niedziela, 22 grudnia 2013

Poezja inaczej śpiewana - artykuł w "Gościu Niedzielnym"

W aktualnym (22 grudnia 2013) wydaniu "Gościa Niedzielnego" można znaleźć artykuł Szymona Babuchowskiego pt. Poezja inaczej śpiewana. Tekst poświęcony jest artystom, którzy łączą poezję z muzyką. Kutabuk występuje tam obok takich sław jak Świetliki czy Variete. W artykule są przytoczone wypowiedzi poetów Marcina Świetlickiego, Grzegorza Kaźmierczaka, Jarosława Lipszyca i niżej podpisanego.

piątek, 13 grudnia 2013

"Lampa" - Paweł Dunin-Wąsowicz o "Konfesji i tradycji"



Dla mnie ciekawsza niż analizy indywidualne jest pisana z prawdziwą pasją część pierwsza, skręcająca bardziej ku socjologii literatury, a więc systemu nagród, układu antologii poetyckich czy funkcjonowania tzw. alternatywy przełomu lat 80/90. Miło mi że Nowaczewski ma wiele sympatii dla bezinteresowności tej ostatniej formacji, przeciwstawiając jej wyrachowanie wślizgiwania się do obiegu oficjalnego poprzez różnorakie konkursy, aczkolwiek w rozdziale "W poszukiwaniu zaginionego undergroundu" stawia tezę, że ów underground w Polsce (w odróżnieniu od Czech) właściwie nie zdążył zaistnieć i wydać owoców, a scena artzinowa miała marginalne znaczenie - pisze Paweł Dunin-Wąsowicz w recenzji pomieszczonej na łamach ostatniego numeru "Lampy" (11/2013).

Szkic o Czesławie Straszewiczu na łamach "Frondy"


W 69 numerze "Frondy" ukazał się mój szkic poświęcony postaci Czesława Straszewicza. Jego fragment można przeczytać na stronie pisma.

niedziela, 8 grudnia 2013

Recenzja "Dwóch lat w Phenianie" na łamach "Nowego Państwa"



W miesięczniku "Nowe Państwo" (nr 11/2013) ukazała się recenzja Dwóch lat w Phenianie autorstwa Mateusza Matyszkowicza. Autor zwrócił przede wszystkim uwagę na proces dojrzewania bohatera, pisze  m.in. : Książka znakomita. (...) Więc nie sięgajcie po nią dlatego, że nowa, ładna i egzotyczna, ale po prostu dlatego że dobra. I że przede wszystkim jest o chłopcu, który chłonie świat, ale ten jest niezrozumiały. Ta sceneria jest przeto bardzo ważna i pozwala zauważyć to, co w dojrzewaniu najważniejsze. I co nie zależy od takiego czy innego czasu, miejsca, systemu. 

niedziela, 1 grudnia 2013

Jesień w Jesenikach

Najpierw były Jeseniki na mapie. Wielka ścienna hipsometryczna mapa Polski i ta czerwona plama w Sudetach na południe od polskiej granicy. Z tych czasów wyłania się nazwa najwyższego szczytu. Pradziad przez te dwadzieścia kilka lat czekał, abym nazwę wypełnił swoimi krokami, pamięcią oczu i butów.

Jesień jest czasem, kiedy ruszamy z Bartem na południe. Nie było pewne, czy uda się dotrzeć w Jeseniki. Dojazd jawił się jako splot szczęśliwych okoliczności – z pociągu do Wrocławia na bus do Nysy, z busa do Nysy na bus do Głuchołazów, z busa do Głuchołazów na pociąg do Jesenika. Jedna wpadka, jedno spóźnienie i plan sypał się, nie było szans by dojechać na czas i na czas wrócić. Kolejne elementy przebiegały jednak bezbłędnie. Bus do Nysy był wypełniony jak ukraińska marszrutka. Siedziałem w drzwiach koło kierowcy w kucki i wpuszczałem nowe osoby w strefę zgniotu. Pojazd prowadził pewną ręką pan Waldek. Dzięki niemu wiedzieliśmy, że w Nysie musimy przedostać się pod dworzec piechotą i tam wsiąść w bus do Głuchołazów. Na szczęście się to udało –dzięki kilkusetmetrowemu biegowi  z plecakami. Teraz było już luźniej . Był nawet czas na towarzyskie pogawędki. Dzięki temu poznaliśmy Edytę. Jest taka kategoria osób, która od razu wzbudza sympatię i z którą łatwo złapać wspólne fale. I tak było z Edytą. Ta otwartość z pewnością pomagała jej w pracy lekarza. Pani doktor tak jak my jechała w Jeseniki a jako czechofil  i ktoś, kto spędził w Głuchołazach dzieciństwo była krynicą informacji na temat regionu.  Głuchołazy widziane jej oczami wydały się nam bliższe. Mając do dyspozycji czyjeś wspomnienia jest się naraz w dwóch miastach – tym, co się przedeptuje i tym z drugiej ręki. To drugie często potrafi być prawdziwsze, jest tym, czego szuka się w drodze.


Czasu było dość i postanowiliśmy przekroczyć granicę pieszo. Był nawet czas wspiąć się na starą wieżę skąd roztaczał się widok na miasto i okolice. Wieża zachowała naprawdę średniowieczna i nie wylana wewnątrz betonem. Wydrapana na  cegle data (z roku 1953?) przynosiła mi na myśl jakiś pogodny dzień na ziemiach odzyskanych, w którym młody chłopak wyjęty z mrocznego opowiadania Hłaski czyni wyznanie miłości swojej dziewczynie. Kobieta ma dziś pewnie osiemdziesiąt lat. Jeśli jeszcze żyje… Gdy zeszliśmy z wieży idąc za radą Edyty ruszyliśmy pieszo do Mikulovic.

Jeśli włączy się google maps to można zauważyć niedaleko dworca w Mikulovicach restaurację o mało górskiej nazwie „neptun”. Tam właśnie postanowiliśmy z Bartem wstąpić na piwo. Przeżyliśmy małe deja vu – oczywiście w telewizji, jak to w Czechach, leciał mecz hokeja. W knajpie nie było zakazu palenia, więc czuliśmy się jak przesunięci w czasie kilka lat wstecz. Pociąg miał wkrótce nadjechać więc trzeba było ruszać na puściutką stację. Znajdowała się ona pod specjalnym nadzorem kolejarza, który wspaniale wpisywał się w czeski film – długie, spadające na kark skłębione włosy i denka okularów. Na peron wtoczył się powolutku vlak. Jazda nie trwała długo. W Jesieniku pożegnaliśmy Edytę, która gdzieś tu miała znajomą kwaterę i ruszyliśmy w stronę gór. Przepastny świerkowy las. Byliśmy tu sami, po drodze żadnego turysty. Także Chata Jiřího na Šeráku, gdzie wypadł nocleg, kompletnie pusta. Trzeba było otworzyć dla nas świetlicę. Jeśli spodziewaliśmy się gwaru, to musieliśmy być zawiedzeni. Schronisko było schludne, eleganckie i… mało schroniskowe, zwłaszcza cenowo. Taki raczej górski hotel dla narciarzy, którzy wjeżdżali tu wyciągiem przez Serak. W sali jadalnej wisiał wielki krzyż a na szafkach nocnych jakaś pobożna dłoń egzemplarze Nowego Testamentu. Panowała tu wszechogarniająca obsesja czystości i krzątaniny. Ale jak krzątać się w pustce? 


Rano mgła.  Na szczęście  w drodze poczęła się rozpraszać. Do Pradziada mieliśmy grzbietem kilkanaście kilometrów. Wysokość startowa 1350 metrów, więc klimat już prawdziwie górski. Jesieniki imponowały swoją rozległością, jak na Sudety było to naprawdę duże, rozczłonkowane pasmo. Pierwszy szczyt na drodze -Keprnik był  płaskim zwieńczonym grupą skał wierzchołkiem, który i wysokością i kształtem przypominał Śnieżnik. Tablica edukacyjna obok przedstawiała kultową postać krecika i zmarznięte kopce. Było trochę pochmurnie, ale wyjątkowo jak na listopad ciepło. W dali majaczył się już był wyrastający ponad wszystko wokół Pradziad, rozpoznawalny dzięki wieży telewizyjnej.

Dziarsko mknęliśmy przez wymarzony widokowo grzbiet– słońce stopniowo wychodziło zza chmur. Zastanawiałem się jak te góry wyglądały przed laty. Czytałem wcześniej o ponownym zalesieniu i sprowadzeniu kosodrzewiny na rozległe łąki. Zalesiony masyw został zatem ponownie zwrócony przyrodzie a jego pierwotność była udawana. Stało się jednak to już tak dawno, że góry zdawały się dzikie od zawsze. Keprnik został już daleko za nami. Przecięliśmy szosę koło kompleksów narciarskich i pędziliśmy w stronę Pradziada. Pierwszym człowiekiem, którego spotkaliśmy na drodze był siwiuteńki, ale niestary jeszcze człowiek o kulach. Musiał w ten sposób przejść kawał drogi. Godny podziwu upór. Potem długo, długo nic – aż dotarliśmy do kapliczki poświęconej tym „co se do domu nevratili”.


Drewniana kaplica upamiętniała ofiary Jeseników. Zapaliliśmy tu kupiony jeszcze w Polsce znicz. W małych tabliczkach były zaklęte górskie tragedie. Hasalova Karina, lat piętnaście, zaginiona na zjeździe do Petrovych Kamieni, 8 marca; Alois Hajek – zginął 1 stycznia 1979 roku. Może tragiczna okazała się dla niego zabawa sylwestrowa w którymś z okolicznych schronisk? Pavel Vavrina – ten młody człowiek zaginął na Pradziadzie 10 stycznia, zapewne gdzieś w głębokich śniegach; Ing Bezdek Tomas zahynul mrazem, czyli zamarzł 20 grudnia; Terezka Kalitova (28 stycznia), Ivo Nezval (24 marca) te wszystkie śmierci można było jakoś zrozumieć – jako ofiary w równej mierze zimy, co gór; aż pośród zimowych miesięcy wyrastało lato. Jiri Mather  – „zahynul po zasahu bleskiem”; nagła i niespodziewana śmierć od błyskawicy w samym środku lipca. Najbardziej niepokoiła jednak wrześniowa śmierć z wyczerpania Antonina Tolocha. Wczytywałem się w skąpo zarysowane przez pamiątkowe tabliczki dramaty, które o dziwo w większości miały miejsce całkiem niedawno, w ostatnich dziesięciu latach. Może to wtedy narciarze ruszyli masowo zimą w nieuczęszczane wcześniej góry? Pewnie nigdy się nie dowiem; ale brzmienie nazwisk, młody najczęściej wiek, temperatura dat – mówiły wiele.



Następny postój nastąpił w przytulnej drewnianej chacie Svycarna. Tu ceny były rozsądniejsze niż w pustym protestanckim kompleksie. Wybornie też smakowało po dotlenieniu się przez wiatry Keprnika piwo. Pradziad był już o krok - trzy kilometry. Dużo było w Svycarni i na okolicznych drogach ludzi. Tam gdzie można było wjechać samochodem Czesi przybywali licznie całymi rodzinami. Pradziad nie okazał się wyzwaniem jako góra – szerokim asfaltem w tej listopadowej aurze zmierzali na szczyt rodzice z dziećmi i wózkami. Rozległy wierzchołek został przez komunistów na wieki oszpecony. Hotel na szczycie to architektoniczny koszmarek. Zabrakło nam koron, żeby wjechać na wieżę, która wyrastała wyżej niż szczyt Śnieżki. Były zresztą chmury. Ani Śnieżki, ani Tatr, ani Alp – z pewnością tego dnia byśmy nie ujrzeli. Ale i z ziemi widoki były imponujące, pasma i chmur kłębowiska, przeplatane lasami i łąkami.

Tę noc spędziliśmy w Horskiej chacie Barburka. Jeśli narzekaliśmy na grobową ciszę w protestanckim kompleksie dzień wcześniej, tak teraz trafiliśmy na rzeźnicką imprezę, która rozproszyła nasze stereotypy spokojnie biesiadujących kulturalnych Czechów. Obsługa schroniska była przesympatyczna, ale nad nami zagnieździła się kilkunastoosobowa grupa młodzieży. Początkowo nie zwracaliśmy uwagi na narastające głosy myśląc, że wesołość z godziną zagaśnie. Niestety, chyba w obiegu było tam nie piwo, lecz wódka – i histeryczne śmiechy, wrzaski dziewczyn sąsiadowały z waleniem mebli, jakimiś wściekłymi skokami, tętentem stada byków, boksem ściennym i czeskim dichem rozpuszczanym z głośnika. Po północy impreza zamiast się uciszyć przybierała na sile. Nie wiem czy ciała na górze kłębiły się w pijackim uścisku, w naszych głowach kłębiły się na pewno. Mimo to jakoś o drugiej udało mi się zasnąć.


Po zapłacie za nocleg i posiłki zostały nam same drobniaki, które starczyły jedynie na autobus do Karlovej Studanki. Serpentynami w dolinę. Na zwiedzenie kurortu mieliśmy dziesięć minut. Był to nienaruszony architektonicznie od czasów austro-węgierskich niewielki kurort, prawdziwa perełka wciśnięta w jesenicki las. Wypłaciliśmy korony w bankomacie i wsiadaliśmy już w kolejny autobus – do Jesenika. W autobusie zwracała na siebie uwagę wesoła grupa mężczyzn w wieku od pięćdziesiąt plus do siedemdziesiąt. Popijali coś z gwinta i nawet można było zapuścić żurawia w ich dyskusje. W każdym razie świetnie się bawili i pozostawali w znakomitej na swój wiek kondycji. Trasa do Jesienika wspaniała, szczególnie przejazd przez Rejviz – najwyżej położoną gminę na Śląsku.

Jesenik musiał być mocno zniszczony w czasie wojny, starych budynków pozostało niewiele, rynek dość eklektyczny. Postanowiliśmy zajrzeć do piwnej mordowni. Znów powitała nas chmura dymu. Pięćdziesięcioletni zniszczeni kolesie puszczające nostalgiczne czechosłowackie kawałki z szafy grającej, dwie niewytrzeźwiałe od soboty miejscowe dziwki, niedziela w południe, kiedy alkoholicy zaczynają kolejny dzień swojego cyklu.

Licząc w mordowni w Jeseniku
Zastępy szachów na stoliku
Starców liczących każdy grosik
- tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi

- pisał kiedyś Jacek Podsiadło. Całkiem możliwe, że był kilkanaście lat temu w tej samej knajpie i patrzyły na nas szeroko otwarte oczy wiersza.

Pobyt w Jeseniku trwał jedno piwo. Trzeba było zbierać się do Zlatych Hor. Przyglądaliśmy się z okna autobusu pasmu, które u nas nazywa się Górami Opawskimi a którego większość znajduje się po czeskiej stronie. Ze Zlatych Hor mieliśmy wchodzić na Biskupią Kopę i pomimo niedużej wysokości podejście wydawało się strome. Zlate Hory… Więcej zabytkowych domów, ozdobna fasada muzeum. Widzieliśmy rodziny zmierzające na hrbitov (cmentarz). Czesi bardziej obchodzą drugi a nie pierwszy listopada. Chciałem iść zobaczyć jak wygląda w zaduszki czeski cmentarz, ale nie starczyło czasu. Zwrócił naszą uwagę bar (U Jakuba?), przypominający wyglądem nasze bary mleczne. Weszliśmy do środka i… zderzyliśmy się z Edytą. Tym samym wycieczkę ktoś nam wszystkim udatnie skomponował, zupełnie bez planu. Zamówiliśmy smażony ser, który był specjalnością w tym miejscu i kofolę z kija. Edyta opowiadała o księdzu-dziadeczku, który odprawia msze w sanktuarium Maria Hilf. Ksiądz zna język polski. Edyta dała nam po obrazku z sankturarium „Panny Marii Pomocnej”. Na tym obrazku znalazłem odnośnik do strony internetowej. Dzieje świętego miejsca i zmagania z komunistami, którzy wysadzili stary kościół w powietrze mogłyby posłużyć jako materiał na oddzielny reportaż. Dziś sanktuarium odbudowano, ale stary ksiądz martwi się, czy ktoś go w tym miejscu zastąpi. Po obiedzie ruszyliśmy w trójkę w stronę kaplicy świętego Rocha. Ścieżka szła przez rozległą łąkę, z której było widać Jezioro Nyskie. Przypomniałem sobie opowieść mojego przyjaciela z Brna, Tomika, który pochodzi ze Zlatych Hor i spędził tu dzieciństwo. Zapewne właśnie w to miejsce przyjeżdżali rowerami. Granica była wówczas komunistyczna i realna, ale widoki na Polskę rozległe. Widząc zbiornik w Nysie kilkuletni chłopcy byli przekonani, że to sam odległy Bałtyk rozpościera się w oddali. Historię tę opowiadał mi Tomik koło mola w Brzeźnie, kiedy parę lat temu przyjechali mnie odwiedzić. Ich znajomi stukali się w czoło, po co jadą na północ nad morze. A było to po prostu marzenie chłopca ze Zlatych Hor…





Na rozstaju szlaków pożegnaliśmy się z Edytą. Zeszła w dolinę a my ruszyliśmy na Biskupią. Byłem tu po raz drugi – wcześniej, w 2011 przyjechaliśmy tu do Prudnika, do Marka Doskocza  a potem nocowaliśmy w schronisku. Biskupia Kopa jest szczytem wyrastającym ponad okolicę i to wystarczy by poczuć się na dachu świata. Wrażenie to potęguje jeszcze stara widokowa wieża. Ostatnio byliśmy tu w październiku, w czasie złotej jesieni. Teraz barwy były bledsze. A może to moja pamięć nabierała kolorów? Robiło się już ciemno, czerwonym szlakiem schodziliśmy w stronę schroniska. Jest to jedno z archetypicznych schronisk, całe w drewnie, skryte w cieniu boru świerkowego. Gospodarze służyli nam pomocą w obraniu drogi powrotu, która była równie skomplikowana jak przyjazd tutaj. Okazało się, że musimy wyjść o piątej rano, czyli dwie godziny brnąć przez las przed świtem, by zdążyć na autobus z Głuchołazów. Wypiliśmy jeszcze ostatniej w tej wyprawie piwo. W jadalni schroniska, pod powałą wiszą dziesiątki krawatów, które zostawili tu ponoć nierozsądni turyści. Naszą uwagę zwróciły też rzeźbione krzesła. Okazało się, że za oparcie służyły karykatury wszystkich prezydentów po 1989 roku – Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego i Kaczyńskiego. Trzeba było odespać poprzednią noc spędzoną w Barburce. Rano w kompletnych ciemnościach ruszyliśmy leśną drogą, dzięki nikłym snopom czołówek omijając korzenie i wykroty. Później już na asfalt i pruliśmy do przodu mając za plecami wschodzące słońce.

PS.
Z powodu braku czasu na ogół zjadam czeskie znaki diakrytyczne, wybaczcie.

piątek, 29 listopada 2013

Spotkanie autorskie w Mławie

Miejski Dom Kultury i Jarosław Trześniewski-Kwiecień zapraszają na spotkanie autorskie z poetą i prozaikiem Arturem Nowaczewskim, które odbędzie się w niedzielę 1 grudnia o godz. 17.00 w pubie Warka ul. Stary Rynek( U Kubary). 

W programie: 
Promocja książki : "Dwa lata w Phenianie”
Konkurs 1 wiersza lub opowiadania ( krótka proza)

Wieczór literacki współfinansowany jest z programu Mikrowsparcia MDK, w ramach projektu Artystycznie Energetyczna Mława

piątek, 22 listopada 2013

Antologia "Morza polskich poetów"



Nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria ukazała się antologia Morza polskich poetów, którą zredagował Zbigniew Jankowski.  Zawiera ona wiersze 75 autorów - od Jarosława Iwaszkiewicza po poetów urodzonych pod koniec lat siedemdziesiątych, w tym niżej podpisanego. Stanowi ona więc swoistą summę przedstawień morza w polskiej poezji XX wieku. Obok wierszy redaktor pomieścił często niepublikowane gdzie indziej wypowiedzi poetów na temat morza. Więcej informacji o antologii można znaleźć na stronie wydawnictwa.

piątek, 8 listopada 2013

"List z innej planety" - Arkady Saulski o "Dwóch latach w Phenianie"

Na portalu http://wnas.pl ukazała się recenzja Dwóch lat w Phenianie.

To autobiografia – zapyta ktoś? Owszem, w jakimś stopniu na pewno. List. Pisany na temat odcięcia w odcięciu, bo zasadniczą część tego czasu spędził Nowaczewski w dzielnicy dyplomatycznej – jeszcze bardziej odciętej od reszty tego odciętego kraju. Więc na ile prawdziwy to obraz?
Na wskroś prawdziwy, bo mówiący tylko o osobie jednej, o chłopcu pojedynczym. Jednak właśnie dlatego tak realny, nie baśniowy jak może się wydawać, nie wyrwany z baśniowego, odrealnionego wspomnienia. List z innej planety - pisze Arkady Saulski. 
Całość tekstu można przeczytać 

wtorek, 5 listopada 2013

Hugo-Bader wiele by tam nie zdziałał - wywiad w "Lampie"


W październikowym numerze "Lampy" można znaleźć wywiad na temat Dwóch lat w Phenianie, który przeprowadzili ze mną Klaudia Renusch i Jakub Orzeszek.

sobota, 19 października 2013

Jadąc na Aspö


Mam w nosie, czy ktoś to przeczyta, więc nie stosuję akapitów.

Przez wieczór, opustoszałe ulice, rozsnute między drzewami światła. Za oknami spokojne życie Szwedów. Wieczorna godzina biegaczy, poranna godzina biegaczy. Miasto łapie oddech, łapie zdrowie. Na google earth był tu las, lecz okazał się ogrodzony, więc błądzenie między dzielnicami w poszukiwaniu miejsca na biwak aż wreszcie jest stary gaj, rozczapierzone gałęzie i skałki. Rano „stary gaj” staje się po prostu laskiem podmiejskim, gdzie wychodząc z namiotu wpadasz na kobietę z owczarkiem Colie. Karsklona zmięta deszczem. Zmięte pomniki, witryny, niewyjściowe twarze. Jakby ktoś nie włączył wszystkich żarówek a miasto działało w czterdziestu procentach. Luterański chrzest w kościele pustym jak przed przeprowadzką, tylko dokąd? Dzień w sam raz na muzeum. A tam gadające w kilku językach manekiny. Modele okrętów, o których mogłoby pomarzyć dzieciństwo i bezpieczna historia w gablotach.  Zacumowane okręty, mesy, kajuty. Sztormy tutaj to tylko zmiany pogodowej aury. Wojny w ostatnich stuleciach omijały miejscowe obszary neutralności, polityczne ubocza. Najwyższym zdziwieniem jest więc wyłonienie się z wody w latach osiemdziesiątych radzieckiego ubota. Idę sobie, patrzę – mówi multimedialny Szwed- a tu łódź podwodna! Teraz jest starszym panem i po wciśnięciu guzika opowiada młodym jak to kiedyś było. Jak? Właściwie tak samo. Tylko, że w gazetach wisiała  wojna nuklearna. Teraz wszystko już minęło. Tabliczka  głosi „tu był kiedyś targ rybny”. I nie ma stoisk, gwaru przekupek i smrodku śledzi. Ale jest rozmaitość lądu i wody, fantastyczne kształty chmur. Bałtyk jest tutaj, ale inaczej. Inaczej narysowany linią brzegów. Postrzępione zatoczki, dziesiątki wysp. szkiery i gdzieniegdzie domki. W takich właśnie tłach znajduje się Aspö. Wyspa pięć na pięć kilometrów, którą można okrążyć trzygodzinnym marszem. Znalazł się też las, gdzie można się było rozbić. Jedno z tych miejsc, w którym rosną poziomki. W zasadzie nie wiem jak to opisać; dobry opis to taki, w którym słowo jest furtką, nie wytrychem. Las, mech, darń, ścieżka, droga nie wybrana, na wyspie najdłuższe drogi, to te w głąb. I znów militaria. nieczynna bateria artylerii, wyrzutnia w przeszłość, w czasy zimnej wojny. Czy to od zimnej wojny powstały zimne kraje? Kraj buduje się z architektury. Narodowych kolorów drewna. Z białych okiennic i powierzchni czerwieni. W wiosce rozległ się klakson. To listonosz przywiózł pocztę. Słychać oddalający się głos silnika, a z pustego zdawałoby się domu, po cichu wychodzi  starszy facet, by wyjąć ze skrzynki listy i poranną gazetę. Przypomina borsuka przed zapadnięciem w zimowy sen. Skrzynki są z gatunku tych, jakie widać na filmach, na kurzej łapce, przy ulicy. Ale każda inna, nieraz malutkie arcydzieła. Zdaje się, że ten kraj ma tak dużo czasu, że może dopieszczać detal. Cyzelować ogrody.  Sielskie pejzaże z pasącymi się końmi.  Dzisiaj jest ciepło. Słońce zmienia barwę morza i robi się intensywne te wrześniowe południe na miniaturowej plaży zajeżdżającej glonami. Są dzikie róże, ten mech, co od północy. W tle nieczynne bastiony twierdzy, cielsko promu w oddali. Stada dzikich gęsi w drodze na południe.  A po południu – stara dzielnica Brändaholm – miejsce z pocztówki. Od środka alejki jak z klocków lego, maciupkie ogródki, sady. Przy jednej z furtek, w koszyku leżą prawdziwe nienapompowane jabłka. Wieczorami w miejskich parkach i laskach grasują króliki. W jednym z takich zielonych fyrtli ostatnia noc. Pod gołym niebem. Przypomniała się wczoraj, gdy zobaczyłem na niebie tę samą objętość księżyca.

piątek, 11 października 2013

Konfesja i tradycja: szkice o poezji polskiej po 1989 roku


W swej książce Artur Nowaczewski wchodzi w spór nie tyle z poprzednikami, starszymi poetami, ile z zastaną, nacechowaną zmarginalizowaniem, sytuacją poezji oraz z jej nadinterpretacjami czy związanymi z nią przemilczeniami. Próbuje, często skutecznie, przekonań do swoich odczytań konkretnych wierszy, książek lub osobowości poetyckich śmiałymi analizami, które przeprowadza w związku z szerszymi procesami kulturowymi. 

Prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski


Zasadniczą rolę w konceptach krytycznych Artura Nowaczewskiego stanowi kategoria undergroundu. Gdyński krytyk mocno pogłębia jej rozumienie, odziera nawarstwione na niej stereotypy, przywraca jej blask. Wokół niej buduje spójną krytycznoliteracką narrację, z pasją detektywa - która udziela się również czytelnikom - śledzi jej obecność w miejscach zaskakujących i egzotycznych.

Dr hab. Wojciech Kudyba

sobota, 5 października 2013

Dwa lata w Phenianie


"Kraj Kim Ir Sena widziany oczami polskiego dwunastolatka. Wspomnieniowy reportaż literaturoznawcy i poety, który spędził z rodzicami lata 1989-91 na polskiej placówce handlowej w stolicy Korei Północnej."

środa, 25 września 2013

Urywek XIV - O tym Broad Peak jak go piszą

Nie ma tygodnia, żeby nie powstał kolejny głupi tekst na temat Broad Peak. Jednym się różniły lata osiemdziesiąte na pewno od ostatniej zimy w Karakorum. Nie było internetu, nie było niemalże transmisji live w tv, nie było tak łatwo przebić się do opinii publicznej, nie było tylu domorosłych speców od himalaizmu. To nie ludzie się zmienili tak bardzo, zmienił się sposób opowiadania o zdobywaniu szczytów najwyższych. Wcześniej o tym, co działo się na górze wiedzieliśmy od uczestników ataku - w później spisanych relacjach. Teraz np. jednego dnia czytam wywiad ze znaną himalaistką (o przebiegu wyprawy wie z mediów), która ma tezę na temat wydarzeń, drugiego zaś występuje ona jako członek komisji. Prawda o Broad Peak jest taka, że role z chwilą, gdy połowa czwórki zginęła zostały właściwie rozdane. Młody marzyciel wchodzi na szczyt, ale nie ma siły zejść. Stary wyga niczym Klimek Bachleda chce go ratować i ginie razem z nim. Dwóch pozostałych ucieka, z tym, że jeden później ma poczucie winy i coś próbuje robić albo stwarza tego pozory. Jeden zaś staje się czarnym charakterem. Kierownik wyprawy ma poczucie winy, twierdzi że odradzał zdecydowanie atak całej czwórki. Inspirator wyprawy oddaje się do dyspozycji komisji związku alpinizmu. Krótko potem sam ginie. Komisja przedstawi raport, który okaże się wyrokiem... Ceną jest przecież społeczny osąd całego środowiska. To nie streszczenie filmu fabularnego, tylko tego jak tworzy się opowieść o Broad Peak. Od siebie - jeśli miałbym dodać słowo komentarza - napisałbym, że minęły czasy wielkich oblężniczych wypraw, kiedy odpowiedzialność brał na siebie kierownik. Brał odpowiedzialność, ale miał moc także zakazać niektórym wspinaczom ataku i wyznaczyć tych najsilniejszych. Ci, co wylewają krokodyle łzy nad upadkiem etosu himalaizmu nie biorą pod uwagę, że indywidualizm pojawił się w górach najwyższych także za sprawą dzisiejszych legend. Zniknęli dyrygenci, zniknęły wielkie orkiestry, zastąpili ich soliści, czasem łączący się w zespoły. Solista nie będzie dyrygentem a inni soliści nie będą go słuchać. I nie ma się co dziwić, że w takiej sytuacji będą ofiary. Jedno jest pewne -to nie my ani komentatorzy prasowi powinniśmy być reżyserami filmu, który wyświetla się na naszych oczach. I także wyroki komisji PZA powinniśmy traktować jako opinię a nie wyrok. Nie chodzi o wybielanie jednego ze zdobywców. Nie wybielajmy. Mógł się zachować lepiej.  Ale równo traktujmy wszystkich uczestników zdarzeń. W latach 80 takich silnych wspinaczy jak Bielecki było kilkunastu, nawet znacznie silniejszych. Byli lepszymi partnerami nie dlatego, że jakoś specjalnie górowali etycznie nad dzisiejszą kadrą. Górowali przede wszystkim tym, że byli silniejsi, bardziej doświadczeni. Dwóch z nich brało udział w wyprawie na Broad Peak, tylko, że mieli prawie sześćdziesiąt albo i więcej lat! Dzisiaj zamiast husarii puszczamy do ataku lekkie chorągwie o bardzo przerzedzonym składzie... Śp. Artur Hajzer zwrócił uwagę, że w polskiej złotej erze straciliśmy więcej wspinaczy niż kiedykolwiek. To ważna uwaga. Prawdą jest też, że tylko dwóch wspinaczy zginęło (Franczuk, Latałło) na wyprawach Andrzeja Zawady, który w ogóle wymyślił ten cały zimowy himalaizm. Andrzeju Zawado, wróć! A tym co w górach zostali wieczny odpoczynek. 

czwartek, 19 września 2013

Esej w nowym numerze "Blizy"


Nowy, szesnasty numer kwartalnika "Bliza" poświęcony jest płci. Znalazł się tam również mój esej pt. Esej bez tytułu. Myślałem z niego wyciąć jakiś kawałek na zachętę, ale nie wytnę.  Za to w "Blizie" można go przeczytać w całości. Tak, odnosi się do tematu numeru anonsowanego na okładce - Płeć w cęgach. Dlaczego pomyślałem "w cuglach"?

środa, 11 września 2013

O "Dwóch latach w Phenianie" w programie "Literatura na trzeźwo"

W dziewiętnastym, azjatyckim odcinku programu Mateusza Matyszkowicza "Literatura na trzeźwo" (Tv Republika) opowiadam o swojej książce "Dwa lata w Phenianie". Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, premiera 5 października.



sobota, 7 września 2013

Dziadzio Dobry. Artykuł w "Gościu Niedzielnym".

Kilka lat temu w Sofii widziałem zbierającego pieniądze staruszka. Otóż, co się okazało? Był to Dziadzio Dobry, jeden z moralnych autorytetów Bułgarii. Jego historię opisuję w artykule  Święty z sofijskiej ulicy,  który ukazał się 8 sierpnia br. w "Gościu Niedzielnym".

piątek, 30 sierpnia 2013

Po przejściu Macedonii

Nie da się tego zmierzyć. Około 400 km na trasie Kiustendił-Ohrid to umowna cyfra, w której zawiera się pięć pasm górskich, plecak 30 kg, upały osiągające 40 stopni. Każdy piechur wie, że mapa samochodowa w skali 1:260 tys., bez poziomic pozwala tylko określić, że gdzieś w odległości dnia - pół dnia drogi jest miasto, czy wioska albo rzeka i niewiele więcej. I nie warto zaopatrywać się w wynalazki typu GPS-y, bo celem jest iść a nie to, żeby dojść. Miasto przestaje być punktem, do którego się zmierza, staje się miejscem pobrania zapasów. Wystarczy więc kompas i cieszenie się ludźmi spotkanymi w drodze. Bywało, że przedzierać  się trzeba było na przełaj przez górskie lasy, forsować rzeki, chaszcze wysokości trzech metrów, spało się na 2000 m pod gołym niebem patrząc w gwiazdy, w monastyrach lub tam, gdzie zapadł zmierzch. Widziało się świecące w ciemnościach oczy dzikich zwierząt, stąpało po ruinach, stawało się przed przepastnością historii i zaglądało w codzienność przez okna, które otwierał miejscowy język. Turysto-plecakowcu, twoja droga dobiegła końca. Zamiast profesjonalnej toporności czas na lekki krok wojownika. Zamiast morderczego wyczynu, chodzenie jako sztuka, jako rytm, stapianie się z oddechem drugorzędnych dróg, ścieżek i duktów. Dziękuję Tym, którzy mnie gościli, Tym, którzy częstowali jedzeniem, wodą, piwem, rakiją, Tym, którzy szli ze mną i Tym, którzy podwozili i Wam, którzy mieliście swoją opowieść. Dzięki Wam, Macedonia na zawsze w moim sercu.




















środa, 3 lipca 2013

Deyna piętką do Szarmacha



Ten filmik jest jak piękny sen. I co z tego, że gdy pogrzebać w necie okazuje się, że to mecz przegrany i ci Niemcy tutaj to nie ci wielcy Niemcy, tylko mniejsi, z NRD. Czasami pojedyncze kadry potrafią ponieść nas gdzieś indziej, poza kontekst i dalszy, nie zawsze szczęśliwy ciąg.Jedno jest pewne - prawdziwi są tu Deyna i Szarmach. Czerpanie radości z życia to czasami tylko tyle i aż tyle - jeden piękny kadr.

To już dużo. Ba, czasem to nawet wszystko...

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Fragmenty nowej książki w "Lampie"


W najnowszym numerze "Lampy" (nr 5-6/2013) można m.in. znaleźć początkowe fragmenty mojej nowej książki Dwa lata w Phenianie, która ma się ukazać w sierpniu nakładem Lampy i Iskry Bożej. W Korei Północnej mieszkałem w latach 1989-1991. Przyszedł wreszcie czas, żeby zmierzyć się z tym niepowtarzalnym doświadczeniem.

niedziela, 23 czerwca 2013

Piąty post piechura


Exodus Kilara to jeden z utworów, który jest mi drogą i wskazówką.  Jeśli  w chwili śmierci moja biografia wybrzmi tak jak ten utwór będzie można powiedzieć, że to wszystko miało sens.  W mozolnym marszu jest odbicie Całości.  Najbardziej lubię wyprawy od do.  Z celem w maszerowaniu, ale zakreślonym niebotycznie daleko.  Wyprawę trzeba wydeptać. Ona ma swoją osnowę i wątek. Swoją linię melodyczną. Zaczyna się nieśmiało, potem rośnie, potężnieje.  Zmierzymy każdy krok, każdy kilometr, bo one są jak uderzenia serca.  Zamienimy się w sam rytm. Zahartujemy serce. Wypocimy całe gówno, które zaległo w duszy.  Amen.

wtorek, 18 czerwca 2013

Wiersze w ukraińskim numerze "Blizy"


Ukazał się 15 numer kwartalnika "Bliza". Tym razem poświęcony jest Ukrainie. W środku wiele ważnych dla ukraińskiej literatury nazwisk - Riabczuk, Andruchowycz, Żadan, Adama Pomorskiego tłumaczenia poetów z pierwszej połowy XX wieku. Mam tam też i ja swój skromny udział  - trzy nowe wiersze, z których dwa zawierają ukraińskie motywy. Pierwszy poświęcony jest ulicy Lipowej w Stanisławowie (Iwano-Frankiwsku), drugi powstał w czasie EURO 2012 i dedykowany jest Andrijowi Bondarowi.

SPIS TREŚCI NUMERU

czwartek, 13 czerwca 2013

Antologia "Węzły, sukienki, żagle. Nowa poezja, ojczyzna i dziewczyna"



Wkrótce pod redakcją Artura Fryza ukaże się Antologia wierszy współczesnych "Węzły, sukienki, żagle. Nowa poezja, ojczyzna i dziewczyna". Zawiera ona 257 wierszy 90 poetów z ośmiu krajów europejskich. Znalazły się tam również i moje utwory. Premiera książki odbędzie się na IX Festiwalu "Złoty Środek Poezji" Kutno 2013 - w piątek 21 czerwca 2013 w Centrum Teatru Muzyki i Tańca w Kutnie. 


poniedziałek, 10 czerwca 2013

lublin.RMX

W Lublinie w ramach Nocy Kultury ukazała się antologia lublin.RMX. Do udziału w niej zaproszono kilkunastu autorów z całej Polski, którzy napisali własne inter-teksty: literackie mash-upy,
aluzyjne story-tellingi, impresjonistyczne miniatury, drobiazgowe interpolacje, czy też poetyckie
remiksy, wpisując się w ten sposób w okołolubelską literaturę. Znalazł się tam też mój lubelski remiks sroczość, który jest zlepkiem wrażeń z dwóch pobytów w tym mieście w latach 2010 i 2012.

Antologię można przeczytać  TU

niedziela, 9 czerwca 2013

Wiersze w "Helikopterze"

4 stare i nowe wiersze ukazały się w sieciowym magazynie "Helikopter" redagowanym przez Krzysztofa Śliwkę. Można je poczytać TU

niedziela, 2 czerwca 2013

Zaprawa I - Słupsk-Dolina Słupi-Bytów-Kościerzyna, 2.5 dnia, 2 biwaki, 115 km

Będzie w tym roku wyprawa, musi więc być zaprawa. Potrzebowałem długiej dwudniowej trasy; wybór padł na Dolinę Słupi. W środę kupiłem mapę i następnego dnia już na szlaku. Nie będę się bawił w epickie opisy. Krajobrazy piękne, co widać na moich amatorskich fotkach. Jednym z motywów tej wycieczki było niedużo myśleć i dużo iść. To się udało - w sposób absolutnie bezrefleksyjny przemaszerowałem 115 kilometrów. Kilka obserwacji jednak trzeba wyartykułować. Po pierwsze: poniemieckość. Zawsze, gdy idę przez ziemie poniemieckie mam wrażenie, że czas biegnie w przeciwną stronę, znaczy kruszy się, obsypuje, zarasta mchem. Stuletnie elektrownie wodne, zamulone kanały, kamienne szczątki mostów, wiaduktów. Podziw dla dziewiętnastowiecznych inżynierów. Po drugie: sam już nie wiem, czy ten kraj się rozwija, czy zwija. Mam wrażenie, że co się w jednym miejscu rozwinie, to w drugim zwinie i mamy constans. Przykładowo: wychodząc, czy wchodząc do Słupska, Bytowa korzystałem z wielokilometrowych ścieżek rowerowych. Pobudowane pewnie z unijnych funduszy. Jeździć rowerem jest gdzie. Ale już wyjechać z takiego Bytowa autobusem po siedemnastej - to rzecz niemożliwa. Na niektórych przystankach widziałem rozkłady jazdy - rok 2009 - 15 autobusów; rok 2011 - już tylko 5. Demontaż linii autobusowych trwa po cichu i nieprzerwanie, w cieniu zamykanych linii kolejowych, co zawsze jest bardziej spektakularne - bo tam dworce, perony a tu co? Jedynie blaszane wiaty przywołujące czasy bez teleranka. Z tego powodu zaprawa wydłużyła się o jeden biwak. Postanowiłem iść piechotą do Kościerzyny. Wesoło było, nie miałem mapy i korzystałem głównie z szos dowiadując się o istnieniu miejscowości z drogowskazów. ałem, yłem, ałem - już za dużo mnie. Czas być tylko patrzeniem. Patrzcie!









wtorek, 28 maja 2013

Jak donosi Tv Pelplin

Jak donosi Tv Pelplin 4 czerwca o godz. 19.15 w Miejskim Domu Kultury w Pelplinie w ramach XVIII Pomorskiego Festiwalu Poetyckiego im. Ks. Janusza St. Pasierba wystąpi Kutabuk. Program festiwalu można też znaleźć TU


czwartek, 23 maja 2013

Hillary i Tenzing

Za tydzień minie sześćdziesiąt lat od zdobycia Everestu. Na liście zdobywców jest już dziś kilka tysięcy osób. Niektórzy byli na szczycie wiele razy. Są też tacy, którzy specjalizują się w wejściach na tę właśnie górę, zarabiają na wprowadzaniu tam niedoświadczonych wspinaczy. Powiedzonko "każdy ma swój Everest" może brzmieć więc jak slogan reklamowy... Skomercjalizował się Everest. I pewnie próżno szukać tam dziś mistycznych uniesień. Tym bardziej warto wracać do heroicznych czasów himalaizmu. Czytać wydobywane po antykwariatach książki. Na przykład Człowieka Everestu Tenzinga, Wydawnictwo Iskry, 1957 rok. Kupiłem ją kiedyś w tunelu dworca w Katowicach. W jakiejś innej taniej książce znalazł się Sir Edmund Hillary i jego autobiografia Widok ze szczytu, Wydawnictwo Amber, 2000 rok. Po lekturze obu książek widać - że pierwsi zdobywcy Everestu nie byli jakimiś zadufanymi dupkami a ich wspomnienia to nie chełpliwy wylew ego. Skromność, pokora wobec gór, wierność prawdzie. Jeszcze wokół tych słów kręcił się ich świat. Świat prawdziwych bohaterów. Na zachętę jeszcze mój artykuł z aktualnego (26 maja 2013) "Gościa Niedzielnego". Hillary i Tenzing - splątane ścieżki. Mam nadzieję, że daje on przedsmak tego, kim naprawdę byli. 

wtorek, 14 maja 2013

Z buta przez Bułgarię - spotkanie w Klubie Podróżnika, Sępólno Krajeńskie, 16 maja 2013

Biblioteka Publiczna im. Jarosława Iwaszkiewicza w Sępólnie Krajeńskim zaprasza miłośników podróży na kolejne spotkanie w Klubie Podróżnika, które odbędzie się w dniu 16 maja 2013 r. o godz. 17:00. Gościć będziemy Artura Nowaczewskiego - poetę, podróżnika i adiunkta w Zakładzie Antropologii Literatury i Krytyki Artystycznej na Uniwersytecie Gdańskim. Znanego głównie z dwóch poetyckich książek – Commodore 64 (2005) i Elegii dla Iana Curtisa (2010). Podczas spotkania Artur Nowaczewski podzieli się wrażeniami ze swoich pieszych wędrówkach po górach Bułgarii.

wtorek, 7 maja 2013

Dwa wiersze maturalne


***

twój wzrok - on cię wyprzedza –  stromą ulicą zbiega
w dzielnicę, wpada w załomy podwórek, okienka
piwnic, pierwszy krąg garaży; początki miasta giną
gdzieś tam w komórkach węgielnych śpią rowery
wigry, stare sanki z nadłamaną płozą. idziesz
Topolową. rudy był nasz wrzesień – niewyznana
miłość śnieg  przykryje tamtą jesień zaraz się
nią zajmie stary brulion z wierszami, męskie rymy
licealne. a my? kim będziemy teraz? pogrobowcami
zieleni? kolejnym konduktem topolowych cieni?

(z tomiku Commodore 64)



na skrzydłach motyli

z tej łąki nie roztacza się daleki widok
w każdym razie nie dalszy niż dzisiejszy wieczór,
w który zejdą do stygnącego miasta.
sądzę, że jest maj - kwitną żarnowce
(tak wspaniale iskrzą się żółcią wzgórz!)
i pachną sosnowe igły. czas matur.
za kilka dni złożą papiery na uczelniach, obiorą kierunki.
wyraźnie mają się ku sobie. ona gdy on jest blisko
czuje motyle w brzuchu. one są najpewniejsze -
najpełniejsze jak każde z naczyń, które można czuć.
więc kiedyś pobiorą się a potem rozejdą
w czterech ścianach dnia.  gdyby jej spytać:
na czym budowałaś? ona odpowie: na płomieniu.
nie na skale ani piasku, ale na płomieniu -

skrzydłach motyli uderzających w takt.

(z płyty Kutabuk)


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Czwarty post piechura


O czym teraz myślisz? - zapytał facebook.
- Gdzie pojadę, gdzie pójdę, z kim się spotkam, jak już przedostanę się przez ten masyw książek. Dziś pozostawiłem za sobą recenzję na dziewięć tysięcy znaków. Kolejne wydepczę już tutaj, na blogu.

„Biblioteka była grobem mojej młodości” – nad tym zdaniem pochylali się uczestnicy panelu o Marii Janion, któremu przysłuchiwałem się w środę. No ja tak nie mogę (i całe szczęście) powiedzieć. Owszem, spędziłem nad lekturami dużo czasu, ale esencję życia stanowił ten spędzony w plenerze. W wędrówce. Nigdy nie chciałem być mitycznym profesorem w zawalonej książkami bibliotece, choć przecież imponowali mi ci sędziwi mędrcy. Chciałem być podróżnikiem, zdobywać szczyty. Owszem, już jako dziecko chciałem być pisarzem. Ale wtedy rozumiałem to jako pisanie przygód (nie miałem śmiałości, żeby samemu je przeżywać?). A może chciałem je przeżywać, żeby opisywać?

Żadna biblioteka nie jest warta tego, żeby grzebać w niej młodość. Można w niej pogrzebać młodzieńczą głupotę, dokonać egzekucji literatów (wyrzucić kiepskie książki z jej zbiorów), tworzyć swój ortodoksyjny literacki kościół. Ale przede wszystkim trzeba żyć. Stawiać literaturę za życiem. I nie uprawiać życiopisania. Nie żyć dla pisania, nie stawać się wyznawcą bajdur o sobie samym. Nie ma nic bardziej żałosnego jak literat żyjący w swoim micie i nieustannie domagający się uznania od otoczenia. Żadne otoczenie dziś nie nasyci pisarza. Bo to nie jest czas pisarzy. To nie ich stulecie.

Przyjacielu, nie myśl, że poniosłeś klęskę, skoro się zorientowałeś, że nie zapiszesz się jako dzisiejszy Wojaczek, Kerouac, czy Lem. Właśnie dotarłeś do końca kolejnego etapu. Weszliśmy na górę w ten piątkowy wieczór i widzieliśmy całe nasze życie. Nie mieliśmy do niczego ani nikogo pretensji. Nie udawaliśmy nikogo. Nikt nie mógł nas zdemaskować, bo nie było w nas maski. Nie potrzebowaliśmy widowni. Po prostu byliśmy.

I to było piękne.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Trzeci post piechura


Czy nie wiesz, że na wieki pozostaniesz wędrowcem, i wszystko, co czynisz jest ruchem wędrowca podążającego drogą? Po wsze czasy idziesz przed siebie pośród miast, celów, okresów życia, zmian i jeśli odpoczniesz, nie odpoczniesz pewniej i trwalej niż wędrowiec, który przycupnął na pół godzinki w cieniu przydrożnej jabłoni. Miej to na względzie, kiedy układasz plany. Sensem twojej drogi nie jest cel, lecz wędrówka. Nie żyjesz w określonych sytuacjach, ty zawsze jesteś w drodze.

Sandor Marai, Księga ziół

Ten cytat z Maraia zamieściłem na blogu trzy lata temu. Od tego czasu wydałem jedną książkę, napisałem półtorej, założyłem z kolegami zespół, nagraliśmy płytę, wróciłem po piętnastu latach do gry w piłkę nożną, przeszedłem pieszo całą Bułgarię, odwiedziłem kilka innych krajów, przeczytałem kilkaset książek, byłem tłumaczony na języki obce, odznaczano mnie państwowym medalem, bywałem Johnem Keatingiem, poznałem wielu fantastycznych ludzi, niektórych poznałem głębiej, pojawiały się w moim życiu i znikały  kobiety, mieszkanie uczyniłem bardziej przytulnym, nie było w tym czasie żadnej poważniejszej choroby, tylko połamane kości, pozbyłem się kilku kompleksów, zamiast uciekać przed starzeniem się, poczułem, że nadchodząca powoli siła wieku jest przyjemna, daje pewność, której nie miałem, spokój, którego wcześniej nie czułem. No a co z tym Maraiem? Cytat wydaje mi się złoty i okrągły. Ale takie właśnie są "mądrościowe" cytaty. Dorzucić od siebie mogę to, że to droga daje siłę. Ten tylko jest stratny, kto nie ruszy dupy. Trzeba iść, żeby iść. I spać w gwieździstych namiotach.

I czasami iść za muzyką. Ciekawe, gdzie zaprowadzi...


środa, 27 marca 2013

Płyta Kutabuka dostępna w serpent.pl

O naszej płycie Kutabuk napisano już sporo, ale poza jednym  teledyskiem, pozostawała raczej płytą widmo. Teraz zmaterializowała się.  CD można zakupić TU poprzez znany portal muzyczny serpent.pl 
Na stronie dostępna tracklista z fragmentami naszych utworów. 

sobota, 23 marca 2013

Piotr Gajda w "Arteriach" o Kutabuku

To właśnie w 8 numerze "Arterii" w 2010 roku ukazał się pierwodruk poematu Kutabuk. Teraz w numerze 14 ukazała się recenzja płyty. 

Mimo iż ideą ogarniająca cały projekt są wiersze Nowaczewskiego, nie byłby on tak udany, gdyby nie kompozycyjny wkład Nogi i Stromskiego, najbardziej chyba wyrazisty w utworze Keourac, w którym ustalone role podlegają zaplanowanej zamianie; to puls muzyki zaczyna prowadzić recytującego poetę, przestaje być dla niego i deklamowanych wierszy wyłącznie podkładem. Sprawia, że w Tańcu Ducha dominują aranżacje lokujące ten utwór gdzieś pomiędzy solowymi dokonaniami Obywatela G.C., Ayą RL i muzycznymi eksperymentami Roberta Brylewskiego. Co nie znaczy, że akompaniująca rola instrumentów nie wnosi niczego do formuły grupy. Użycie przez  Stromskiego znanych z Dalekiego Wschodu instrumentów (plus sitar Nogi) wzmaga i podkreśla niemal transcedentalną wymowę wierszy (To Tu, To Tam, Motyle).

- pisze Piotr Gajda. Cały tekst znajdziecie na jego autorskim blogu http://pgajda.blogspot.com/

piątek, 1 marca 2013

Mistrz zawsze wychodzi z cienia



W skupieniu zbieram w sobie słowa,
jakbym szykował się do bicia rekordu świata,
ale po co światu kolejny rekord
i kolejny rekordzista.
Chodzi o skok ponad pożerającą wszystko
otchłanią, którą sam jestem.
(Krzysztof Kuczkowski, kładka)

Dziś cieszyłem się jak dziecko. Powodem oczywiście złoty medal Kamila Stocha.
Kibicowanie jest udziałem w micie, oczekiwaniem na mit, czasem mit się ucieleśnia w zwycięstwie. Za sprawą Adama Małysza zyskaliśmy współczesny mit, w którym pobrzmiewa jednak coś starszego niż cała dyscyplina nawet. Wojownicy muszą rodzić się w okolicy przesiąkniętej mitami narodowymi. Taką okolicą jest Zakopane i w ogóle cały obszar zamieszkany przez górali. Kiedyś zbójnicy, partyzanci, górscy przewodnicy – sposobów by okazać męskość i bohaterstwo było wiele. Dzisiaj – można na przykład zostać skoczkiem narciarskim. Wykazać się odwagą, fruwać jak ptak. Nie jest to sport dla każdego. Każdy może założyć biegówki albo pojeździć na łyżwach. Ale tylko nieliczni skaczą na nartach. Ten sport nie ma litości dla amatorów, każdy musi być zawodowcem – inaczej skazuje się na śmieszność jak ongiś słynny Eddi Orzeł.

Mamy więc chłopaków ze wsi, którzy patrzą na góry i na Wielką Krokiew, na której mogą podziwiać prawdziwych mistrzów. Rodzi się marzenie, żeby być jak oni. I jest ciężka praca, treningi. Telewizja karmi dzisiaj nas filmami z dwunastoletnim Kamilem. I słusznie, bo tu leży samo sedno, to w chłopięcych marzeniach mit się odradza. Bez dzieci nie byłoby możliwe cieszyć się dziś z mistrzostwa świata.

Mit uskrzydla, ale mit także przytłacza. Z polskich skoczków największym był Adam Małysz. Byli i inni przed nim, ale żaden z nich nie osiągnął tyle, co on. Żaden nie był królem. Nie był konsekrowany… Szukamy następców mistrza. Czy któryś z tych chłopców kiedyś go zastąpi, czy będzie kolejnym dalajlamą skoczni, Małyszem II, Małyszem XIV? Śmieszne? Ale czy tego właśnie nie oczekiwała gawiedź przed telewizorami? Czy nie tego, że Polak będzie bił wszystkich na wszystkich skoczniach świata? Jeden starczy za całą husarię? Ci, którzy ujrzeli pierwszy raz Adama w chwili jego zwycięstw, zapominają, że musiał on przeskoczyć nad pożerającą wszystko otchłanią, która była w nim. Że zanim został mistrzem, zdobywcą pucharów świata, medali – musiał przekonać się, że jeszcze coś zdziała w tym sporcie. Co by było gdyby po klęsce w Nagano jako dekarz wyjechał pracować do Niemiec? Przecież przed kilkunastu laty zaplecze kadry skoczków było tak siermiężne, że taka możliwość całkiem realnie brzmi.

Kamil był już w innej sytuacji. To mistrz, który musiał wyjść z cienia. Uzyskać podmiotowość przez zwycięstwa. Kreowany od lat na następcę, utalentowany, z lepszym zapleczem treningowym, ale i obciążony przez to presją. Wiele lat kwękano nad tym, że nie dostaje, że zawodzi. Ale w końcu – jakoś jego kariera zaczęła się układać w baśń. Zakopane 2011– upadek starego mistrza i zwycięstwo młodego - przyszłego. Zwycięstwo w Planicy – znów wyżej od swojego idola. Symboliczne przekazanie sukcesji. To trzeci sezon, w którym Stoch utrzymuje się w czołówce Pucharu Świata, ale czy może nakarmić rozbuchane oczekiwania kogoś, kto chciałby przeżywać wciąż rok 2001? Sam Adam przecież nie potrafił. Od czasu czwartej Kryształowej Kuli w 2007 roku nie był już w stanie dominować na skoczni, raczej wydzierał podia pucharowe i medale w Vancouver. W sezonie, gdy Kamil trzy razy zwyciężał, Adam wygrał tylko raz – po raz ostatni. Zwycięstwa w konkursach to jednak za mało, żeby być zapamiętanym, doczekać się własnej legendy. Dziś już – w polskich skokach – żeby na to zapracować trzeba być mistrzem albo przynajmniej zdobyć medal. Dziwnie się trafia, że miejsca ważne dla Małysza są także ważne dla Stocha. Zakopane a teraz Predazzo. Czy chodzi o profil skoczni, na który patent mają właśnie Polacy? Czy o coś innego, nieuchwytnego?

Przyszło w końcu zwycięstwo. Mamy mistrza świata. Nie zmieniło się nic i zmieniło się wszystko. Opowieść o polskich skokach trwa a bohater, który dźwiga teraz mit nazywa się Kamil Stoch. Już jest mistrzem i nic mu nie odbierze miejsca w historii. Już jej sprostał. Porażka na skoczni średniej tym bardziej wyjaskrawia sukces, który przyszedł kilka dni później. Bo zobaczyliśmy – jak Stoch zrobił to, co kiedyś musiał zrobić też Małysz. Przeskoczyć nad otchłanią, która była w nim. Przełamać się, nie cofać ręki już wyciągniętej po medal. On nie jest mistrzem z przypadku. Podniósł się i wygrał w sposób nokautujący. Spójrzcie na jego sylwetkę w locie – tak pięknie latał mało kto – a coś w tym sporcie widziałem oglądając go od 1984. To wybitny stylista. Jakby nieruchomy, płynnie wychodzący z progu i tak samo płynnie podchodzący do lądowania. Małysz wychodził z progu jak pocisk. Ten wysoki pułap, o którym Schmitt powiedział kiedyś –„ on wybija się dwa piętra wyżej”. Stoch zaś to perfekcyjna elegancja. To nie jest kopia, to własny powtarzalny styl.

Ale spójrzmy też za plecy mistrza. Po druga linia – w końcu jest i jest drużyna. Oto Piotrek Żyła roześmiany chochlik górski, czysta radość. Zawadiaka, złośnik Maciek Kot, fajter, co nigdy nie odpuści. Wyważony, spokojny Dawid Kubacki, który też w tym sezonie zrobił wielki skok w swojej karierze. A wciąż czekają aby dojrzeć juniorzy Olek Zniszczoł i  Klimek Murańka. I inni nie powiedzieli ostatniego słowa. Dziesięciu punktowało w tym roku. Dla nich wszystkich sukces Kamila to wielki kop do wytężonej pracy. Powiedzieć też trzeba o tym, że na ten sukces pracują również ci, którzy kiedyś byli jedynie tłem dla Adama. Łukasz Kruczek, czy Robert Mateja wielkich sukcesów jako zawodnicy nie osiągnęli. Może zabrakło talentu a może nie potrafili przeskoczyć nad swoją psychiczną przepaścią. Ale potrafią uczyć młodych wygrywania. Długo mogli podglądać świat, uczyć się od najlepszych i potrafią tę wiedzę wykorzystać. Jako trenerzy mają autorytet. Pod pieczą Łukasza Kruczka Kamil Stoch jest mistrzem świata.

Oczywiście sukces może się już nie powtórzyć. Może to jedyny w życiu Kamila taki szczyt. Ale JEST .

JEST ZWYCIĘSTWO. KAAAAMIL STOOOOOCH!!!


wtorek, 19 lutego 2013

Krzysztof Kuczkowski o Kutabuku


W Toposie nr 6 z 2012 roku znalazła się recenzja płyty Kutabuka. Naczelny pisma pisze tam m.in.:

Poeta wygłaszający swoje teksty na tle technopodobnych rytmów traktowany jest w świecie popkultury jak nieszkodliwy maniak, w świecie literatury zaś – z pobłażaniem, na które – co tu dużo mówić – najczęściej solidnie sobie zasłużył. Zdarzają się jednak wyjątki od reguły. Takim wyjątkiem jest Kutabuk Artura Nowaczewskiego i jego przyjaciół.

Dlaczego ten krążek miałby być wyjątkiem? Dlatego, że nie znalazłem na nim ani odrobiny efekciarstwa, chęci zaznania estradowej glorii, łatwego sukcesu. Kutabuk jest projektem artystycznym, którego podstawą są świetne wiersze autora Elegii dla Iana Curtisa i proste pomysłowe ścieżki dźwiękowe Jakuba Nogi – sitar i Jacka Stromskiego – bębny, kalimba, ektar, tungna. (…)

Bohater wierszy Nowaczewskiego mógłby powtórzyć za słynnym songiem Gershwina I Got Rhytm. Co by to była za wędrówka, która nie miałaby rytmu albo która nie odbywałaby się w rytmie, czy – używając innego terminu muzycznego - w tempie. Płytę otwiera rytmiczny łoskot bębenka i tekst pt. Rytmy widoków o czytelnym przesłaniu: wszystko jest rytmem. Zaraz potem rytmiczny (Jack) Kerouac, którego bohaterem jest jeden z najwybitniejszych członków Beat Generation, autor m.in. W drodze i Włóczęgów Dharmy. Pierwszy set kończy Taniec ducha, wiersz „co mknie bez celu”. Bez celu, ale za to w litanijnym rytmie, który zamienia się w prawdziwy taniec derwisza na… Krakowskim Przedmieściu. Rytmiczna orgia sięga apogeum w wierszu Bębny Jacka Oltera, tekście napisanym w hołdzie fenomenalnie utalentowanemu perkusiście. (…) „Bębny Jacka Oltera brzmią nieprzerwanie” – powtarza poeta – „wśród zaplatających się na trawnikach/ pędów kiełkujących tramwajów;/ nieprzerwanie, nieprzerwanie”. Muzyk, który był rytmem, stopił się z krwiobiegiem natury, z rytmem miasta, z rytmem świata. I żyje.

(…) Nie wiem, bo wiedzieć nie mogę, na jakim etapie drogi jest bohater wierszy Nowaczewskiego i czy w ogóle na tej drodze są etapy. Wiem tylko tyle, że uparcie przemierza coraz to nowe przestrzenie i że dzięki temu powstała najbardziej chodzona polska płyta, najbardziej chodzona poezja.

Całość tekstu na łamach pisma. 

piątek, 15 lutego 2013

Drugi post piechura

Uraz palców zastarzały 10 dni temu. Krwiak, obrzęk palca II i przodostopia prawego. Rtg złamanie wzdłużne paliczka podstawowego palca IV stopy prawej. Rozpoznanie opisowe: złamanie stopy, bez stawu skokowego. Zalecono ograniczenie chodzenia, chodzenie w twardym obuwiu (z ograniczeniem). Kontrola za 3 tygodnie. 

Bezruch. Nawet niegroźny uraz jak powyższy jest w stanie zakłócić rytm funkcjonowania kogoś, kto kocha chodzić. Bezruch jest najgorszą karą. Myśli się naprzód o miejscach, w których mogłoby się być. Nie jesteśmy na zwolnieniu, właśnie w tym tygodniu mieliśmy wyjechać - przerwa semestralna. Nie można sobie znaleźć miejsca w swoim mieszkaniu. Bo mieszkanie to nie jest miejscem, gdzie się mieszka, ale raczej - pomieszkuje. Rytm życia wyznaczały wyjścia z domu a nie powroty. Złamanie palca zbiegło się nieszczęśliwie ze zmianą internetowego łącza, więc praktycznie urwał się kontakt ze światem. Bo przecież ludzi spotykaliśmy wychodząc z domu albo odwiedzając ich. Nas mało kto odwiedzał. Stałego łącza jeszcze nie założyli a mobilny internet się wyczerpał. Jest tak wolny, że można sprawdzić skrzynkę pocztową albo wrzucić wpis na blogspocie, ale o takich luksusach jak facebook można zapomnieć. Nie jesteśmy widziani ani nie widzimy innych. Nie mamy telewizji, tego najskuteczniejszego mordercy czasu. Bo przecież, gdy byliśmy w ruchu, telewizja nie była nam potrzebna. To samo z radiem, które mogłoby paplać w tle. Zgromadziliśmy zapasy żywności i książek. Dużo udało się zrobić. Ale i tak - prędzej czy później nastrój wahnie się w stronę absolutnej beznadziei (np. wczoraj). Cały ciężar i żale życiowe kumulują się w bezruchu. 

Sposób chodzenia. Sam rytm marszu już jest mobilizujący. Sposobem, w jaki chodzisz afirmujesz swoje życie. Jeśli chodzisz jak żołnierz, to jest szansa, że przełoży się to na inne dziedziny życia. Najgorszym sposobem chodzenia jest snucie się. Powłóczyste zgarbione snucie. Swego czasu jako nastolatek, gdy ciężko chorowałem właśnie tak snułem się. Spotkałem kiedyś kolegę z podstawówki, który przywitał mnie kwestią "o! cześć! no tak myślałem, że to ty, ten charakterystyczny krok". On nawet nie wie, jak to jedno zdanie odmieniło moje życie. Po prostu tego dnia wściekłem się i zacząłem chodzić inaczej. Dwa lata później zrobiłem 100 km w ciągu doby na harpaganie. No, ale co mogę począć teraz? Jak już muszę gdzieś iść, to oszczędnie. Zero afirmacji, zero energii. Przez trzy tygodnie (akurat mija 6 dzień). 

Ale grunt to dobra diagnoza. To przecież drobiazg. Wyjdę z tego. I wtedy wszystko znów będzie iść. 



Miałem tu coś napisać


-Miałem tu coś napisać o ........... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o ...................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o ............................................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o .....................................................................Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o...................................................................... Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o.........................................................................................................................Ale nie napisałem. Miałem tu coś napisać o................................. Ale nie napisałem. Miałem zamiast tego napisać wiersz. Ale nie napisałem.
-.....................................
-........................................Czasami to aż szkoda pisać.

środa, 6 lutego 2013

Urywek XIII - chiński bar


Różne są głody. Jest głód poranny i głód południowy, głód zaspakajany od razu i głód przechodzony aż do ścisku, głód delikatny i głód szarpiący, głód za czymś konkretnym i głód za czymkolwiek. Jest głód zwyczajny i najbardziej fundamentalistyczny  głód nałogowy, znany tym, których trawi nieustannie, głód, z którego nie ma już powrotu.

Przed remontem dworca w Gdyni czasami zachodziłem do chińskiego baru, który znajdował się w przelocie. Głód, który kierował tam moje kroki był głodem godziny osiemnastej. Głód alarm pojawiający się jak złodziej w twoim żołądku nie napełnianym od drugiego śniadania. Głód w domu odgrzewany i podawany natychmiast na stół. Nie zrobiłeś na czas zakupów. Nie nagotowałeś dzień wcześniej zupy, nie masz w zamrażarce pierogów a nie czas na robienie kotleta. Wysiadasz z kolejki i myślisz, że już nie da się wytrzymać. Trzeba coś zjeść. W przelocie z dworca do domu trafiasz do Chińczyka. Wybierasz w jadłospisie numerek dania, którym jest kurczak z warzywami i ryżem. Oczekujesz na jednorazowy wrzący kubek, gdzie wszystkie zbełtane składniki parują ci na twarz. Masz chwilkę czasu by popatrzeć na ruch, cały czas ktoś wchodzi, wychodzi. Strzępy rozmów. Swojska miejskość jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Lata dziewięćdziesiąte nadzwyczaj były azjatyckie. Bazary zamiast stadionów. Chińskie bary i Wietnamczycy. Budy. I czas kulinarnych ksenofobicznych lęków. Nie jedz w McDonaldzie. Omijaj Wietnamczyków. Ich stare mięso. Niech cię chroni ojciec sanepid i matka higiena zawsze dziewica. Coś było więc występnego w tej dworcowej chińszczyźnie. Z poczuciem winy przełykałem swój głód godziny osiemnastej, swojego kurczaka z warzywami i ryżem i gnałem dalej.

Gdy zaczął się remont dworca, Chińczyk musiał opuścić swój wyśmienity punkt naprzeciwko parkingu i postoju taksówek. Wydawało się, że przenosiny o sto metrów, dosłownie na drugą stronę ulicy, opodal rogu 10 lutego powinny być tylko formalnością. Że wraz z nim przeniesie się całe miejsce. Niestety nowe pomieszczenie, które wynajął szef baru nie był to przeszklony boks na zasyfionym dworcu Gdynia Główna, ale klaustrofobiczna kiszkowata dziura na parterze kamienicy. Niby nic się nie zmieniło, nawet tablica z numerkami dań ta sama i ten sam Szef Chińczyk wołający „sto dwanaście”! Ale jednak nie to samo. Bywałem w barze jeszcze kilka razy. Ale coraz rzadziej. Bar stracił swój przelot. Stracił swoją przestrzeń. Nie zachodzili tu już taksówkarze. Pasażerowie kolejki lądowali w innych lokalach. Choćby w przeszklonych kebabach trzydzieści metrów dalej. A  bar słabł. I od paru dni mijam kartkę z napisem „zamknięte”.

Czy było to tylko nowe miejsce, czy wieje już nowy wiatr w małej gastronomii? Chińczycy i Wietnamczycy ustępują pola Turkom. W siłę rosną kebaby. I te tureckie, i te pseudotureckie. Przypomniałem sobie dzień lata w 2010 roku. Szedłem wieczorem Świętojańską i zaczepił mnie Chińczyk, szef baru, chciał gdzieś zadzwonić. Zapamiętałem to wydarzenie, bo to właśnie dzięki Chińczykowi poczułem się zakorzeniony na gdyńskiej ulicy. Przypomniały mi się nazwy starych dzielnic przedwojennego miasta - Pekin, Meksyk… Chińczyk przybywał jakby z tamtego Pekinu. Był już taki swojski.

-Ale po co mi to opowiadasz?