czwartek, 8 grudnia 2011

Urywek II - Dr Jarosław Frąckiewicz. Wspomnienie



Dr Jarosław Frąckiewicz był przed laty moim nauczycielem filozofii.. Nie miałem go okazji poznać od podróżniczej strony. Właściwie dopiero jak media podały wiadomość o jego zaginięciu - dowiedziałem się ile dokonali z żoną jako kajakarze. Czytając jego internetowe opisy wypraw, stwierdzam, że był także człowiekiem niebanalnego pióra. To jest literatura podróżnicza wysokiej próby. I co z tego, że nie z logo National Geographic. Pewnie wielu z nas nie usłyszałoby o wyprawie do Peru, gdyby nie tragedia, o której było głośno latem. Z zajęć, które Jarosław Frąckiewicz prowadził na polonistyce zapamiętałem przede wszystkim jego twarz. Uśmiechniętą brodatą twarz Filozofa; szare przenikliwe oczy, w których było coś figlarnego. Ironia, ale bez cienia złośliwości. To co tkwiło w jego spojrzeniu, głęboko wryło się w moją pamięć. W czasie zajęć przechadzał się wciąż po sali, od okna do drzwi, od drzwi do okna. Potrafił nagle wykonać gwałtowny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, przybliżyć się do twarzy studenta tak, że przekraczał intymną barierę, jaką mamy w miejsach publicznych i zadać prosto w oczy pytanie: proszę pana, Heraklit? Po czym równie szybko jak się wcześniej przybliżył, wycofywał się na bezpieczną odległość. Zanim student zdążył coś odpowiedzieć, on już znów krążył po sali. Pozostawało się samemu z tym pytaniem, z tym Heraklitem, Platonem i resztą. Nie chodziło, jak sądzę, o natychmiastową odpowiedź, ale o to, żebyśmy stawiali sobie pytania. Nie byłem lotny w filozofii. Filozofia wymaga jednak pewnej ścisłości umysłu a tego brakowało mi zawsze. Wszystko, co nosiło cień abstrakcji zdawało mi się dalekie od praktyczności. Gdy po latach odnalazłem w internecie kajakowe zapiski Dr Frąckiewicza i czytałem je nota po nocie, stwierdziłem, że między wersami jest tu zapisana filozofia jego życia. Ciężko tu ją streścić. Była tu i wielka życzliwość, i wyrozumiałość dla ludzi, było ciągłe poszukiwanie czegoś, ruch, doświadczenie, tajemnica. Kto zmierzy podróż, którą Dr Frąckiewicz wykonał jako człowiek - od zimowej nocy nad Brdą w 1969 roku po to peruwiańskie jądro ciemności nad Ucayali? Czy wyruszył w nią dla sławy, żeby wypowiadać się w tefałenie? Nie mogę powiedzieć, że coś dostałem od "podróżników", którzy z podróżowania zrobili biznes. Niektórzy z nich produkowali się teraz po śmierci trójmiejskich kajakarzy w telewizji jako "eksperci". Zaglądając do książek tych podróżniczych celebrytów znaleźć często możemy banały, pisane na kolanie infantylne wynurzenia konsumentów egzotyki. By zostać dziś w Polsce autorem literatury podróżniczej nie trzeba mieć nic do powiedzenia, trzeba mieć znaną telewizyjną maskę. Za tymi maskami nie kryje się najczęściej nic prócz kompleksów i rozbuchanego ja. Tacy ludzie już otrzymali swoją nagrodę. A przecież podróżowanie to nie zawód, który się wykonuje, nie "zawodostwo", to także albo  przede wszystkim podróż wewnętrzna - odbywana w samotności, czy - jak to robili Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz - we dwoje. Wspaniale móc dzielić z kimś swoje olśnienia, radości, czasem staje się to wręcz sensem podróży, o czym dowiedział się za późno choćby bohater Into the wild. Mój wykładowca ze swojej pasji kajakowej potrafił zrobić coś na kształt filozofii życia, dlatego teraz układa się ono dla mnie w opowieść, przerwaną nagle, ale przecież pełną. W chwili śmierci miał siedemdziesiąt lat, ale nie układało się ono w sinusoidę, raczej zdawało się wciąż wznosić. Myślę, że charakteryzuje to po prostu ludzi dobrych i mądrych, spełniających do końca swoje powołanie. Tych, którzy odnaleźli swoją ścieżkę i pozostali jej wierni.

wtorek, 6 grudnia 2011

Urywek

Dojrzewałem literacko w czasach, kiedy cień zaangażowania literatury w ideologię był "obciachem". Jeśli już mi coś wtedy (dziesięć lat temu) przeszkadzało to brak szacunku dla szeroko pojętego sacrum. Dzisiaj zaangażowanie jest trendy a młoda literatura często ma napęd ideolo i się tego nie wstydzi. Wolę pozostać jednak niedzisiejszy i twardo obstaję za tym, że tworzenie literatury pod tezę to obciach i działanie koniunkturalne. Takim koniunkturalizmem gardzę. Jeśli literatura ma coś w życiu naszym znaczyć, to musi się różnić od publicystyki. Bronią literatury (w tym poezji) są w odpowiednich proporcjach (kolejność przypadkowa): styl, wrażliwość, tajemnica, rytm, doświadczenie, śmiech. Dziesięć lat temu myślałem, że mam jakieś ideały. Dzisiaj jestem sam sobie sterem, żeglarzem i undergroundem.

wtorek, 22 listopada 2011

Publikacja w "Arcanach"

W najnowszym numerze dwumiesięcznika "Arcana" (nr 5/2011) znajduje się mój tekst poświęcony Kazimierzowi Nowosielskiemu, który oprócz refleksji wokół wyboru jego wierszy Człowiek rośnie cicho zawiera wspomnienia z lat studenckich, kiedy to Profesor Nowosielski prowadził z moją grupą zajęcia z literatury XX wieku.

wtorek, 8 listopada 2011

Wiersze w "Odrze"

Ósmy arkusz "Odry" w numerze listopadowym jest poświęcony poezji Trójmiasta. Reprezentują ją Anna Wieser, Grzegorz Kwiatkowski i Jakobe Mansztajn.  Znalazły się tam też trzy moje nowe wiersze.

piątek, 4 listopada 2011

Piotr Wiktor Lorkowski o "Szlifibrukach i flaneurach"

Kolejna recenzja Szlifibruków i flaneurów. Na blogu Piotra Wiktora Lorkowskiego ukazała się nota poświęcona mojej ostatniej książce. Zapowiada ona dłuższy tekst, który ukaże się na łamach "Toposu".Można ją znaleźć TU. Zachęcam do lektury!

czwartek, 3 listopada 2011

Wejherowski sen

Był środek lipca. Ligowe rozgrywki właśnie budziły się z letniego snu. Przyjechaliśmy do Wejherowa na mecz pucharu Polski miejscowego Gryfa z Olimpią Grudziądz. Miała to być walka Dawida z Goliatem; Gryf pod wodzą Grzegorza Nicińskiego się wzmocnił i miał w tym roku powalczyć o awans do II ligi, ale i tak Olimpia przynajmniej na papierze przewyższała klub z Wejherowa o dwie klasy. Przyszliśmy więc tu raczej zobaczyć ukryty wśród morenowych wzgórz stadion a nie po piłkarskie emocje i toczyliśmy wesołą dysputę o nadchodzącym sezonie... o spadku Arki do I ligi i nowej mapie wyjazdów. Te bliskie: Grudziądz i Elbląg. Te dalsze: Nowy Sącz, Stróże, Nieciecza, Radzionków... Czy ważny jest piłkarski poziom rozgrywek? Bardzo różne jest spojrzenie na Polskę z poziomu ekstraklasy i I ligi, jeszcze inne z niższych lig aż po klepiska A i B klasy. W niższych ligach Polska przybiera swojskie proporcje, jest bardziej prawdziwa, ludzka...

Niełatwo było na Wzgórze Wolności trafić i nie bardzo ktoś ze spacerowiczów potrafił nam pomóc. Błądziliśmy więc po bukowych wzgórzach między kalwaryjskimi drogowskazami. Tam dom Piłata, tu dom Kajfasza, tam pałac Heroda... . Z nas trzech jedynie Łukasz był tu wcześniej na meczu i pamiętał jakąś zamierzchłą potyczkę stoczoną z wejherowskim klubem przez Arkę. W pamięć zapadł mu przede wszystkim błotny zjazd leśnymi ścieżkami w drodze do miasta. To miała być retro-wyprawa, mieliśmy się odnaleźć w tym nieco postarzałym prowincjonalnym tle. Wreszcie dotarliśmy na miejsce...

Wkomponowany w szczyt wzgórza stadion należy do najpiękniej położonych w Polsce. To prawdziwa leśna arena, którą otacza betonowy zwieńczony kolczastym drutem mur. Przez liczne szpary i dziury, nie da się jednak obserwować spotkania, bo płyta boiska zasłonięta jest przez banery reklamowe. Główna, częściowo zadaszona trybuna ma pojemność 900 miejsc. Po drugiej stronie płyty boiska znajduje się mały pagórek z miejscami siedzącymi a za nim boczne treningowe boisko. Bywałem tu później kilka razy podczas leśnych wycieczek, to jedno z moich ulubionych miejsc na Pomorzu. Dziś, gdy mam już stąd wspomnienia, lubię patrzeć na opuszczoną murawę.

Bilet na mecz z Olimpią kosztował dychę. Czy mogliśmy się spodziewać, że właśnie zaczyna się największa przygoda wejherowskiej piłki? Że przez przypadek będziemy świadkami największych osiągnięć w historii tego małego klubu? Przyglądałem się siedzącym przede mną starym kibicom. Niektórzy z nich chodzić na mecze mogli jeszcze w latach pięćdziesiątych... Moja wyobraźnia tworzyła już obraz jak w tle Wzgórza Wolności upływa ich życie. Pomyślałem, że znalazłem się w starej świątyni futbolu, prawie tak pierwotnej jak Korona Radomsko ze wspomnień Tadeusza Różewicza. Będąc na stadionie Gryfa, zrozumie się dlaczego arkowcy do dzisiaj płaczą za stadionem na Eysmonda, chociaż nowy obiekt na Olimpijskiej należy do najpiękniejszych w naszej lidze. Nie o nowoczesność chodzi, ale o niemal intymny kontakt z przestrzenią stadionu, o słynną wydeptaną nogami setek kibiców Górkę, z której patrzyło się na kolejne sezony. I o niedalekie morze. Do takich imaginacyjnych odjazdów prowokował genius loci wejherowskiego wzgórza.

Młyn Gryfa był jak najbardziej współczesny, i kaszubski do krwi i kości, bo żółto-czarny. Przybyła też grupa jedenastu kibiców z Grudziądza. Nie stali na oddzielnym sektorze. Zresztą, gdzie miałby być taki sektor? Stanęli rzędem tuż przed nami i dziarsko dopingowali swój zespół. Przyszedł czas, żeby przyjrzeć się temu, co działo się na boisku. Choć raz po raz Olimpia zagrażała formacjom obronnym Gryfa, to nie wykorzystała swoich podbramkowych sytuacji. Gryf natomiast z minuty na minuty grał lepiej, imponował ambicją i walecznością. Ale nie dowierzałem z początku w sukces. Wystarczy jedna bramka Olimpii – myślałem - i ujdzie z nich powietrze. Bramka jednak nie padała. A wiara miejscowych rosła i rosła. Walka na boisku była niezwykle zacięta i przyjemnie było patrzeć na piłkarzy w żółto-czarnych koszulkach. I oni stworzyli sobie sytuacje, ale wciąż na tablicy pozostawał wynik 0:0. Aż wreszcie strzał, dobitka głową i piłka w siatce! Jeeeest! - drą się młodzi i starzy. Powiewają szaliki w miejscu, gdzie zgromadził się wejherowski młyn. Tylko przyjezdni z Grudziądza stoją nieruchomo w tej fali radości i jakby nie wierzą temu, co się dzieje. Olimpia jeszcze zrywa się do ataków a minuty płyną dla gryfitów coraz wolniej. Zwycięski pojedynek główkowy. Aut. Wymuszony faul. Kilka cennych sekund. Bramkarz urywa dwa długie kroki w biegu do wybijanej piłki. (Panie Turek kończ, pan ten mecz!) I nareszcie koniec. Niezwykłe uczucie, gdy w radosnej grupie schodzi się po stoku, przez las, na rogatki miasta...

A potem chciałem tu wrócić. Na mecz z Zawiszą. I denerwowałem się, gdy spotkanie z powodów bezpieczeństwa zostało odwołane. Istniała nawet groźba, że Gryf zostanie wyeliminowany nie po walce, ale wskutek walkoweru. Pomyślałem o zielonych stolikach i zdeptanych marzeniach. W Polsce wszystko można spieprzyć. W lipcu Paweł będący wówczas stażystą Wyborczej bezskutecznie próbował opublikować coś o pucharowej przygodzie wejherowian. Kogo obchodzi jakiś Gryf mówiono wtedy. Było na Pomorzu miejsce na Lechię, Arkę, w ostateczności Bałtyk. Ale Gryf Orlex Wejherowo? III liga? Na szczęście do meczu doszło. Ale nie widziałem tego spotkania – byłem już wówczas na bezdrożach Bułgarii. Tygodnie bez cywilizacji, bez internetu. Dopiero w Wielkim Tyrnowie otworzyłem swoją skrzynkę pocztową. Wtedy dowiedziałem się, że w czasie gdy przeszedłem pół Bułgarii, Gryf pozostał w grze. Mecz z Zawiszą – prawdziwy thriller z bramkami w dogrywce, remisem na koniec i rzutami karnymi. A potem Sandecja. Łut szczęścia a może nawet więcej – gdy piłka dwa razy odbijała się do poprzeczki. I zwycięskie 1:0. Ważne rodzinne wydarzenie nie pozwoliło mi po powrocie, żeby udać się na mecz z Koroną. Myślałem: szkoda. Do Wejherowa przyjechał przecież ówczesny lider ekstraklasy. Przyjechał i... wrócił stąd pokonany jak pierwszoligowcy! Wiedziałem, że m u s z ę być na kolejnym meczu a była to już 1/8 finału z Górnikiem Zabrze... Bilet kosztował pięćdziesiąt złotych, w cenie tej znajdował się okolicznościowy szalik. Nie było łatwo przybyć na stadion, we wtorek, o godzinie czternastej do Wejherowa, biegiem z uniwersytetu na kolejkę i biegiem ze stadionu do domu, żeby przebrać się w marynarkę i w Teatrze Gombrowicza poprowadzić spotkanie z Ewą Lipską. Ale czy mogłem nie być na tym meczu? Górnik Zabrze kojarzył się z dawnym wiekiem polskiej piłki, z takimi nazwiskami jak Ernest Pohl, Hubert Kostka, Stanisław Oślizło,Włodzimierz Lubański, czy Jerzy Gorgoń. A teraz, choć dzisiejszy Górnik był jedynie cieniem własnej chwały, nadal był to jednak GÓRNIK i przyjeżdżał na wejherowskie Wzgórze Wolności. Kiedy znalazłem się na miejscu mecz już od dwóch minut trwał. Trybuna była oczywiście, mimo wczesnej godziny i środka tygodnia wypełniona po brzegi i usiąść musiałem na schodach. Pagóreczek był również wypełniony, stanął namiot, z którego na boisko były skierowane kamery. Prawdziwa złota jedyna taka jesień wejherowskiego Gryfa! Żółto-czarno. Dwa tysiące ludzi. Także z Kościerzyny, Redy, Gdyni, Rumi... Pogłoski o krążącej gdzieś w lesie setce kibiców Górnika... Jako trener Górnika Adam Nawałka. Na trybunach Marek Citko szukający wśród wejherowskich piłkarzy nowych talentów...I przede wszystkim walka na boisku. Z minuty na minutę rosła we mnie pewność, że Górnik nie zdobędzie Wzgórza Wolności. W 47 minucie, zaraz po wejściu na drugą połowę, Mateusz Toporkiewicz dostaje podanie od Grzegorza Gicewicza i niski strzał koło słupka wpada do zabrzańskiej bramki. JEEEEEEST!!!! I jeszcze jeden fragment meczu zapada w pamięć, po nieodgwizdanym rzucie rożnym, ożywiają się nagle starsi panowie, którzy oglądają mecz na siedząco, z rzadka się włączając do dopingu prowadzonego przez młody młyn. Ktoś krzyczy: sędzia kalosz! I cała trybuna momentalnie powtarza:
SEDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
-Ale jaja! - śmieje się Łukasz -Myślałem, że będzie tu porządne kibicowanie, ale nie taaaakie okrzyki.
Rozczula ten okrzyk stary jak pieśni Mieczysława Fogga. Jest tak, jakby nagle na trybunach zasiadł duch Jeremiego Przybory.
Trener Nawałka od razu przeprowadza zmiany. Ale Gryf nadal przeważa, ułańskie szarże na bramkę omal nie kończą się podwyższeniem wyniku. Nie ma dla wejherowian straconych piłek. Górnik nie istnieje. Ostatni kwadrans Zabrze ma przewagę, w końcu fizycznie zespół ekstraklasy jest lepiej przygotowany niż trzecioligowiec, ambicją można czasem oszukać różnicę klas, ale nie oszuka się biologii... Liczymy minuty. Piętnaście minut do końca, dwanaście, osiem, sześć... Osiemdziesiąta ósma minuta, trzy minuty doliczone i... ZWYCIĘSTWO!
Szał! Feta na boisku, Telefony: nie żartuję, wygrali!!! Stary.... co za mecz... Kogo z dziennikarzy obchodził jeszcze niedawno jakiś Gryf Orlex Wejherowo? A jutro zdjęcia cieszących się z sukcesu piłkarzy znajdą się na pierwszych stronach pomorskiej prasy. Teraz chciałbym zagrać z Lechem Poznań – mówi zdobywca zwycięskiej bramki.
Tłum schodzi do miasta kalwaryjskimi ścieżkami. Radość, odprężenie. Myślę o tym, że coś właśnie stało się w mieście, o którym kiedyś maturzystka Masłowska pisała: Mieszkam tu calutkie życie, krzywe, zalepione smołą uliczki mnie wynosiły (…) Żyję tu tak cholernie odruchowo i nieuważnie, chodzę po ulicach z wyciągniętymi do przodu rękami, a moja głowa nie odnotowuje nic na drodze szkoła-dom. (zimowo-jesienna „Lampa i Iskra Boża” z 2000 roku). Dziś jednak trwa wejherowski sen. Gryf Wejherowo zwycięża Górnika Zabrze! Właśnie rodzi się miejscowa legenda. Opowieści spotykają się na Wzgórzu Wolności. Nie gubią się w smołowanych uliczkach. Trafiają bez pudła w wietrzny październikowy dzień, kiedy dwa tysiące ludzi oglądało pamiętny mecz a wynik szedł w Polskę, we wszystkie sportowe serwisy. Schodząc z wzgórza, wiedziałem już, że tu w Wejherowie byłem świadkiem narodzin piłkarskiego mitu. Że na zwycięstwo Gryfa patrzą dziś wszyscy kibice w Polsce. Póki będzie istniała w Wejherowie piłka nożna a będzie istniała do końca świata, wspominać się tu będzie mecz z Górnikiem.

środa, 2 listopada 2011

Październikowy "Śląsk" z dedykacją dla Tadeusza Różewicza

Z okazji przypadających 9 października 90-urodzin Tadeusza Różewicza redakcja Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego "Śląsk" przygotowała numer urodzinowy (nr 10/2011) z poświęconymi Poecie wypowiedziami młodych poetów. Wypowiadają się: Marek K.E. Baczewski, Janusz Drzewucki, Robert Gawłowski, Adrian Gleń, Mariusz Grzebalski, Jacek Gutorow, Maria Korusiewicz, Sławomir Matusz, Maciej Melecki, Joanna Mueller, Artur Nowaczewski, Grzegorz Olszański, Renata Putzlacher, Robert Rybicki, Marcin Sendecki, Krzysztof Siwczyk, Adam Wiedemann, Konrad Wojtyła.

poniedziałek, 31 października 2011

Recenzja Elegii dla Iana Curtisa - Jarema Piekutowski w Nieregularnym Piśmie Kulturalnym "Kwartalnik"

Ukazał się trzeci numer Nieregularnego Pisma Kulturalnego "Kwartalnik". Znajduje się w nim m.in. obszerna (i ważna) recenzja Elegii dla Iana Curtisa autorstwa Jaremy Piekutowskiego. Recenzent jako pierwszy szuka tropów, które łączą wiersze z tego tomiku z utworami Curtisa. Jako śródtytuły służą fragmenty piosenek Joy Division. Także nastroje panujące w książce korespondują według Piekutowskiego z utworami grupy, pisze on m.in.: Mimo ukierunkowania na „bycie w teraźniejszości”, nie brakuje Nowaczewskiemu szacunku dla tradycji: historia Leona Zawodowca przeplata się z Hugonowskimi „Nędznikami”, blisko Jacka Sparrowa pojawia się Mickiewicz, „Jaca” idzie ramię w ramię z Jerofiejewem, Frodo Baggins i Sam – z Różewiczem i Eliotem. Także oparcie w tym, co dawne i dobrze wypróbowane, pozwala choć na chwilę odeprzeć grozę przemijania. i tak kolejne wiersze falują rytmem jako żywo przypominającym Joy Division: od stuporu przerażenia do szaleńczej pogoni w przód i w górę. Elegia... jest zatem opowieścią o ciągłym przezwyciężaniu śmierci, tej mgły tej mgły, o której pisał Stachura. Kto zwycięży w tej walce?


Całość do ściągnięcia ze strony "Kwartalnika": TUTAJ.

poniedziałek, 24 października 2011

Spotkania na Śląsku

Zapraszam serdecznie na swoje spotkania na Śląsku:

27 października, godz. 18 
Mikołów, Instytut Mikołowski
Spotkanie poświęcone "Szlifibrukom i flaneurom"
Prowadzenie: Maciej Melecki i Krzysztof Siwczyk
Więcej:
INSTYTUT MIKOŁOWSKI

28 października, godz. 18
Chorzów, Starochorzowski Dom Kultury
Starochorzowski Klub Podróżnika
"Bułgaria na piechotę"
Prowadzenie: Szymon Babuchowski
Więcej:
STAROCHORZOWSKI DOM KULTURY

czwartek, 13 października 2011

Zaproszenia na spotkania


14 października o godz. 17 
w ramach VI Festiwalu Poezji w Sopocie
w Spółdzielni Literackiej
poprowadzę spotkanie z dwoma śląskimi poetami,
Szymonem Babuchowskim i Adrianem Gleniem.
VI FESTIWAL POEZJI W SOPOCIE


18 października o godz. 20.15 
w ramach Jesiennych Spotkań z Laureatami Nagrody Literackiej Gdynia
w Teatrze im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
poprowadzę spotkanie z Ewą Lipską. 
JESIENNE SPOTKANIA Z LAUREATAMI NAGRODY LITERACKIEJ GDYNIA 2011


25 października o godz. 18
w Filii Gdańskiej WiMBP przy ul. Mariackiej
wygłoszę wykład o młodej poezji Trójmiasta.
MALT 2011

poniedziałek, 3 października 2011

Atak już nadchodzi

Na portalu poezja-polska.pl  ogłoszony został kolejny kwartalny konkurs na wiersz. Udział w nim może wziąć każdy użytkownik serwisu, który założył swoje konto najpóźniej do dnia 30 września 2011 roku. Wiersze oceniają zaproszeni przez redakcję poeci. W tej edycji będę miał przyjemność poczytać wiersze na wymyślony przez siebie temat "atak już nadchodzi". Nie ukrywam, że inspiracją był oczywiście słynny utwór Siekiery:






sobota, 1 października 2011

poniedziałek, 12 września 2011

Kutabuk w wersji jazzowej na falach czeskiego Radia Vltava

17 września o godz. 17.45 radiowa premiera jazzowego wykonania mojego poematu Kutabuk w znakomitym przekładzie Jiri Cervenki:



"Jazz doprovází poezii, poezie doprovází jazz. Kutabuk. Pásmo z veršů polského básníka mladší generace Artura Nowaczewského. Z vlastních překladů připravil Jiří Červenka. Účinkují Karel Vlček a Ivan Řezáč. Hudební spolupráce Pavla Schönová. Režie Vladimír Gromov."

wtorek, 6 września 2011

Wyjazd na Krajnę



Wyjeżdżam na Krajnę. Krajna nie jest jakimś bałkańskim regionem. To kraina na bliższym widmowym pograniczu. Już nie bardzo Pomorze a jeszcze nie do końca Wielkopolska, gdzieś na końcach linii wyjeżdżających z Bydgoszczy pekaesów. W takim właśnie miejscu, dzięki energii głównie Adama Ostrowskiego i Pawła Szydła powstało literackie pismo "Pobocza". Tutaj też  od 8 do 10 września już po raz ósmy będą odbywały się międzynarodowe spotkania poetyckie Pobocza. Z dawnych edycji przywiozłem wiele wspomnień. Jak to bywa na poetyckich festiwalach, rozmowy kończyły się nad ranem. Ale pozostały też inne obrazy. Nie da się zapomnieć lekcji, które prowadziliśmy w szkołach Krajny wspólnie z Wojtkiem Brzoską. Tutaj też poznałem poetę z Lwowa Nazara Fedoraka i dyskutowaliśmy długo o trudnej polsko-ukraińskiej historii. Właśnie w Więcborku, który na moją mapę wprowadził festiwal, bo Krajna jest zbyt daleko by wypuścić się z Gdyni na jeden dzień a za blisko by stała się celem wypraw dalekobieżnych. W tym roku będę znów wydeptywał swoją poetycką tropę między Więcborkiem, Sępólnem Krajeńskim a Mroczami. To właśnie tutaj zobaczę takie obrazy jak ten: Wypiliśmy morze alkoholu i popłynęliśmy. A jednak za tym wszystkim kryła się pewna mądrość, którą być może odkryjesz, jeśli wybierzesz się pewnej nocy na spacer podmiejskimi ulicami i mijając dom za domem, zobaczysz, że w każdym z nich znajduje się jasno oświetlonym salonie mały prostokąt telewizora z niebieskim ekranem, w który wpatruje się cała rodzina, i w każdym domu oglądają prawdopodobnie ten sam show. Nikt nie rozmawia, wszędzie panuje milczenie, jakby telewizor uciszył tych wszystkich ludzi, pozbawiając zdolności do życia i myślenia. Wszystkie podmiejskie ulice są o tej porze takie same. Psy szczekają na ciebie, ponieważ idziesz pieszo, zamiast jechać samochodem jak wszyscy. Podczas tego spaceru zrozumiesz, co miałem na myśli, mówiąc, że wkrótce wszyscy ludzie będą odczuwać i myśleć w ten sam sposób, a szaleni wędrowcy zen wyruszą znów na zapylone drogi, podążając na pustkowia z uśmiechem na swych zakurzonych wargach. To nie ja, tylko Jack Kerouac we Włóczęgach dharmy. Tak samo wiarygodny na szosach Krajny jak na peryferiach Kalifornii.



środa, 31 sierpnia 2011

Pierwsza recenzja Szlifibruków i flaneurów - Aleksander Kopiński w "Rzeczpospolitej"

Miesiąc temu na łamach "Rzeczpospolitej" ukazała się pierwsza i bardzo pozytywna recenzja Szlifibruków i flaneurów. Jej autorem jest Aleksander Kopiński. Można ją w całości przeczytać klikając na link: Aleksander Kopiński, Słowa na ulicy.

czwartek, 25 sierpnia 2011

środa, 3 sierpnia 2011

Wyprawa do Bułgarii 2010 w filmikach

Ostatnie przygotowania do wyjazdu. Do Morza Czarnego jeszcze około 12 dni w tym roku przez Starą Płaninę. Tymczasem zamieszczam cykl filmików z poprzedniej wyprawy (16 dni od granicy serbskiej do Przełęczy Szypka). Można zobaczyć jak po drodze tracę i odzyskuję animusz, chudnę i rośnie mi broda. 
Po co znów ruszam?
"bo idę tam, gdzie idę
a nie idę, gdzie nie idę,
bo szedłem tam, gdzie szedłem
a nie szedłem, gdzie nie szedłem"
(Kutabuk)
Jak dobrze pójdzie 30 sierpnia widzimy się na koncercie Kutabuka w Teatrze w Oknie na Długiej w Gdańsku.

video

video

video

video

video

video

video

video

video

poniedziałek, 4 lipca 2011

Miejsce: Nieszawa


Wracaliśmy z Kutna przez rozkopy, objazdy, przez oszpecony komunistycznymi babolami Włocławek. Powrót kutabuków z koncertu nie może być po prostu takim sobie powrotem. Stanęło więc, że zjedziemy z głównej drogi, zboczymy. Jest coś w tej okolicy co warto zobaczyć?

Nieszawa. Skręt w jedną z lokalnych kujawskich dróg. Po kilku kilometrach nagle ukazuje się widok, który zapiera dech. Prosta, długa prawie na kilometr szosa schodzi jak strzelił w dół - wrost w otchłań Wisły, która gdyby nie rysujący się linią drzew brzeg mogłaby się wydać morzem. Po tym zjeździe z prawej strony otwiera się przestrzeń sennego ryneczku, tak sennego jak lata trzydzieste przed uderzeniem wielkiej historii.

Ojczysty krajobraz trzeba uważnie czytać. Trzeba się oswajać, wnikać w głąb pejzażu, nie stawać z boku, ale chłonąć go ze wszystkich czterech stron świata. Oto miejsce. To, co nazywamy krajobrazem, pejzażem, widokiem  - pisał kiedyś Zbigniew Żakiewicz - jest w rzeczywistości widzialnym wyrazem niewidzialnego.

Czym jest niewidzialne? Dla jednego Obecnością, która wnosi w doświadczaną przestrzeń sacrum. Wiecznością, która patrzy nas, ale nie jak abstrakcja, ale jak zmysłowa i nieuchwytna rozpadająca się w naszych oczach całość. Dla innego - niewidzialne będzie tajemnicą, która rośnie w głąb, która zaczyna się za granicami ja. Wobec niewidzialnego najlepiej jednak jest milczeć. Bo niewidzialne zagadane, schwytane w siatkę pojęć nie jest już tym samym. Niewidzialne można tylko czuć a tylko najwybitniejsze wiersze potrafią skierować w stronę niewidzialnego albo w stronę rozpaczy z braku niewidzialnego albo w stronę pogodzenia się z istnieniem albo nieistnieniem niewidzialnego. Wszystko, co nie zbliża się do tych biegunów, spłaszcza język, to gierki dla starzejących się narcyzów, chrzanienie, zwyczajna ściema. Niewidzialnego nie da się ściemniać. Ściemniać można tylko siebie, siebie kłamać albo wysuwać na pierwszy plan.

Jest więc Nieszawa. Ze swoim pustym rynkiem w czerwcowy poniedziałek. Jest przeprawa promowa przez Wisłę, w sile swego biegu. Jest klasztor, gdzie można znaleźć noclegi. Jest gotycka sylwetka kościoła z czasów krzyżackich a w środku chłód z siedemnastego wieku, bo wystrój kościoła to barok. Wnętrze znieruchomiałe, ale nie jakby nie od ranka, ale od kilkuset lat. Tablica przy kościele opowiada o wędrującej parafii i wędrującym mieście, na które czyhał silniejszy Toruń. Czym są dzisiejsze mecze i bójki szalikowców, wobec takich wojen między miastami, które dążyły do wymazania konkurenta z map? Nieszawa przetrwała wędrując. Schowała się na uboczu.

I taką ją zastaliśmy, w przedsionku burzy.

Wywiad dla Salonu Literackiego

Na portalu "Salon Literacki" w dziale publicystyka można znaleźć obszerny wywiad ze mną, który przeprowadziła Alicja Dymowska. Opowiadam tam m.in. o kutabuku, flaneurach, Krzysiu Kubeczko oraz  protestacyjnym liście w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza.

Zachęcam do lektury pod linkiem:
Nie lubię "robienia wierszy" z niczego - z Arturem Nowaczewskim rozmawia Alicja Dymowska

wtorek, 28 czerwca 2011

Stacja Kutno


Na festiwalu Złoty Środek Poezji byłem po raz czwarty. O tej imprezie pisałem już w 2009 roku, na szczęście festiwal odbywa się nadal i znów zastałem Kutno takie, jak ze swoich nawarstwiających się coraz wspomnień. W 2009 roku pisałem: Przez kilka dni wieczory autorskie, konkursy, spotkania, gadania, odsłaniania poetyckich murales, flanowanie po Królewskiej, flanowanie po rynku. Itede. Itede. Przyjeżdżałem już do Kutna, żeby słuchać poetów czeskich, słowackich, rosyjskich... Festiwal kameralny, bez wielkiej ilości fleszy, bez tłumów, ale w tym właśnie jego urok. Zawsze kogoś nowego tu poznałem, zawsze była okazja do dłuższej rozmowy. Czas w Kutnie biegnie wolniej. Przez cały czas sączy się piwko w zieleni parku w ogródku piwnym przed KDK. Jest czas na snucie się po mieście, na flaszkę żołądkowej, oddanie czci żołnierzom września itede. Są wreszcie gospodarze - Artur Fryz i Ola Rzadkiewicz, bez których ta impreza nie byłaby tym samym, bo nic się nie dzieje samo, ale jedynie dzięki energii pojedynczych ludzi i ich pasji. Dlatego Kutno nie kojarzy mi się już z piosenką Kazika. To tu Milosz Doleżal opowiada o zamachu na Heydricha w Pradze, to stąd wyjeżdżamy w środku nocy do jakiegoś góralskiego zajazdu, to tu widzimy na rynku pluton Błękitnej Armii Hallera; to tu zdarza się wiele rzeczy, ciąg nazwisk poetów, których tu nie wymienię, bo - do licha - za młody jestem na jakieś memuary. 

W tym roku kilka pięknych wspomnień dorzucę. Cieszę się, że wybrzmieliśmy w Kutnie z Kutabukiem i że najprawdopodobniej będę miał tego koncertu zapis video. Jest szereg innych obrazów, anegdot, ale nie czas, żeby je tu wymieniać i robić jakieś podsumowanie. To wszystko jest w ruchu. Festiwal nie umarł i mam nadzieję, że w tej formie będzie trwał i się rozwijał. Co mogę dodać? Nieodłączną częścią Złotego Środka Poezji jest wręczenie nagród na poetycką książkę debiutancką roku. Być może są nagrody, takie jak choćby Silesius głośniejsze medialnie, ale to Kutno jest dla mnie co roku wyznacznikiem tego, kogo z debiutantów warto przeczytać. Raz - że nie zgarnia całej puli jedna książka, usuwając w cień pozostałe. Dwa: skład jury, który bardzo cenię. No powiedzcie sami:Karol Maliszewski, Krzysztof Kuczkowski, Wojciech Kudyba, Artur Fryz i last but not least Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. To są postacie z różnych parafii, które nie nie tworzą środowiska wzajemnej adoracji, silne osobowości twórcze. W pierwszy dzień festiwalu odbywa się też konkurs jednego wiersza, którego uczestnicy nie rozjeżdżają się od razu do domów, ale spędzają wspólnie czas. Ściągają tu autorzy, często z małych miejscowości, którzy na codzień nie mają kontaktu z piszącymi w Polsce, bo Kutno na dwa dni zmienia się w centrum poetyckie Polski.

W tym roku wróciłem z Kutna z bardzo niebanalną pamiątką - antologią Pociąg do poezji. Intercity. Artur Fryz zebrał w niej wiersze z motywem kolejowej podróży autorstwa 63 poetów z siedmiu krajów, z kilku
literackich pokoleń. Łączy ich to, że wszyscy byli w Kutnie. Być może to jest najlepsza summa tego, co dotąd się tutaj wydarzyło. Niektórych tych poetów znam z życia, większość z nich z wcześniejszej lektury. Rzucę kilka tylko nazwisk: Zadura, Tkaczyszyn-Dycki, Wencel, Doleżal, Bondar, Engelking, Honet, Kass, Hałyna Kruk, Matusz, Grzebalski, Melecki i wielu wielu innych. Jeszcze przede mną lektura tej książki "od deski do deski". Ciekawym zabiegiem, jakiego dokonał Artur Fryz podczas redakcji jest odwrócenie porządku alfabetycznego. Sprawiło to, że nazwiska są ułożone w innym niż zwykle sąsiedztwie. Obok mojego są np. dwa nazwiska autorów, które kojarzą mi się z koleją. Po moim wierszu następuje wiersz mojego przyjaciela Dawida Majera, z którym nomen omen odbyliśmy podróż PKP do Kutna w 2009 . Akurat ten jego wiersz jest dla mnie ważny szczególnie, bo odnajduję w nim pokłosie naszych długich rozmów. Natomiast przed moim tekstem jest wiersz Przemka Owczarka, z którym jedyną dłuższą rozmowę też odbyłem w pociągu - było to bodajże w maju 2007 roku, kiedy nad ranem wracaliśmy z festiwalu w Brzegu i wspólnie jechaliśmy do Wrocławia. Tak więc jedno zerknięcie do książki już otworzyło mi w głowie szereg obrazów i leżące gdzieś na  dnie pamięci echa.


Zdjęcia i relacja z imprezy pod adresem Kutnowskiego Domu Kultury:
http://www.kdk.art.pl/

piątek, 24 czerwca 2011

Dwa dni w Kielcach


Z dworca wychodzę, jak to mówią kielczanie, na "Sienkiewkę". Ulica typu rosyjski prospekt - idealnie prosta, długa na chyba kilometr przypomina to czasy rosyjskich guberni. Tutaj i na bocznych ulicach masa lokali, piwnych ogródków, kebabów. Nie byłem tu trzy lata a zmieniło się bardzo. Gdybym wiedział wcześniej o jego istnieniu, wstąpiłbym pewnie do doskonale zaopatrzonego antykwariatu Metzgera. Wieczorem kurs po klubach. Cukier - miejsce spotkań miejscowej bohemy, odbywają się tu kameralne koncerty, wieczory autorskie. Wór- sympatyczny pub na Placu Wolności z rockową muzyką puszczaną z mp3, gdzie ściągają stali bywalcy, nieco wczorajsi fani mocnego uderzenia i barowe ćmy. Na starym balkonie w księżycowe noce można tu oddychać uśpionym miastem i przyglądać się ostatnim przechodniom. Do pubu Galeon wchodzimy - urodzeni nad morzem - z przekory. Bawi nas marynistyczny klimat w Kielcach. Miasto mniejsze, szybciej w nie można wrosnąć, ogarnąć. W ciągu dwóch dni zapuszczam się w różne rejony. Biegnę na tzw. Telegraf, czterystometrowe wzniesienie, gdzie jest zimą działający wyciąg, trasy narciarskie i roztacza się piękny widok. Innym miejscem, skąd można tak ogarnąć wzrokiem panoramę Kielc jest Karczówka, wzgórze, gdzie znajduje się siedemnastowieczny bernardyński klasztor. Dziś zajmują go pallotyni. Moim przewodnikiem po mieście jest Adrian, absolwent miejscowej historii. Pracuje jako przewodnik w muzeum, więc o każdym starym budynku w Kielcach potrafi coś powiedzieć. Mijamy miejsce przy ulicy Planty, gdzie dokonał się pogrom kielecki i z okna wyrzucono Żydówkę. Póki żyją świadkowie i współcześni tych wydarzeń, historia jest jeszcze niezasklepiona jak rana. Od centrum na peryferia można przejść w ciągu godziny. Jest tu nawet szlak literacki. Adrian pokazuje mi miejsca, gdzie rozgrywały się sceny Syzyfowych prac. Wchodzimy do gimnazjum, gdzie uczył się Żeromski, do muzeum pisarza. Kto tu się nie uczył... Jest kilka nazwisk podręcznikowych. Oprócz Żeromskiego Prus, Dygasiński, Herling-Grudziński... Kielce nie ma jednak silnego literackiego środowiska, jest tu tylko oddział ZLP, którego zasięg oddziaływania nie sięga poza województwo. Struktura związku jeszcze postpeerelowska. Można odnieść wrażenie, że to, co się tu wydarzyło w literaturze, wydarzyło się dawno a teraz to już tylko pozostaje oglądać literaturę w muzeum. PRL wyrasta tutaj jak wielka dziura, jak narośl, która jest większa od starego, teraz już prawie odrestaurowanego centrum. To PRL przecina przeszłość, czyniąc czasy młodego Herlinga jakąś baśnią, z całkiem innej Polski. Dzisiejsze Kielce są bardziej ulotne - tak jak muzyka. Książka każdego grafomana wyląduje w lokalnej bibliotece, a płyty? Tylko niektóre uzyskają rozgłos. O - z tego osiedla wyszedł Liroy - mówi na przykład Dawid i przypominam sobie tekst, który przewalił się kilkanaście lat temu przez Polskę:

Zapamiętaj jedno 
Że o Kielcach, o Kielcach ta historia 
Mieście pełnym cudów brudów 
Śmieci żuli, dziwek, ćpunów 
Księży, uprzęży, sklepów pełnych węży boa 
Wystarczy spojrzeć dookoła 
Tego nie ma w podręcznikach i nie mówią o tym w szkołach 
Że to miasto (hu!) to miasto (ha!) 
Jest jak czynny kurwa wulkan 
I coś w sobie kurwa ma 



Kielce są przyjazne dla piechura. W dwa dni robię tu czterdzieści kilometrów. Wciąż za mało, żeby całe miasto poznać, alle staje się ono już dla mnie konkretem. Kościół garnizonowy przerobiony z cerkwi. Wejście na stary cmentarz, gdzie znajduje się kwatera żołnierzy Legionów Polskich. Stadion Korony Kielce. Leśny park kultury i wypoczynku. Skwer Szarych Szeregów i przedziwna jak na Kielce galeria sław - z pomnikami Michaiła Bułhakowa, Władimira Wysockiego, Jamesa Joyce'a, Edith Plaf, Marylin Monroe czy Charliego Chaplina. Rezerwaty skalne. Kadzielnia, wielka skała wyrastająca nad stawem, z zaśmieconymi grotami, ale przecież mimo to pociągająca. Na Kadzielni spędzam samotny kwadrans. Skała samobójców i kochanków. Wciśnięta w samo serce miasta romantyczność, która działa także na tych, którzy dalecy są od czułostkowości. Kielce z oddali sprawają wrażenie, jakby całe wyrosły w latach Gierka. Blokowiska, za którymi wyrastają łagodne wziesienia Gór Świętokrzyskich. Na koniec z chłopakami ruszamy na Wietrznię. Ten kamieniołom miał w sobie jeszcze miejscami urok dzikości, chociaż i tu postanowiono teren uregulować. Wyrosły poręcze, wyłożono ścieżki. Po co? Wietrznia powinna pozostać dziką. Tutaj stajemy się mimo woli świadkami kłótni w języku angielskim. I nie wiem już, czy to jeszcze Kielce, czy jakaś wyspa purnonsensu. Po drodze, na przedmieściach Dawid pokazuje sklep prowadzony przez Cyganów i opuszczony pałacyk cygańskiego króla. Przechodzimy też przez bazar, nad którym słychać megafonowe bazarowe radio. Kiedyś podobny rynek mieliśmy we Wrzeszczu, dzisiaj jest już martwy. Zatem kielecki bazar to podróż retro, w czasy rynkowej tandety, Stadionu Dziesięciolecia, ciuchów made in China i śniadych sprzedawców.

Pożegnalne piwo w okolicach dworca. To miasto nie wie - czy chce być bardziej krakowskie, czy warszawskie. Nie może się zdecydować - mówi Dawid. A powinno być po prostu kieleckie.

czwartek, 9 czerwca 2011

Koncert Kutabuka w Kutnie, 26 czerwca

Kutabuk wystąpi w ramach festiwalu Złoty Środek Poezji w niedzielę 26 czerwca o godz. 20 w Pałacu Gierałty w Kutnie. 
Program VII edycji festiwalu:

25 czerwca 2011 (Pałac Gierałty, PSM, Park Wiosny Ludów)
godz. 12.00 VI Otwarty Konkurs Jednego Wiersza
godz. 16.00 Pociąg do poezji. Intercity - prezentacja antologii i jej autorów: Jerzy Suchanek, Wojciech Kudyba, Małgorzata Lebda, Krzysztof Bieleń, Jakub Przybyłowski
godz. 18.00 Kazimierz Brakoniecki - spotkanie autorskie
godz. 20.00 Paol Keineg i Bernez Tangi – spotkanie z poetami bretońskimi - prowadzi Kazimierz Brakoniecki
godz. 21.30 Werdykt jury VI Otwartego Konkursu Jednego Wiersza
godz. 22.00 - 1.00 Przez granice słów i dźwięków - noc koncertowa
W programie: Bernez Tangi z towarzyszeniem gitarzysty Yona Goueza
Maciej Maciejewski z towarzyszeniem pianisty Dawida Rudnickiego
Zespół Agnellus
26 czerwca 2011 (Willa Troczewskiego/USC, 29 Listopada 4)
godz. 16.00 Poetycka Kostka Wolnego Wyboru - rozstrzygnięcie plebiscytu i konkursu
godz. 17.00 VII OKL Złoty Środek Poezji – wręczenie nagród
godz. 17.30 Ściana Poetów – odsłonięcie muralu
godz. 18.00 Zeszyty Poetyckie – prezentacja autorów: Dariusz Dziurzyński, Dawid Jung, Marcin Orliński i Krzysztof Szymoniak
godz. 20.00 Przez granice słów i dźwięków - wieczór koncertowy (Pałac Gierałty, PSM, Park Wiosny Ludów)
poetyckie intro: Sławomir Matusz
Grupa Kutabuk
The Train Jazz Theater
godz. 21.30 Jazzowy finał: 
Ernst Bier & Mack Goldsbury Group
O Group 

środa, 18 maja 2011

Nowe wiersze w "Lampie"

Trzy moje nowe wiersze (bębny Jacka Oltera; na skrzydłach motyli; pierwszy wiersz) można znaleźć w majowym numerze "Lampy". 

sobota, 14 maja 2011

Six Poets: Twenty-eight Poems - tłumaczenia wierszy na angielski

Cztery moje wiersze znalazły się w dwujęzycznej antologii Six Poets: Twenty-eight Poems/Sześciu poetów: dwadzieścia osiem wierszy, która swoją premierę będzie miała podczas Festiwalu Back2  w Sopocie. Antologia zawiera utwory autorów związanych z Sopotem bądź "Toposem": Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Kassa, Tadeusza Dąbrowskiego, Jakobe Mansztajna i Mariusza Więcka. Wyboru tekstów dokonał Krzysztof Kuczkowski, wiersze przetłumaczyli Jennifer Zieliński i David Malcolm. 

piątek, 13 maja 2011

M jak Miłosz w ósmym arkuszu Odry

W Ósmym Arkuszu "Odry" (Numer 5/2011) biorę udział w ankiecie M jak Miłosz i odpowiadam na dwa pytania:
1." Człowiek wśród skorpionów" czy "ojciec objaśnia" - kim był dla Ciebie Miłosz?
2. Rola Miłosza w literaturze - duma czy uprzedzenie?
W tej samej ankiecie wypowiadają się Michał Płaczek, Kuba Przybyłowski, Joanna Roszak, Łukasz Najder.


Numer ten warto nabyć, zwłaszcza że do pisma jest załączony jest numer specjalny miesięcznika z okazji pięćdziesięciolecia jego istnienia. Redakcji "Odry" życzę przynajmniej kolejnych tak owocnego półwiecza w pracy nad pismem a czytelników zachęcam do lektury.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Tribute to Wojaczek


10-11 maja 2011 (wtorek-środa)

Miejsce: Aula 1.43 Wydział Filologiczny UG, ul. Wita Stwosza 55 / Młody Byron, Dworek Sierakowskich Sopot / Klub YGREK Kampus UG

Wstęp wolny  na wszystkie wydarzenia !
TRIBUTE TO WOJACZEK 40 rocznica śmierci Rafała Wojaczka to projekt interdyscyplinarny łączący poezję, muzykę, film oraz dyskurs akademicki skupiony wokół twórczości i postaci poety Rafała Wojaczka z okazji jego 40 rocznicy śmierci.  Organizatorem wydarzenia obok Akademickiego Centrum Kultury UG Alternator jest Koło Polonistów UG. 



10 maja (wtorek) 

godz. 15.00 
Spotkanie z MACIEJEM MELECKIM (poeta, scenarzysta) i KRZYSZTOFEM SIWCZYKIEM(poeta,aktor)

godz. 16.00
projekcja filmu WOJACZEK (reż. L. Majewski)

Miejsce : Aula 1.43 Wydział Filologiczny UG, ul. Wita Stwosza 55


godz. 21.00
NOCNE CZYTANIE WIERSZY RAFAŁA WOJACZKA 

Miejsce : Młody Byron, Dworek Sierakowskich,  ul. Czyżewskiego 12 , Sopot



11 maja (środa)

godz. 15.00 – 17.00

WOJACZEK 40 LAT PÓŹNIEJ - panel dyskusyjny goście: Bogusław  Kierc (poeta, krytyk literacki), Maciej Melecki (poeta scenarzysta), Krzysztof Siwczyk (poeta,aktor), moderator -dr Artur Nowaczewski (UG)

Miejsce : Aula 1.43 Wydział Filologiczny UG, ul. Wita Stwosza 55


godz. 21.00
Koncert zespołu FONETYKA REQUIEM DLA WOJACZKA

Miejsce :  Klub YGREK Kampus UG ul. Polanki 65

INFO : www.ack.ug.gda.pl


czwartek, 14 kwietnia 2011

Wywiad, wiersze i zapiski z Bułgarii w nowym "Red"

Ukazał się numer 13 czasopisma literackiego "Red". Obok ciekawego bloku tekstów autorów z Ukrainy, Serbii i Bośni znalazły się również moje bułgarskie zapiski, wywiad przeprowadzony przez Pawła Borkowskiego w kuchni na Morskiej oraz przypomniano parę wierszy...
Do numeru jest załączony również zbiór wierszy Jakuba Winiarskiego.

Pismo do nabycia w Empikach.
Zachęcam do lektury!


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Powrót na boisko

Były różne boiska. Boisko czterdziestej piątej przy Matki Polki. Asfalt, który po deszczu zamieniał się w jezioro. Gdy deszcz wysychał na jego nawierzchni zostawała warstwa kurzu, po której ślizgały się trampki. Ile kolan rozwalonych zostało na tym boisku, ile zabraliśmy stąd strupów. Inne boisko mniejsze znajdowało się tuż przy budynku, nie było to boisko właściwie lecz plac z płyt chodnikowych, jedna z bramek namalowana była na murze, druga zrobiona z kamieni. Grało się często odbijając piłkę od ściany. Niejedna szyba poszła w szkole, kraty sięgały pierwszego piętra. Biegało się - grało w mecze "klasowe". IV B na IV D, IV B na IV A albo C. Po szkole klasowy? - przychodził ktoś z równoległej klasy i zaczynało się organizować drużynę. Mało kto marudził, zostawali po lekcjach prawie wszyscy, czy kto potrafił grać, czy nie. Ale to była dopiero połowa sukcesu. W szkole uczyło się ponad tysiąc dzieciaków i zawsze jakiś WF mógł się akurat na boisku odbywać albo mogli nas wyrzucić uczniowie z klas starszych. Kiedy pokonało się te wszystkie przeszkody zaczynała się gra. Do dziesięciu goli albo do znudzenia... Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte to był już czas, że mieliśmy przynajmniej normalne piłki. Zdarte najczęściej od betonu, szare, pościerane biedronki. Pamiętam swoją pierwszą prawdziwą piłkę - żółtą i ciężką, twardą jak kamień. Dostać tym klocem w żołądek to nie było nic przyjemnego. Lubiłem grać, choć graczem byłem dość przeciętnym. Co zastąpi samotny rajd po skrzydle, co może równać się odważnemu wejściu pod nogi kolegi by wygarnąć mu futbolówkę, co cieszy bardziej niż udany zwód i minięcie rywala, udana bramkarska parada; co daje podobną radość jak siła włożona w strzał, który ląduje gdzieś po poprzeczką? Piłka jest radosną grą, jesteśmy zawsze o krok za piłką, przed piłką, śledzimy jej lot, wychodzimy do niej, przyjmujemy, gasimy,  trącamy... Nie do niczego tego nie da się porównać. Po raz pierwszy od piętnastu lat pograłem trochę i to jest coś, czego ciało nie zapomina, nie zapomina tych dziesiątek, setek, może tysięcy godzin spędzonych na boiskach. Tyle, że okazuje się, że ten rodzaj ruchu, ze sprintem, przyspieszaniem, zwalnianiem - ruch tak naturalny w dzieciństwie sprawia teraz ogromną trudność, bo po kilku minutach jesteśmy dętka zupełna, łydki łapią skurcze, takie, że potem nie można zejść po schodach, nie wspominając o zakwasach. Ale radość niesamowita. No i te boiska - miękka nawierzchnia - teraz dopiero można zrobić ślizg albo rzucić się napastnikowi pod nogi, bez stłuczeń i zadrapań... Są boiska, ale grających mniej.Niż demograficzny i komputery. Z orlikami wygrywa dziś często kolejna wersja FIFY, rośnie pokolenie grubasów i fizycznych łazęg. Jak mając okazję grać na porządnym boisku siedzieć w domu przed komputerem? Nie mogę zrozumieć.

Czterdziesta piąta, luty 2011 r. - nostalgiczna wyprawa przyjaciół z boiska:

video

To na tym boisku graliśmy i to tutaj rozgrywa się wiersz:
***
mrówki walczyły na skraju boiska o ogryzek jabłka
albo pestkę wiśni, zjadały świat kawałek po kawałku,
wyłaziły z chleba, topiły się w zlewie. zresztą nie tylko
mrówki, w ogóle robaki, całe miasto było robaczywe


a ziemia podziurawiona przez dżdżownice, gryzące
smugi czerwca. w każdej szparze mrowiło się życie,
a w tym życiu wiele innych żyć, łańcuszek stworzeń,
niekończące się zapasy śmiertelnych zwiadowców


rozkładu. gdy byłem dzieckiem mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko, widziałem
wiele małych śmierci, widziałem swoją śmierć,
po części, niejasno, w śmierci mrówki, widziałem.


(z tomu Commodore 64) 

środa, 30 marca 2011

Nowy numer Toposu


Ukazał się nowy numer "Toposu". Można w nim znaleźć m.in. mój szkic poświęcony poezji Sławomira Matusza pt. Mistyka smaku. 
Do numeru dołączone są zbiory wierszy Karoliny Sałdeckiej i Wojciecha Kudyby oraz arkusz poetycki Jarosława Jakubowskiego.
Polecam.

wtorek, 29 marca 2011

W obronie Jarosława Marka Rymkiewicza

Jarosław Marek Rymkiewicz o wsparciu poetów (od 5:30 nagrania)

W części mediów próbuje się zatuszować fakt, że sygnatariusze listu w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza wywodzą się z bardzo różnych, nieraz bardzo odległych od siebie środowisk, reprezentują  różne pokolenia, światopoglądy polityczne i literackie.

Kto podpisał list w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza?
Klikając poniżej na nazwiska można dotrzeć do dostępnych w internecie informacji o autorach.

Po publikacji listu do dwudziestu ośmiu sygnatariuszy dołączyli:

niedziela, 20 marca 2011

Jedyne takie pożegnanie


Są momenty, gdy nagle życie zamienia się w opowieść. Staje się wtedy przed swoim życiem i ogląda jak film z pięknym zakończeniem. Taki euforyczny dzień przeżył dzisiaj każdy polski kibic skoków. Cóż może myśleć sześciolatek pierwszy raz zobaczył skoki na olimpiadzie w Sarajewie, pamięta jeszcze na belce Piotra Fijasa i charakterystyczne splunięcie? Który zawsze marzył, żeby skakać, szybować jak Nykkanen i Weissflog? Po latach wielkiej smuty, gdy pojawił się młodziutki góral w dalekim Thunder Bay, włączałem Eurosport zawsze, żeby kibicować rówieśnikowi z Wisły; przeżywać jego sukcesy jak przeżywałbym je sam, gdybym był na skoczni. Coraz wyższe miejsca w PŚ i zwycięstwo w Holmenkollen pojawiało się jak zapowiedź czegoś wielkiego. Tymi zawodami żegnał się ze sportem wielki Weissflog i zaczynała się nowa epoka. Ale przecież nie od razu. Przyszły lata kryzysu i wydawało się, że polskie skoki pogrążą się w beznadziei. Kto wtedy interesował się tą dyscypliną? Marsz w górę zaczął się pomalutku, niezauważalnie. Z Adamem witałem nowy wiek. Adam - to przecież sylwester i Nowy Rok 2000/2001. Zerwałem się po dwóch godzinach snu w Gdańsku-Brzeźnie i biegłem ścieżką wzdłuż morza do domu, żeby zdążyć na Garmisch. -Dokąd się tak spieszysz? - pytali kumple. -Małysz jest w świetnej formie! -A kto to jest Małysz? -pytali. A po kilku dniach już cała Polska wiedziała... To była jedyna taka wiosna - 11 pucharowych zwycięstw i wspaniałej walki o mistrzostwo świata z Martinem Schmittem. Puchar świata, w którym się przewinęło tylu wspaniałych rywali: Schmitt,  Hannawald, Goldberger, Ahonen, Ammann, ale i inni, i Hautameki, Morgenstern, Schlierenzauer i inni, wielu innych. Nowi przychodzili a Małysz pozostawał, ile razy ogłaszano już koniec starego mistrza a tu przychodziły nowe złote, srebne zgłoski z Predazzo, Sapporo, Vancouver. W cieniu Małysza-mistrza rósł Małysz-człowiek i to Małysza-człowieka kochali rodacy. Zawsze umiał zwrócić honor tym, którzy z nim pracowali na jego sukcesy - Tajnerowi, Hannu Lepistoe, innym trenerom i całemu sztabowi. Jedno "trudno" - wypowiedziane dziś łamiącym się głosem przez kolegę ze skoczni Roberta Mateję mówi więcej o Małyszu niż całe dziennikarskie elaboraty i ten tutaj wpis. Patrzyłem na Małysza jako nastolatek, ale i patrzyłem jako facet już po trzydziestce, widząc już powoli smugę cienia zbliżającej się do naszych późnych siedemdziesiątych roczników.  Skąd ten patos w gadaniu o sporcie, o facetach, którzy starają się oddać dwa dobre skoki? Życie nie składa się tylko z realu, ale i z marzeń. A wiele marzeń w tym kraju ten skromny skoczek z Wisły ucieleśniał. I koniec kariery miał wymarzony. Ostatni skok był genialny i jeszcze dał ostatnie w życiu podium. Łza w oku z powodu jego odejścia była połączona z radością - bo wygrał Kamil Stoch. Chłopak, który wyrósł już na marzeniach, które rozbudził Adam. Łamiący głos Szaranowicza oznajmił nam koniec epoki. Ale niech ten dzień trwa, jak zakończenie baśni, jakiejś wielkiej powieści. To było jedyne takie pożegnanie i do tego z telemarkiem.

Mistrzu jesteś wielki! Kończysz karierę, ale ona jest jak atomowe wyjście z progu. Lot przez życie się nie kończy. Niech Ci w nim wiatry sprzyjają!

niedziela, 13 marca 2011

Poeci solidarni z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem

W związku z rozpoczynającym się 17 marca 2011 roku
procesem, jaki Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi wytoczyła spółka Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, stanowczo sprzeciwiamy się próbie ograniczenia w Polsce wolności słowa

Prawo każdego obywatela do głoszenia własnych opinii jest podstawowym warunkiem funkcjonowania demokracji. Kwestionowanie tego prawa w odniesieniu do poety to praktyka haniebna, naruszająca zarówno swobodę obywatelską, jak i dobro polskiej kultury.

Jako poeci i obywatele wyrażamy solidarność z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem i wzywamy związki twórcze, organizacje społeczne, niezależne media oraz wszystkich ludzi dobrej woli do zajęcia podobnego stanowiska.

Wojciech WENCEL
Marcin ŚWIETLICKI
Krzysztof KOEHLER
Marcin BARAN
Marcin SENDECKI
Krzysztof KARASEK
Leszek DŁUGOSZ
Leszek ELEKTOROWICZ
Jerzy GIZELLA
Wojciech KASS
Edward PASEWICZ
Artur NOWACZEWSKI
Szymon BABUCHOWSKI
Karol MALISZEWSKI
Stanisław CHYCZYŃSKI
Franciszek KAMECKI
Sławomir MATUSZ
Jarosław JAKUBOWSKI 
Wojciech BANACH
Artur FRYZ
Marek CZUKU 
Krzysztof KUCZKOWSKI
Przemysław DAKOWICZ
Janusz KOTAŃSKI
Maciej MAZUREK
ks. Jan SOCHOŃ
Roman MISIEWICZ
Jarosław TRZEŚNIEWSKI-KWIECIEŃ

Po publikacji listu do dwudziestu ośmiu sygnatariuszy dołączyli:
Zofia ZARĘBIANKA
Tomasz MAJERAN
Jarosław KLEJNOCKI
Aleksander RYBCZYŃSKI
Józef BARAN
Andrzej Tadeusz KIJOWSKI
Piotr GROBLIŃSKI
Piotr CIELESZ
Tomasz SOBIERAJ
Lech GALICKI
Mira KUŚ
Dobromir KOŻUCH
Bogusław ŻURAKOWSKI
Bohdan URBANKOWSKI
ks. Tadeusz ISAKOWICZ-ZALESKI
Aniela BIRECKA
Jan OWCZAREK
Piotr MÜLDNER-NIECKOWSKI
Elżbieta WOJNAROWSKA