedliwych zdrajcach" Witolda Szabłowskiego


autor czasami popada w sprzeczność – chciałby pojednania krajów i narodów, działań na poziomie polityki historycznej i z taką tezą zdaje się pisać swój reportaż. Chwilami też za bardzo stara się kontrolować emocje czytelników, wtrącając pachnące językiem niespecjalnie pogłębionej publicystyki własne komentarze. Tymczasem najcenniejsze w jego książce jest to, co wychodzi poza zaklęty krąg rozważań na temat zbiorowej odpowiedzialności. O ile łatwo bowiem jest wywołać na gruncie politycznym nienawiść, prawie niemożliwe jest zaprogramowanie pojednania. Czy zatem skazani jesteśmy na determinizm? Sprawiedliwi zdrajcy dostarczają dowodów, że nie.  Poza determinizmem znajduje się przede wszystkim głęboko pojmowana wiara, co ujawnia się zwłaszcza w mało znanym w Polsce wątku czeskim – wprowadzonym przez opowieść pastora Jana Jelinka. Pastor jako Czech (Czechów mieszkało na Wołyniu kilkadziesiąt tysięcy) nie jest uwikłany w narodowe waśnie – dzięki temu jest najbardziej obiektywnym z narratorów, a jednocześnie uczestnikiem zdarzeń. Dobro pojawia się wbrew okolicznościom, czasami wbrew logice, otwiera na tak współcześnie ignorowany pierwiastek tajemnicy. Pisarz tworzy też poruszające portrety Ukraińców – potomków sprawiedliwych z Wołynia, którzy wrażliwości nauczyli się od swoich rodziców, od nich dowiadywali się o objętej tabu zbrodni oraz o tym, że leżące w ziemi i w domach sąsiadów cenne przedmioty pochodzącą z grabieży polskich domów.

Na stronach Instytutu Książki ukazał się mój tekst poświęcony reportażowi Sprawiedliwi zdrajcy Witolda Szabłowskiego. Cały tekst można znaleźć pod linkiem: http://www.instytutksiazki.pl/ksiazka-tygodnia,aktualnosci,35913,sprawiedliwi-zdrajcy--sasiedzi-z-wolynia.html

niedziela, 18 września 2016

W Moskwie

Jadąc autobusem do Moskwy można było poczuć przedsmak wielkich przestrzeni. Im dalej na wschód, tym mniej ludzi. Już Łotwa wydawała się wyludniona. W piwnym ogródku na rynku małego miasteczka krzesła o dziewiętnastej sterczały nogami do góry. Na ulicach nikogo. Zdawało się, że jadę w przeszłość – tam gdzie jest bardziej pusto, lasy bardziej nieprzebyte, drogi rozrzedzone. Na przejściu granicznym w Buraczkach autobus dotarł koło północy.  Granica wyrwała mnie ze snu. Wydała się przez to intensywniejsza, z tym całym prześwietlaniem bagaży, nazwisk, wiz, zaproszeń.  Jakby dalszy ciąg śnienia.
-Co masz w tej siatce?
-Książki.
-Co za książki?
-Moje książki, jadę na seminarium poetów w Moskwie…
-Pisatiel? – uśmiechnął się ironicznie pogranicznik.
 „Pisatiel”… to zabrzmiało dumnie jak nieomal dysydent. Wziął do ręki moją książkę krytyczną, przekartkował. To samo zrobił z tomikami. Na okładce widniało zdjęcie. Spojrzał na mnie przeciągle. Porównał.
Potem można było z powrotem zapaść w sen. Z Buraczków jechało się jeszcze całą noc. Monotonnie, wciąż przez lasy. Wciąż prawie bezludnie. Kto wie – może zapatrzony w mapę, kiedyś dawno – wmawiałem sobie tę bezludność. Ale wsi rosyjskiej zobaczyłem tej nocy tyle co nic.



A Moskwę ujrzałem – jak miasto w Ameryce. Ogromne City. Drapacze chmur. Wyłaniała się z tego kraju jak coś zupełnie z innej materii. Z innego świata. Jedziesz w przeszłość, a lądujesz w przyszłości. Zegar zdaje się biec wstecz, a potem przyśpiesza.

Po mieście jeździ się metrem. Sieć linii metra rozchodzi się gwiaździście i liniami okrężnymi, ciągle wsiadasz, wysiadasz, przemykasz przez korytarz, pod tymi żyrandolami, obok rzeźb, które nie wiesz – bardziej z socjalizmu, czy z Leni Riefienstahl… schody w górę, w dół, są tak długie, że ludzie czytają na nich gazetę, książkę. Inni pędzą – by zyskać pół minuty. Nie daj Boże, stanąć z lewej strony. Tu ruch odbywa się jak po autostradzie. Za zasięgiem metra zaczynają się elektryczki i pociągi dalekobieżne ruszające na wszystkie strony świata z dziewięciu dworców.



Nigdy nie poznawałem Moskwy z mapą w ręku, teraz też nie miałem mapy.  Chodziłem na ślepo, trafiając na znajome z literatury nazwy. Nigdy nie układały się dla mnie w jedną przestrzeń, wisiały w powietrzu – były jak z odległego mitu.  Gdzie jest Arbat podpowiedziała mi nazwa stacji. Ale inne ulice – robiły przyjemniejsze wrażenie. Chociażby Nikolska… Zaraz obok był sklep GUM – stuletnia galeria handlowa. Wyglądał oczywiście zupełnie inaczej niż ćwierć wieku temu. Jako dziecku imponował ogromem. Jak przez mgłę pamiętam sklepy z futrami. No i z zabawkami. Teraz zamiast nich - Armani. Znane drogie marki odzieżowe. Tylko budynek i czekoladowe cukierki pozostały tutaj te same.  Przez ćwierć wieku nie zmieniły się wzory na papierkach. „Miszka Kosołapyj”, cukierki z Nieumiałkiem/Nieznajką, cukierki z wiewiórką, „Krasnyj Oktiabr”…

Kreml jak Kreml. Teraz, w słońcu prezentował się okazalej niż w listopadowej szarzyźnie. Kawałek za nim trafiłem na most, gdzie zastrzelono Borisa Niemcowa. Obok pruły auta, a przy balustradzie morze kwiatów. Zdjęcia z jego podobizną. Nad wszystkim czuwali jacyś ochotnicy. Niespecjalnie ktoś się tu zatrzymywał. Całkiem przypadkowo trafiłem też na Łubiankę. Znaczy na plac obok cieszącego się ponurą sławą gmachu. Został przebudowany trzydzieści lat temu. Instytucja urzęduje tam ta sama, zmienia tylko nazwy.



Centrum miasta można było okrążyć idąc bulwarami pod szpalerem drzew. Czasu nie było dużo by oswoić się z miastem na piechotę. Aby poznać je systematycznie ulica po ulicy, przeczytać krokami, odległościami. Nałożyć na niejasne wyobrażenia siatkę mapy. Rytm, w jakim je poznawałem – był ciągłym schodzeniem pod ziemię i ponownym wychodzeniem na słońce.


***

Seminarium poetyckie odbywało się w Pieriediełkinie. Jedzie się tam elektryczką. Jest nowe i stare Pieriediełkino, nowe to po prostu jeszcze jedno podmoskiewskie blokowisko, stare – po drugiej stronie torów to kolonia rozrzuconych po lesie daczy przeznaczonych dla artystów w czasach sowieckich. Idea tej dziwnej wsi-dzielnicy-kolonii powstała tak: kiedyś Stalin spytał Włochów, jak żyją u nich pisarze.
-Ano dobrze, siedzą sobie w willach za miastem i piszą.
-Nasi też mogą mieć wille – stwierdził Stalin.
I tak powstało Pieriediełkino. 

Dacze, drewniane, spory rozmiarów budynki budowano na rozległych posesjach. Kiedyś nie były szczelnie od siebie odgrodzone. W płotach znajdowały się furtki, można było swobodnie przechodzić od sąsiada do sąsiada. A sąsiadami byli wyłącznie twórcy… Kolonia twórcza. Dzielnica samych znajomych. Czy to artystyczne (a sądząc po epoce polityczne) stężenie było do wytrzymania? Trwały przecież, w latach trzydziestych, czystki. Co rusz ktoś z Pierediełkina znikał, jego rodzina opuszczała dom. A na ich miejsce – przychodził inny literat. Sielanka, która z dnia na dzień mogła się zamienić w obóz. Przyjaciel albo sąsiad który mógł się okazać denuncjatorem.

           



Muzeum Pasternaka może sprawić zawód. Niewiele tu oryginalnych sprzętów. Droga do jego założenia w czasach ZSRR była kręta i sama w sobie jest też odrębną historią. Trzeba zdać się na imaginację. Biurko stoi w tym samym miejscu, można wyobrazić sobie, jak padało światło, gdy pisarz pracował nad Doktorem Żywago. Wiadomo, kto z nim mieszkał, kto odwiedzał. I jakoś już dwoma równoległymi torami zaczynają biec – jego życie i rytm powieści. W jednym z pokoi odbyliśmy jedną z naszych seminaryjnych dyskusji, czytaliśmy też wiersze i wysłuchaliśmy niedużego koncertu na fortepian i skrzypce.

Nasz hotel znajdował się przy samych torach. Po odgłosach rozpoznawaliśmy wkrótce bezbłędnie: elektryczka, pośpieszny, i długie nocne monotonne przejazdy towarowych… Dyskusje odbywały się w dużym jasnym namiocie, który stał w hotelowym ogrodzie. Pod drzewami stało też kilka stolików, gdzie można było siedzieć do późna. Byliśmy zatem w Moskwie, ale właściwie to zupełnie poza miastem…


W wieku XIX cała kultura rosyjska żyła w szlacheckich dworach, w XX zaś – w kuchniach. Pierestrojka także. Całe życie szestidiesatników, czyli pokolenia lat sześćdziesiątych, było właśnie takie – kuchenne. Dzięki niech będą Chruszczowowi! To za jego czasów zrezygnowano z komunałek i wprowadzono oddzielne kuchnie, gdzie można było psioczyć na władzę, a co najważniejsze – nie bać się, bo w kuchni wszyscy byli swoi. Tam rodziły się nowe idee, fantastyczne projekty. Opowiadano sobie dowcipy (…) Wyrośliśmy w kuchniach, nasze dzieci także, razem z nami słuchały Galicza i Okudżawy. Puszczaliśmy sobie Wysockiego… Łapaliśmy BBC – pisała Swietłana Aleksijewicz. (*S. Aleksijewicz, Czasy seconhand, tł. J. Czech, Czarne, Wołowiec 2014)


Z takich właśnie to kuchni wyłonili się rosyjscy uczestnicy seminarium – z nieoficjalności i serdeczności. Był w nich też w nich jednak jeszcze rodzaj solennej powagi – gdy mówili o literaturze. Literatura była czymś ważnym i przeżywanym bez zadęcia. Życie literackie pozostawało do niej jedynie dodatkiem. Dyskusje były długie, meandrowały. Znali wiele swoich i cudzych wierszy na pamięć. To wszystko nie odbywało się w oparach wódki. Jedyną wódką, jaką piliśmy w te dni – była przywieziona przez Polaków butelka Wyborowej. Zamiast tego na stołach królowało wino, wieczorne śpiewy przy gitarach.

Drugiego dnia udaliśmy się do domku Okudżawy. Jest to prawdziwy „muziej”. Muziej tym się różni od muzeum, że przewodnik ma tu władzę jak konduktor w transsyberyjskiej kolei. Trzeba go słuchać. Emerytowane panie, które oprowadzały po „muzieju” niczym surowe nauczycielki strofowały nas jak rozkojarzonych sztubaków – „proszę nie podchodzić do gablot, czas na to będzie później”, „pan widzę zasypia”, „bardzo tu gorąco, proszę pani, przepraszam”. Było rzeczywiście gorąco. Kontynentalne lato w pełni.

Okudżawa pomieszkiwał w letnim fińskim domku. I ten malutki domek zdawał się być opuszczony przez niego wczoraj, pokój z zabudowaną werandą został nienaruszony. Jakby właściciel wyjechał tydzień temu do sanatorium. Lubił przywozić sobie pamiątki. Niekoniecznie były to jakieś wybitne dzieła sztuki. Miały raczej wymiar sentymentalny. Wszędzie znajdowało się sporo zdjęć, z najróżniejszymi ludźmi. No i dzwonki. Wszyscy przynosili mu w prezencie dzwonki, bo raz pochwalił się małym dzwoneczkiem, który od kogoś otrzymał, że to najwspanialszy prezent. Dzwonki wisiały teraz w zabudowanej werandzie. Było tu przytulnie. Gdy okna są otwarte i powieje wiatr kolekcja zaczyna koncert. Ale dziś wszystkie były zamknięte. Duchota. „Nie snimajtie, pażałsta” – ostudziła mnie pani przewodnik, gdy chciałem uwiecznić za siebie tę dziuplę. Nie mogę więc teraz w powiększeniu przyglądać się, co wisi na ścianach, jaki mikrokosmos przedmiotów bard po sobie zostawił, tylko polegać na pamięci.


Rosyjska poezja współczesna nie jest właściwie w Polsce znana. Dużo jest tam do odkrycia. Wiele nazwisk, całe prądy, ich dynamika, cały ten świat pozostawał poza moim zasięgiem – teraz był na wyciągnięcie ręki. Po wyjeździe zostały maile, tomiki do poczytania i … pewnie dalsze ciągi. Jak to zapisałem? Jedziesz w przeszłość, a lądujesz w przyszłości…

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

O "Drodze 816" Michała Książka



Pisarz na pieszej wędrówce może tylko skorzystać, wydeptać swój styl, jego proza może osiągnąć zarazem kondensację i oddech. Bo piechur widzi więcej. Ma więcej czasu, maszeruje na przekór cywilizacji, która zmusza do szybkości, wyrywkowości, zarzuca go mnogością obrazów, wrażeń, które ciężko uporządkować. Piechur, aby przeżyć przygodę, nie potrzebuje egzotycznych krajów, podróż może zacząć się dla niego już za progiem jego domu. Droga 816 Michała Książka nie jest typowym reportażem ani literaturą podróżniczą, to gęsta, esencjonalna i sentencjonalna proza, w której zacięcie przyrodnika łączy się z wrażliwością poetycką. Można powiedzieć, że wystawia ona przed siebie wrażliwe, zmysłowe czułki - obwąchuje mijanych ludzi, zwierzęta, rośliny, krajobrazy, poddaje się rytmowi marszu, otwiera się na zasłyszane głosy ptaków i wychwytuje różnicę melodii w języku miejscowych mieszkańców. Każdym zdaniem, akapitem mówi do nas: stań oko w oko ze światem. Bądź, doświadczaj – bardziej, mocniej.

- piszę o Drodze 816 Michała Książka. Cały tekst można znaleźć na stronie Instytutu Książki:
http://www.instytutksiazki.pl/ksiazki-detal,literatura-polska,10300,droga-816.html