niedziela, 6 sierpnia 2017

Hostel Nomadów już w sprzedaży


Z końcem lipca nakładam Wydawnictwa Iskry ukazała się moja nowa książka - Hostel Nomadów. O czym to? O Bułgarii, którą przemierzałem pieszo w latach 2009-2014.
Gdzie można ją kupić? Na razie znajduje się już w wielu księgarniach internetowych.
Najbardziej polecam bezpośrednio u wydawcy:

Fragmenty książki mozna odsłuchać w wykonaniu Tomasza Borkowskiego na II programie PR



poniedziałek, 31 lipca 2017

Ścinki z notatnika. Sieradz



Po drugiej stronie Warty nie było już miasta. Za piaszczystą plażą, schlastanymi deszczem przebieralniami, za samotną starą wierzbą, zaczynała się zona krzaczorów, ścieżek rozchodzących się w zaroślach jak rozmiękłe dorzecza. Po miejskiej stronie rzeki, w pustym postarzałym parku, zieleń kończyła się na odrutowanych murach więzienia. Gdy z kąpieliska poszło się w górę rzeki, otwierały się inne widoki. Sieradz wyrastał na niewielkiej wyniosłości, dzięki temu, tworzyła się mała panorama z plastrów ogrodów, murów, załomów, nad którymi dominowało solenne, gotyckie cielsko klasztoru urszulanek. Tuż obok niego, w starym Domu św. Antoniego nocowaliśmy z uczestnikami literackich warsztatów. Furtę otwierano o szóstej, zamykano o dwudziestej drugiej. Na małym placyku przed wejściem do klasztoru stał nieduży niezdarny pomnik Jana Pawła II. Nie mógł nabrać formy, jak to, co wypełniało przestrzeń ostatniego stulecia. Ludowy katolicyzm, który zatracił wdzięk ludowych świątków i przemienił się w granit jarmarczny, z epoki mody na lastryko. Za plecami pomnika widać było front Teatru Miejskiego. Sam fakt posiadania budynku teatru (gościł głównie przedstawienia z Kalisza i Łodzi), był jeszcze jednym dowodem historycznego statusu miasta.


Teraz jednak byłem gdzie indziej - szedłem wzdłuż Żegliny. Z mżawki, wyłonili się przycupnięci nad wodą zakapturzeni wędkarze. Na wzgórzu zamkowym, spośród starodrzewu i posadzonego tu niedawno berberysu zamiast średniowiecznych ruin sterczały włazy niemieckich bunkrów, wejście do bazy UFO. Od Wzgórza można było skręcić na niskopienną dzielnicę rybacką, minąć „Rynek Praski” wspiąć się brukowaną pochyłością do starego miasta. Z kolei idąc groblą, zagłębiało się już w krajobraz polskiego niżu. Harmonijnie kończyła się przestrzeń miejska, a zaczynały łąki.


Gdy jedzie przez Polskę, przez ten cały jaskrawy cyrk bilbordów i eklektycznych bez ładu i składu stawianych zabudowań, myśli się o nudzie tego płaskiego kraju. W niej miasto takie jakie jak Sieradz jest jednak wydarzeniem, bo kraj to na tyle duży, że ma zakamarki nie tylko na krańcach i obrzeżach. Nie chroniło to Sieradza przed zarazami, pożarami, a nade wszystko – wojną. Nie tylko tą ostatnią. Pojawiali się tu Tatarzy, Szwedzi i nieoczywiści tak daleko na południu Krzyżacy. Ci ostatni spalili miasto, wymordowali dużą część jego mieszkańców, nie szczędząc kobiet i duchownych. Przeor dominikanów błagał krzyżackiego komtura, którego zresztą znał ze swojego pobytu w Elblągu, o oszczędzenie klasztoru. W odpowiedzi usłyszał w języku Prusów słowo „Ne prest” (nie rozumiem). Jakże pasuje tu fraza Herberta „wrogowie muszą się zmieniać/ nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady”. I tu w zasadzie, mógłbym zakończyć, bo jakże pięknie kończy się Herbertem. Gdy jednak wygrzebie się z internetu  nazwisko elbląskiego komtura –Hermana von Oettingen, można się dowiedzieć, że niedługo potem dostał się do niewoli pod Płowcami. Dostał się i został niezwłocznie – na rozkaz króla Łokietka - wraz z częścią jeńców zamordowany. Tak więc historia nie ma żadnej puenty. Ale jest Sieradz…

piątek, 14 lipca 2017

Gdzieś w drodze do Wałcza


eMPi opowiada o swojej wycieczce na Jurę Krakowsko-Częstochowską, o restaurowanych i zamienianych w hotele zamkach. Nie ma już powrotu do Jury– gdy średniowieczna ruina staje się częścią nowoczesnego decorum, wplątuje się w kontekst współczesności, przestaje być. Zamiast niedopowiedzenia, obojętności na poboczu i romantyczności starych grafik, reklamowy folder i wprowadzanie kapitału. Być może w tym leży klucz naszej drogi do Wałcza. Może jeszcze gdzieś kraj się nie przepoczwarzył, może przyniesie jeszcze smak harcerskiej ekscytacji sprzed trzydziestu lat? W tych okolicach sami wyglądamy jak osobniki nie z tej epoki. Kto tu jeszcze wędruje z plecakami? Gdzie zacząć? Tam, gdzie słabną linie kolejowe, starzeją się dworce. Przemknąć nieużywanymi brzegami lasów, koło wymarłych cmentarzy. Czy nazwy już wsiąkły w ziemię? Ilekroć znajdę się gdzieś na Pomorzu Zachodnim, myślę że dziś to właśnie są Kresy, bo wyrazistsze niż prowizoryczność i tandeta stają się tu cienie przeszłości. Przecież wyobraźnia wciąż patrzy tu wstecz, tu leżą najbiedniejsze polskie powiaty. Może tak już tu pozostanie ludziom żyć w wiecznym nieodzyskaniu?

Wysiadamy w Turowie Pomorskim. Pierwszym obiektem na trasie, który przykuwa uwagę jest pałac w odległych o pięć kilometrów Wilczych Laskach. Po drugiej stronie drogi znajdują się ostatki starego parku, gdzie widać ślady założeń wodnych. Po powrocie do domu na starych pocztówkach znajdziemy nawet staw z łódką. Pałac należał do jakichś von Boninów. Wszystko w czasach, gdy było to Wulflatzke. Niewiele jesteśmy w stanie powiedzieć o historii tego miejsca, więc zagłębiamy się w swoich, rodzinnych. Jak rozgałęzia się nasze pochodzenie i gdzie wiodą ślady rodzin. Rozmowa ma smak nalewki z rokitnika, którą eMPi przywiózł w piersiówce. Zapadamy się w las. A potem docieramy do wsi, której nie ma. Steinforth istnieje tylko na niemieckich cieniowanych mapach. Wieś zaczęli rozbierać sami Niemcy, Sowieci dokończyli jedynie dzieła zniszczenia. Inaczej las. Ten do niedawna nie istniał. Było to pole zryte gąsienicami czołgów sowieckiej dywizji stacjonującej w Bornem. Dopiero po wyjeździe Rosjan, zaczęto teren ponownie zalesiać. Dziś wydaje się jakby rósł od zawsze.



Mamy dojść do Bornego, ale nadciągają chmury. Rozpętuje się burza, ściana deszczu odcina nas na pół godziny od świata w leśnej wiacie. Chwila się zawiesza jak gra, która się „nie wgrała”. Czas osiąga nareszcie swoją długość i gęstość. Deszcz w końcu ustaje i można iść. Mapa podpowiedziała cmentarz radziecki. Spodziewamy się tam grobów żołnierzy z czerwoną gwiazdą. Owszem są. Na pierwszym planie dziwny pstrokaty osypujący się z farby pomnik pepeszy. Ale dalej, w głębi – połowa grobów należy dzieci. Grubo ponad setka dziecinnych grobów. Obok nich zmokłe na deszczu pluszowe zabawki. Na jakim poziomie była tu opieka lekarska? Nie wiadomo, Borne Sulinowo było miastem zamkniętym, a czasy, gdy stacjonowała tu Armia Radziecka na zawsze już pozostaną nierozpieczętowane. Dlatego nie wiadomo, dlaczego tak dużo tu grobów nieznanych żołnierzy, przecież nie chowano tu poległych w walkach. Co kryje się w tych historiach. Czy byli to sołdaci, którym wymierzono wyroki albo dezerterzy?






Borne Sulinowo żyje z nostalgii. Na podwórkach walają się jeszcze kamienie z wyrytymi swastykami, sprzęt bojowy, inne czołgi trwają na cokołach. Na miasto patrzą ziejące pustką okna bloków typu „Leningrad”. W wartowni umieściła się pasmanteria, w innej sklepik z torbami. Sklep spożywczy nazywa się Marusia, ośrodek wczasowy „Galeria PRL”. W scenerii koszarowego miasteczka, na tle wielkich opuszczonych magazynów efektownie wypadają zloty pojazdów militarnych. Nawet lokale gastronomiczne próbują grać na tej nucie – „Restauracja Sasza” w dawnej oficerskiej stołówce. Jest kwas chlebowy, herbata z samowara i kilka dań kojarzących się z kuchnią krajów dawnego ZSRR. Współczesność to przede wszystkim design obsługi krajobrazu. Rozwieszone na murach zdjęcia miasta z czasów koszarowych, informacyjne tablice opisujące Dom Oficera, Willę Guderiana i inne budynki. Z oficjeli dotarł tu chyba jedynie wicepremier jednego z efemerycznych rządów, który w latach dziewięćdziesiątych posadził lipę w centrum. Są też nowe chodniki. Poza pensjonatowo-wczasową częścią miejscowości liczne tabliczki „na sprzedaż” widnieją w oknach i na balustradach balkonów. Mieszkania kupiło tu kiedyś dużo emerytowanych górników. Chcieli mieszkać blisko natury. Dla ludzi w wieku produkcyjnym cisza i spokój to jednak za mało. Kolejne pokolenie nie widzi tu żadnej przyszłości poza pielęgnowaniem retro. A żyć z tego przez cały rok raczej ciężko. Niektórych domów w ogóle nie zamieszkano. Dzikie zielsko sąsiaduje z klombami, w których kiedyś mieszkała jakaś myśl ogrodnicza.


Rano wyruszamy na południe leśnymi drogami. Drogi asfaltowe pozostałe po Armii Radzieckiej wyglądają teraz jak wysychające kałuże. Wychodzimy na Diabelskie Pustacie, Wrzosowiska Kłomińskie. Tu, z niewielkiej wieży, umiejscowionej na szczycie  pagórka widać  pola wrzosu, a za nimi aż po horyzont czubki drzew. Rozległość pustki. Pojemność słowa. Gdy pustać traktować jako pustać zatrzymuję się na krawędzi lasu. Widać nasze plecaki, drogę, którą przyszliśmy i którą schodzić będziemy. Gdy wyobrazić sobie Pustać jako postać z jakiegoś wiersza Leśmiana, coś lub kogoś, jest zupełnie inaczej. Pustać zajmuje się przede wszystkim znikaniem. Zupełnie jak dziewczynka ze współczesnej psychologizującej bajki. Znikała, znikała aż zaczęła wrastać w ścianę. Gdy zaczęła krzyczeć, wyszła ze ściany jej matka, babka, ciotka… Gdyby zaczęła krzyczeć Pustać, wyszliby ze ściany lasu więźniowie jenieckich obozów, ludzie, którzy padli podczas marszu śmierci albo tutejsi Niemcy. Wyszło by bydło, padłe podczas bombardowań, czyjś porzucony pies.


Oddech krajobrazu, rytm swoich oddechów na leśnym dukcie. Wchodzimy do Kłomina. Chcielibyśmy ją sobie wyobrażać jako mniejszą Prypeć, miasto widmo, nietknięte przez nic oprócz czasu, jakąś zonę poza prawem. Ale w Kłominie wita nas dźwięk koparek, odgłos przewalanego gruzu. Rok po roku miasto znika, zostały tu tylko cztery budynki obrosłe chwastem. Wchodzimy do jednego z widmowych bloków, widzimy drzewa samosiejki w rogach pomieszczeń. Chrzęszczą buty na grudkach gruzu, na pokruszonych płytkach. Tak właśnie, coś co miało kiedyś nazwę, już pozostanie puste. Nie znajdzie dalszego ciągu. Koniec świata także ma swój kulminacyjny punkt i chyba już przybyliśmy trochę za późno. Jest jeszcze tylko zaczepienie, mieszczące się w kadrze lub wyobraźni.

Niedaleko za Kłominem dowiadujemy się o istniejących tu obozach jenieckich. Oflagu Gross Born. W środku lasu czytamy z tablicy o historii francuskiego podkopu, o długości 117 metrów, który wyprowadził dwudziestu jeńców na wolność. Nasze wyobrażenie o obozie jenieckim kreowała Eroica Munka. Tu mamy coś więcej niż strzęp starego filmu. Jest przestrzeń, w której stały dziesiątki baraków, apelowe place. Jeńcy polscy zorganizowali tutaj olimpiadę. Z doczytywań dowiadujemy się też, że w oflagu tym więziony był m.in. Witold Wirpsza, który na podstawie swoich doświadczeń napisał „Pomarańcze na drutach”.  Żaden las w tej okolicy nie opowiada po prostu lasu…
W Nadarzycach chwilę odpoczywamy pod sklepem. Na ławeczce obok miejscowych. Miejscowi zdają się zajmować jedynie zbieraniem grzybów. Słychać silniki odrzutowych samolotów. I nagle jak nie huknie! Raz, drugi.
-Zawsze tu tak strzelają? – pyta eMPi.
-Czasami codziennie – odpowiada jeden z panów sączący piwko.
„Czasami codziennie”, czyli codzienność ma wyjątki, ale na ogół…
Nie jesteśmy pewni jak dalej droga będzie przebiegać. Czy szlak będzie oznakowany? Przecież to szlak 4 Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Tego Ludowego. Niechciane są jego walki i bezużyteczne zwycięstwa. Odnieść można wrażenie i że zwykły jego żołnierz, w tym orzełku bez korony, bez sensu błąka się po historii, zostaje wyrzucony na jej śmietnik, złomowisko. Dlatego pytamy o drogę małżeństwa przejeżdżającego obok drogą. Kilometr dalej rozpoznajemy między prętami ogrodzenia psa, który na nas ujadał w samochodzie. Gospodarz podchodzi do furtki i jeszcze raz tłumaczy marszrutę do Zdbic. Okazuje się to jednak zbędne. Znaki odmalowano. I teraz oddajemy się poszukiwaniu zamszonych bunkrów. Idziemy niewidzialną osią Wału, wspiera się o pagórki, blokuje przesmyki, to kryje się, to wyłazi spod ziemi, jeży naprzeciw starej granicy. Budowano go w połowie lat trzydziestych. Miał chronić Niemcy przed atakiem Wojska Polskiego. I Polacy przyszli, co prawda nie jako wojsko przedwrześniowe, ale u boku Sowietów. Jak żadna linia obronna w tej wojnie, i ta nie powstrzymała natarcia na długo. Przełamanie nastąpiło koło Zdbic. Tu właśnie jest camping, na którym mamy zamiar nocować.

Pod sklepem zagaduje nas wesoło mężczyzna w ogrodniczkach.
-Panowie, to co robicie, jest wyjątkowe. Turysta z plecakiem to rzadki widok. Ile to kilometrów dzisiaj? Skąd idziecie?
Opowiadamy pokrótce swoją trasę.
-Robicie wielką rzecz! – mówi z entuzjazmem.
Zwracam uwagę, że mówi elegancką polszczyzną. Dokładnie wymawia słowa. Zaskakuje nas propozycją noclegu. Wahamy się chwilę. Niepotrzebnie. Okazuje się, że po prostu nas zaprasza n nocleg i kolację. Musimy tylko poczekać pół godziny, bo potrzebuje jeszcze zrobić kurs samochodem.
Po pół godzinie znajdujemy się pod jego domem. Jest to wielka murowana budowla szachulcowa z efektownym dachem. Ściany z kamienia, którego szary chłód harmonijnie wpasowuje się otaczającą zieleń. Tak znaleźliśmy się w gościnie u Pana Waldemara.

Nasze graty składamy na werandzie campingowego domku i idziemy nad jezioro. Jest czas, żeby pomoczyć stopy, popływać. Domów na działce są dwa – ten nobliwy szachulcowy, czyli nowy, który wygląda jak stary i ten prawdziwie stary przycupnięty obok, w którym gospodarz mieszka. Przestrzeń między budynkami a jeziorem wypełnia sad i ogródek warzywny. Prosto z grządek dostajemy do łuskania bobu, który za chwilę zjemy na kolację. Na małym stoliku w cieniu owocowych drzew gospodarz rozkłada talerzyki i serwetki. Oprócz gotowanego bobu zajadamy gotowane kacze skrzydełka.
-Widzę, że chce pan o coś spytać – uśmiecha się do mnie Pan Waldemar. -Dlaczego buduję taki dom?
-Nie tyle o dom. Tylko o styl. Skąd taki pomysł na życie– odpowiadam
Chwilę się zastanawia. Nie chciał żyć w mieście. Wybrał życie tutaj, gdzie nie ma radia, telewizji, internetu. -To przyszło do mnie dość wcześnie – mówi –  jak miałem dwadzieścia sześć, może dwadzieścia osiem lat… Kupiliśmy tę działkę w 1989 roku. W tamtych czasach ludzie, którzy mieli kapitał kupowali pałace, potem zresztą wiele z nich doprowadzili do ruiny. A ja postanowiłem zbudować swój dom od postaw… Takich tu nie budowano, te okolice zawsze były bardzo biedne. Mój powstał na wzór domu, który znajduje się pod Rzymem.
W tym kawałku świata, który należał do Pana Waldemara jego osobowość nadawała otoczeniu ład i że ten skrawek półwyspu nad małym jeziorem w Zdbicach był jak niepodległe państwo niepoddające się zmiennym albo chwilowym trendom. Ludzie budowali swoje domy, by się nimi popisywać przed otoczeniem, prowadzić tu życie sytych sybarytów. On zdawał się bardziej angażować w sam proces tworzenia, jak artysta, który chce dopracować wszystkie detale. Nawet ścieżki, którymi przemykał po posesji były cieniste, dla człowieka pracującego cień jest bardziej pożądany niż męczące słońce. Na słońce przyjemnie było patrzeć wieczorem, gdy chyliło się ku zachodowi, po drugiej stronie jeziora, spomiędzy drzew w sadzie. Ogród służył zarazem do pracy, jak i jako tło, plener. Urzeczenie gospodarza starymi osiągnięciami cywilizacji miało też fundament z kultury. Jak to pisał Bobkowski – „cywilizacja i kultura, to tak jak hasło i odzew na ćwiczeniach wojskowych”, coś wzajemnie sobie odpowiadającego; coś, co jedynie razem jest kompletne. Świat rzucił hasło cywilizacji, ale nie uczy już ludzi odzewu kultury.
Okazało się, że aktywność gospodarza wykraczała poza własne opłotki.
-Ostatnio kosiłem trawę koło niemieckich grobów. – zaczął opowiadać. -I widzę, że ktoś mnie pozdrawia. Skinąłem głową. A ci ludzie nadal coś do mnie mówią. Zgasiłem kosiarkę. Okazało się, że to Niemcy.
-To dziwne, że mnie pozdrawiacie.
-W naszych okolicach, na wsi jak ktoś pracuje, to się go pozdrawia – mówią.
-I u nas tak było, mówię im, ale teraz już nie.
Później widocznie postanowił, żeby nasza rozmowa weszła na inny pułap:
-Gdańsk kojarzy mi się z festiwalem muzyki barokowej – rzucił hasło.
-Faktycznie, to wspaniały festiwal – potwierdził eMPi.
-A teraz, panowie, zagadka, skąd zawsze znam cały jego program, skoro nie mam tu żadnych mediów?
-Od kogoś?
-Mogę korzystać jedynie z prasy.
-…
-Podpowiem jest tygodnik.
-To pewnie z „Tygodnika Powszechnego”…
-Tak, czytam „Tygodnik” od deski do deski, kiedy tylko mam czas.
Z wrażeń koncertowych, rozmowa zeszła na nasze czucie muzyki, i własne literacko-muzyczne próby, które pozwalały patrzeć na muzykę „od środka”.
Wieczór powoli się kończył, myślałem o naszej wycieczce jak improwizacji, w której trzeba wykorzystać wszystkie słyszalne tony, wejść w nią. Zgranie zespołu wędrujących. Tempa. Nastroju. Odpowiedzi na sygnały przychodzące z zewnątrz. Na przygodność. To tutaj spotkanie, które wieńczy dzień, czyni samą małą wyprawę niepowtarzalną. Tworzy utwór, który zapiszemy na swoich płytach, twardych dyskach, będziemy w stanie odtworzyć, wrócić do jego barw i tonów.
Pan Waldemar jakby to wyczuł.
-Chodźcie. Pokażę wam coś, co się panu Arturowi przyda do kompozycji. Zdejmijcie buty, bo nie mam czasu na sprzątanie.
Weszliśmy boso do starego domku. Było to miejsce surowe. (Zawsze tu mówią „AAAle ma tu pan pracy….” - skomentował Pan Waldemar). Mieszkanie przypominało warsztat pracy jakiegoś aktywnego mnicha. Dużo sakralnych obrazów na ścianach, w przechodnim pokoju stół, na którym leżał przerwane w połowie jakieś pismo. W kącie Chrystus frasobliwy. Atencja dotyczyła też winylowych płyt.
Przez chwilę zdawało się, że gospodarz sięgnie po jedną z nich, będzie to coś ambitnego, muzyka poważna jak obrazy Vermeera. Usiedliśmy na kanapie, a on wsadził do kieszeni cedek, podkręcił głośniki i cały dom ogarnęła teraz muzyka Melody Gardot. Trzeba czuć w sobie melodię, której nic z zewnątrz nie zagłuszy. Nie podepcze. I tak, Waldemar pokazał nam kawałek swojego świata, rąbek duszy, a potem… wrócił do swoich zajęć, my zaś jeszcze wypiliśmy piwo na małym pomoście w zatoczce trzcin.

Kulminacja naszej wyprawy już nastąpiła. Trzeci dzień miał być początkiem powrotu do zwykłych światów. Wkradło się znużenie, do południa, maszerowaliśmy głównie milcząc, kolejne omszałe bunkry nie robiły już na nas takiego wrażenia. Szlak meandrował po stokach wzgórz, gubił się w gąszczu. Myśleliśmy intensywnie o Wałczu, który wyrósł jak cel – miejsce, gdzie będziemy kończyć wędrówkę. Starczyło jednak motywacji na zdemontowaną trasę wąskotorówki, która byłaby idealnym plenerem dla nostalgicznej prozy Huellego. Na stokach było widać osuwające się bunkry. W skansenie zaś mogliśmy przyjrzeć się od środka grupie warownej, przebyć korytarze, poznać rozkład pozycji, której broniło pięćdziesięciu ludzi.


W Wałczu początkowo bezskuteczne poszukiwanie miejsca, gdzie można by zjeść. Nic nie było w okolicy dworca, ani jednej budy z zapiekanką, kebabem. Martwa przestrzeń, poniemieckie niemiejsce, z dworcem zamkniętym na kłódkę, bez kasy i poczekalni, nawet ławki z peronu poddane były renowacji. Pod ponurą ceglastą ścianą dworca siedziała młoda kobieta i puszczała na cały regulator „Ona tańczy dla mnie”. Na szczęście po drugiej stronie torów znaleźliśmy „Bar na Bunkrze”. Byliśmy u celu. Cieszyliśmy się dwiema godzinami w Wałczu jak studenci mający jeszcze na wszystko czas w plenerach swojej młodości. A potem trzeba było wracać. Lśniący nowością, świeżo po renowacji dworzec w Pile wyglądał jakby pochodził z innego kraju albo zaboru. W pomieszczeniu obok kawiarenki odbywał się fotograficzny wernisaż. Przyjęliśmy ten nagły przeskok ze spokojem. Przecież wystarczyło wyjechać z Piły, by znów znaleźć się w polskim nigdzie, gdzieś nad brzegiem Noteci.



(10-12.07.2017)

poniedziałek, 22 maja 2017

„Bajdarką” przez Kanał i Niemen do Druskiennik


Piątym szczepem litewskim, może najmniej licznym, byli właśnie Jadźwingowie. Lud ten dziki, napastniczy i bitny, ze swego gniazda (którem były bagniste puszcze i brzegi jezior w okolicy dzisiejszego Rajgrodu, Augustowa i Suwałk, położone na północ rzeki Leki, przezwanej następnie Łykiem), korzystając z pasma lasów, odgraniczających Mazowsze od Rusi, wbijał się ku południowi po tym szlaku klinem między Mazowszan i Ruś. – pisał w Geografii ziem historycznych dawnej Polski Zygmunt Gloger. Nazwę Jadźwingów wywodził on od litewskich wyrazów:  i winge lub wingis. Pierwszy znaczy za, a dwa ostatnie oznaczają: kąt, węgieł, stąd uzwingis znaczyłoby to samo, co mieszkaniec zakątny, pokucianin pobereżec. No więc razili póki mogli Jadźwingowie swoich sąsiadów zza węgła. Przemykali pasmami lasów– by nagle wychynąć, a to w Ziemi Chełmińskiej, a to w Małopolsce, paląc i mordując. Trwali tu, aż sprowadzeni przeciw nim i ich ziomkom Prusom Krzyżacy nie wyrżnęli ich w pień. Ich wódz Skomand uciekł na Litwę, ale potem wrócił i służył Krzyżactwu, prowadził je na Grodno niczym indiański przewodnik wojska Custera przeciw Siuksom.
Fot. Bartosz Januszewski

Dawna ziemia Jadźwingów nieraz jeszcze miała nasiąkać krwią. Dzisiaj kompleks leśny, choć już nie tak zwarty rozciągał się na czterdzieści kilometrów wzdłuż i wszerz. Mapa Puszczy Augustowskiej upstrzona była miejscami bitew. 1863, 1939, 1944. Starcia, potyczki. Powstańcy styczniowi, cienie Września, Burza zwiastująca nadchodzącą godzinę W.
-„Skwawione ziemie” – skwitował Bart. – A o Obławie Augustowskiej słyszałeś?
Płynęliśmy kajakiem wzdłuż brzegu jednego z jezior, które łączył Kanał. Wiosna była wyjątkowo spóźniona w tym roku. Koniec kwietnia, ale żadnych oznak majówki. Drzewa nie zdążyły się zazielenić. Trwały ponure, nieruchome, rozsnuwając wokół lodowaty cień. Chmury przesłaniały niebo, ziąb szedł od wody - można było sobie wyobrazić, że to nie okolice Suwałk, lecz jakaś Karelia, rosyjsko-fińskie pogranicze, krajobraz w zasiągu Kalevali.
Nie słyszałem o Obławie. A przynajmniej nic konkretnego. Największa zbrodnia Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II wojny światowej. Lipiec 1945. Odziały Armii Czerwonej przy pomocy UB i WP przetrząsają dokładnie wsie i okoliczne lasy. Aresztują każdego, na którym może spocząć cień podejrzenia współpracy z niepodległościową partyzantką. Dwa tysiące osób zostaje zatrzymanych. Część po przesłuchaniach i torturach zwolniono. 250 Litwinów zostaje przekazanych litewskiemu NKWD. Około 600 Polaków zostało wywiezionych w nieznanym kierunku. Nie wrócił nikt.
NIKT. Nikt nie wie, gdzie zginęli. Gdzie są pochowani. Są tylko plotki, pijackie bredzenia. Jakby nastąpiła utrata świadomości. Po przebudzeniu brakuje sześciuset ludzi. Świat przechodzi nad tym do porządku dziennego. Nie takie liczby mordowano jeszcze niedawno. Co znaczy sześćset w tą czy tamtą.

Fot. Bartosz Januszewski

Przyjechaliśmy przepłynąć Kanał Augustowski, przekroczyć granicę na wodzie, przedostać się na drugą stronę lustra, gdzie prowadzi „Awgustowskij Kanał”. Stare śluzy, architektoniczny ład – upewniały nas jednak, że nie ma mowy tu o przekraczaniu granic – jedna i ta sama kultura materialna zrodziła ten cud inżynierii. A gdyby były wątpliwości wystarczyło czytać podpisy, daty z trzeciej dekady XIX wieku. Generał Prądzyński nie tylko potrafił dowodzić na polu bitwy, ale i zbudować coś trwałego. Zaraz zaczynamy dyskusję o powstaniu listopadowym. Czy miało szanse? I wspominam czytaną dwadzieścia lat wcześniej książkę Jerzego Łojka.
Śpimy pod namiotem. Jest cholernie zimno. Mokro nie udaje się rozpalić ogniska. Bart jest uparty. Chucha i dmucha. Zużywamy połowę zapasu chusteczek higienicznych, ale na próżno.
W nocy wychodzę za potrzebą. Gdy wracam do namiotu – snop światła z czołówki pada na otwartą kosmetyczkę Barta. W niej świeci się coś psychodelicznie.
-Co to?!
-A… Aga nam dała. Powiedziała – macie – Bart wyjmuje z kosmetyczki dwa wielkanocne zające. Mówię jej – zostaw dzieciom. Dzieci już się po uszy objadły tymi zającami, ona na to. No więc są. Na koniec można zjeść, jak się wszystko uda.

Rano, gdy wypływamy w dalszą drogę, widzimy, że po drugiej stronie kanału – niecałe sto metrów od nas znajdowała się karczma. Można było więc było tam się ogrzać i wypić coś mocniejszego. Cóż – nasze frajerstwo…
Drugiego dnia jest trochę rozpogodzeń. Na jednym z postojów wyłania się z lasu Straż Graniczna. Mówią tylko dzień dobry i mierzą nas wzrokiem. Nasz kajak, i kaptury -wyglądamy jak krzyżacka służba, jakieś pokręcone knechty, które zapuściły zagon na jaćwieskie ziemie.
Śluzowanie zawsze robi wrażenie. Cała operacja trwa z dziesięć minut. Poziom wody nieraz opuszcza się o trzy metry. Jest tak zimno, że praktycznie nie widać żadnych kajaków. Jest rodzina Ślązaków płyną na takich jak nasze kajakach Szota. Ale spływ kilkudniowy odbywamy tylko my.
-O sezon na kajaki już się zaczął? – ni to pyta, ni stwierdza chłopak w sklepie, gdzie kupuję na wieczór butelkę pigwówki. Przyszedł tu asystować dziewczynie za ladą. Takie ładne młode ekspedientki zawsze mają towarzystwo…
Nie na wszystkich śluzach się zaczął. Na niektórych trzeba było dokonywać przenosek. Dlatego dobrze jest się wbijać za barką motorową "Svoboda", którą płyną do Grodna starsi panowie, tak jak my wykorzystujący ukaz Łukaszenki o ruchu bezwizowym.
Wieczorem biwakujemy na dziko, nie mogąc znaleźć pola biwakowego. Za jakimś zakolem rzeki, na stromym brzegu. Dalej zaczyna się ściana lasu i widać zarysy rowów strzeleckich, okopów, z czasów wojny. Zapewne tutaj zaczynała się Operacja Barbarossa. I przez lasy przewaliły się kolejne wojska. Noc jest księżycowa, ale mroźna. W luku kajaka znajdujemy nad ranem lód. Na trawie osiada szron.
Fot. Bartosz Januszewski

Granicę przekraczamy trzeciego dnia w Rudawce. Jedyne rzeczne przejście na wschodniej granicy Polski. Od pewnego momentu jeden brzeg jest jeszcze polski, drugi białoruski. Widać słupy graniczne.  Odprawa nie trwa krótko, wszystkie papiery i ubezpieczenie załatwiła firma Szot, od której wynajęliśmy kajaki. Wszystko tam opisane – „spław bajdarką” na „Awgustowskomu kanału so szliuzowanijem i noczlegom na turitskoj bazie Nemnowo”. Potem nasze „bajdarki” kierują się na rzekę Nieman, w Priewałkie przekraczamy granicę białorusko-litewską i płyniemy do Druskiennik.
Białoruska część kanału i rzeka Hańcza robią z początku ponure wrażenie. Drzewa, krzaki i nadbrzeżne zarośla wycięto. Widzimy więc tylko wykorzeniony piach. Za nim od czasu do czasu objawia się wioska, gdzie dominuje drewniana zabudowa. Nawet Związek Sowiecki nie zdążył zmienić tych lasów, za blisko do granicy, do zasieków, kolczastego drutu, strażniczych wieżyczek. W cieniu granic mogła się rozwijać przyroda. Teraz dopiero, jak granicę otwarto, brzegi postanowiono ogołocić. Przed Dąbrówką jednak krajobraz robi się bardziej przyjazny. Wysokie zalesione brzegi. Widać, że poprowadzono po okolicznych pagórkach ścieżki, na widokowych pomostach można zobaczyć ludzi, którzy świętują 1 Maja.
W Dąbrówce odpoczywamy dobrą godzinę, łowiąc promienie słońca. Nad rozlewiskiem porozstawiano wiaty, sporo gości z Grodna, romantyczne parki przechadzają się brzegiem, dziewczyny jak to tutaj często na szpilkach, nie w strojach sportowych. Na drodze do Niemnowa znów wypływamy z lasu na otwarty teren. Przed ostatnią śluzą czeka nas przenoska, do małej rzeczki Ostaszanki.

Ostaszanka jest wartka. Wije się między kilkumetrowymi stokami. Światło już słabnące wieczorne. Niedaleko przed nami na brzegu pojawia się bóbr, by z widowiskowym pluskiem zniknąć w wodzie. Baza Niemnowo, o której mówił nam wcześniej Darek z Szota to rzeczywiście dobrze przygotowane pole biwakowe. Nasza krzątanina na brzegu nie uchodzi uwadze miejscowych. Podchodzi młode małżeństwo. Próbuję zagadnąć do nich po rosyjsku, ale okazuje się, że oni są miejscowi. Miejscowi Polacy znaczy. Jak zresztą większość ludności w rejonie Sopoćkiń. Na dobrą sprawę jest tak jakbyśmy z kraju nie wyjechali. Pytają czy nie chcemy przenocować w domu. Pozostajemy jednak przy namiocie. Po dniach marznięcia, przecież można tu rozpalić ogień i grzać się przy ognisku.
-To wszystko możecie palić, to dziadostwo – mówi gospodarz. Pokazuje stertę śmiecia, resztki jakichś szop, dykty, jakieś flaki komórek, z których sterczą gwoździe. Pod ścianą szopy stoi też resztka przykładnie poukładanego drzewa.
-Siekierki nie chcecie?
Uznajemy jednak, że to, co jest w zupełności nam wystarczy. Krążę jeszcze po krzakach w poszukiwaniu gałęzi. Szybko staje namiot i wysiłki przy ognisku zostają uwieńczone sukcesem. Płomień strzela wesoło w górę. Z przeciwnej strony rzeczki jakieś dwieście metrów od nas patrzy na nas strażnicza wieża. To tak, żebyśmy nie poczuli się do końca jak u siebie. Słychać szum wody. Co jakiś czas bóbr plaśnie z impetem w wodę, jakby ważył bez mała sto kilo. Wypalają się powoli tematy, zapadamy w nieskrępowane milczenie, słuchając trzasku ognia. Pigwówka zamyka oczy. Gdy budzę się o pierwszej, ognisko dogasa. Gdzie patrzeć? Co jest realniejsze? My jesteśmy. Ale za zasięgiem światła bijącego od paleniska, zaczyna się ciemność, w której spoczęły wszystkie dawne czasy, z której jakieś nowe pewnie się wyłonią, w staro-nowym, znajomym, a jednak obcym kształcie.

Fot. Bartosz Januszewski

Rano wysypiamy się i ruszamy późno. Ostaszanką do Niemna jest może z kilometr.
Ruszamy dość szybko, jeszcze do końca się nie obudziłem, myśl jest senna, ale nurt dość wartki. Widzę wystającą spod wody gałąź i mówię „gałąź”, siedzący za moimi plecami Bart reaguje kierując kajak bliżej środka rzeki. Dziób ledwo muska gałąź, ale kilkanaście centymetrów pod wodą znajduje się grubszy konar zdradziecko wyciągając swoje macki w naszym kierunku. Kajak zatrzymuje się na przeszkodzie. Momentalnie obrata burtą do nurtu. Mocne bujnięcie, jeszcze rozpaczliwy ruch wiosłem i słyszę głos Barta:
-Toniemy!
I widzę jak wyskakuje z kajaka, ląduje w wodzie po pas.
Kajak, duża komfortowa jednostka, nabiera szybko wody. Wyskakuję i ja, ląduję w wodzie.
-Obracamy go! Musimy go obrócić! – krzyczy Bart.
Udaje się nam obrócić kajak. Wylewa się woda, ale i nasze rzeczy, które lekkomyślnie – pewnie swego, słabo zabezpieczone, zaczynają wypływać na powierzchnię. Wyrzucamy paki jedne po drugich na brzeg.
I wtedy, niespełna dziesięć metrów od nas, w dół rzeki spod wody wynurzają się nasze termosy. Wesoło chyboczą się na wodzie. Bart robi ruch jakby chciał po nie skoczyć, ale jest za późno. Przepadło.
-Pobiegnij zobaczyć dalej, czy jest gdzieś wypłaszczony brzeg, bo tu nie da się go wyciągnąć – komenderuje mój przyjaciel.
Drapię się po skarpie do przemoczonych spodni lepi się piach i muł. Za zakrętem jest kawałek płaskiej łąki z dostępem do wody. Teraz Bart wsiada do kajaka i płynie tam, a ja przenoszę pakunki lądem. Wyglądam żałośnie. Chlupocze w butach, przesiąkam zapachem wody. Ostaszanka staje się teraz namacalna węchem. Rzucam klump zmiętych rzeczy obok kajaka. Na wierzchu ląduje przemokły, świecący się kolorowo wielkanocny zając – i uśmiecha się do mnie durnie.
Ruszamy więc dalej milczący i źli. Skupieni, by znów nie wylądować w wodzie. I nagle za jednym z zakrętów srebrzy się mój termos zaplątany w krzaczory. Chwytam go szybkim ruchem i humor od razu się poprawia. Termos Barta niestety nie odnajduje się. Poprzez ciemniejszy kolor trudniejszy był do dostrzeżenia. Na dodatek, to właśnie w nim znajdowała się herbata, którą mieliśmy się grzać na Niemnie.
Teraz nie ma co marudzić. Do Druskiennik ponad trzydzieści kilometrów wodą. A po drodze jeszcze odprawa. Chwilę potem otwiera się przed nami przestrzeń. Niemen.

Fot. Bartosz Januszewski
Robi wrażenie ta rzeka, tak duża, a o tak dzikich brzegach. W przeszłości często graniczna, między Prusami a Rosją, więc opuszczona przez ludzi. Po paru kilometrach po lewej mamy brzeg litewski, po prawej białoruski. Miejscowości pojawiają się z rzadka na wysokich brzegach. Trochę mężczyzn na rybałce. Nie wiadomo, czy po cywilu, czy na służbie. Ta rzeka, która płynie na niżu ma miejscami tak strome brzegi, że aż dziw. Tak ją zapamiętałem, gdy przekraczałem ją po raz pierwszy pieszo – jedenaście lat temu mostem w okolicy Merecza. Nagle wyszliśmy z lasu i powietrze stało się świeższe, przestrzeń można było poczuć w samych płucach, Niemen płynął kilkadziesiąt metrów w dole. A pielgrzymka nie zatrzymywała się, rozpędzona masa, w śpiewie przechodziła na drugi brzeg. Myśl o tym, że wspaniale byłoby płynąć tą rzeką w kajaku, pojawiła się nieśmiało wtedy. Teraz stała się realnością. Więc mogłem zapomnieć o tym, że jestem zziębnięty, brudny i mokry, cieszyłem się krajobrazami, machaliśmy dziarsko wiosłami. Spychało nas niekiedy w stronę brzegu, ale miejscami trafialiśmy w główny nurt i wtedy drzewa migające nam po obu brzegach mierzyły na prędkość.
-Tylko nie przegapcie tej wieży w Priwałce – brzmiał nam w głowach głos Darka -Nie wiem jak ją można przegapić, ale takie przypadki się zdarzały. Może to wygląda niepozornie, człowiek myśli, że to jeszcze nie to, a potem okazuje się, że jednak. A wtedy – na Białoruś już więcej nie wjedziecie, bo oni traktują to jako nielegalne przekroczenie granicy.
No więc pilnujemy się. Na białoruskim przejściu czeka nas delegacja. Trzech ze Straży Granicznej i jedna celniczka. Witają nas serdecznie.
Dwóch znika z naszymi paszportami w budyneczku. Jeden z nich zostaje z nami. I celniczka.
Dokąd płyniecie? – pyta.  Mówi płynnie po polsku. Pyta czy nie za wcześnie na spływy.
-Latem tu byś przyjechał – mówi do Barta. – Żonę masz?
-Mam, ale moja żona w domu.
-Żonę zostawił w domu, „druga” wziął na katastrofę – dodaję wyłażąc z kajaka.
Wszyscy się śmieją.
-Wypadek – zauważa pogranicznik.
-Ano. Zdarzyło się. Na Ostaszance. Tam koło Niemnowo taka mała rzeczka. A pan dobrze mówi po polsku…
Białorusin uśmiecha się spod swojej wysokiej czapki:
-Nauczyłem się oglądając telewizję. Czterech pancernych się patrzyło. I smerfiki… Potem na granicy stałem, z z tirowcami rozmawiałem. A teraz tu – nie ma językowej praktyki…Polaków prawie nie ma. A Litwini to po rosyjsku, ich język bardzo trudny….
-wymienia jakieś trzy litewskie zwroty -To tyle mojej znajomości litewskiego…
-Pewnie mały ruch, pierwszy kajak dzisiaj – zagaduje Bart.
-Pierwszy w tym roku! – śmieje się mundurowy.
-Gdyby nie ta granica, to powstałby tu kurort, drugie Druskienniki. Za Związku Radzieckiego już zaczęli budować. Ale potem Związek się rozpadł…
-Chcecie coś zadeklarować na granicy? – pyta po rosyjsku dziewczyna, ale takim głosem, że wiemy – żartuje. -Nie? Alkohol? Narkotyki? Nic? – śmieje się.
Ich koledzy przynoszą dokumenty.
-No to zadzwonimy do Litwinów, żeby do was wyszli – mówi nasz rówieśnik, co oglądał po polsku Smerfiki.
Pomagają nam zepchnąć kajak na wodę i życzą wszystkiego najlepszego.
Litwini na drugim brzegu po chwili faktycznie wychodzą. Widzimy ich z daleka. Taka sama delegacja. Trzech ze straży i celniczka.
-Do nich to chyba po angielsku trzeba się odezwać – zastanawiamy się.
-Dzień dobry! – rozprasza nasze wątpliwości najstarszy z celników, gdy już przybijamy. Też mówi płynną polszczyzną.
Wszystko się powtarza, tyle, że sprawdzanie dokumentów jest dużo krótsze.
Znów opowiadanie o porannej przygodzie i znów jesteśmy miłą odmianą w tej nudnej chłodnej wiośnie nad Niemnem. Jest tak swojsko, jakby mundury były tylko elementem jakiejś gry terenowej, po końcu której wszyscy mielibyśmy iść na piwo.

Wsiadamy do Kajaka. Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się zapowiedź Druskiennik. Na wysokim brzegu sterczy masyw zadaszonego narciarskiego stoku. Lądujemy pod mostem, zaczepiają nas wszyscy przechodnie, którzy są Polakami na majówce. Wkrótce zajeżdża po nas samochód Szota. Opowieści będziemy mogli kontynuować zaproszeni do wieczornego grilla, Bart będzie brylował znajomością ślonskoj godki i nie będzie się nam chciało jechać, będzie się nam chciało być… 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Do tych co czytają

"Nie boli mnie nigdy krytyka, a interesuje. Boli mnie tylko niezrozumienie"
Jerzy Giedroyć w liście do Andrzeja Bobkowskiego

Ludzie przyzwyczajają się do czyichś poglądów – bardziej niż sam zainteresowany. Raz przyczepią jakąś łatkę i są później wierni temu wyborowi. Od środka, od strony głównego bohatera wygląda to zupełnie inaczej – to dynamiczny, żywy proces. Coś kumuluje się bardzo długo, a potem wystarczy jedna kropla, żeby przeważyć. Nie tyle poglądy się zmieniły, bo jeśli tylko ktoś jest wierny swoim zasadom – to jest tu jeden constans, kręgosłup; ale zmieniło się umocowanie, obudowanie tych poglądów, zasad. Oczywiście większość ludzi pozostaje na poziomie powierzchownych płycizn; powtarzanych sloganów, trzymania z jednymi przeciw drugim, większość ludzi chce się utwierdzać i utwierdza się w twierdzach podobnych im powierzchowności. Także powierzchowne i teatralne są ich wolty i zdrady. To z jazgotem takich osobowości, które nie mają w gruncie rzeczy nic do zaoferowania wciąż musimy się stykać, to nimi jesteśmy epatowani. Można całe życie czytać rzeczywistość jak kryminał – poszukiwać ręki mordercy. Ale rzeczywistość nie jest kryminałem, ani melodramatem, rzeczywistość jest jak – dajmy na to – Doktor Żywago, skomplikowana, wielowątkowa, pełna fatalizmu, niechcianych przypadków, jest sumą błędów i niespełnień. Z własnym nagromadzonym przez lata rozpoznaniem rzeczywistości pozostajemy sami – bo jest ona nieprzekładalna, jest tylko nasza, tylko dla nas jest aktem dramatu.

środa, 29 marca 2017

Spotkanie autorskie we Wrocławiu

6 kwietnia (czwartek) o godz. 19:30 we wrocławskim klubie poetycko-muzycznym Pieśniarze (Ul. Szewska 68 a) odbędzie się moje spotkanie autorskie, które poprowadzi prof. Dorota Heck. Po spotkaniu wystapi kwartet smyczkowy ,,na strunach głosowych i nie tylko" - nie tylko bo będzie także kilka piosenek...

Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Artur Nowaczewski - nowa strona na facebooku

Pierwszy blog założyłem jedenaście lat temu, pod obecnym adresem pozostaję sześć lat. Czasy się zmieniają.  Blog na blogspocie pozostaje bez zmian, od czasu do czasu będę tu wrzucał - zwłaszcza dłuższe teksty, ale częstsze aktualizacje (zdjęcia, wypisy z książek, komentarze etc.) będą się ukazywać na mojej stronie na facebooku: Artur Nowaczewski: pisarz, na którą zapraszam.

piątek, 27 stycznia 2017

Dziadek, Bałtyk, Wieczno

           
                                                                         Fot. Archiwum MIR

         Morze? Długo jedynie dystans, niechęć, obawa. Wszystko z powodu ekologicznej katastrofy. Z dzieciństwa zapamiętałem najbardziej obraz zwałów czarnych, śmierdzących glonów, wymieszanych z wyrzucanymi przez fale na brzeg śmieciami. Mogłem na ten skażony Bałtyk jedynie popatrzeć, nie wolno mi było w nim zanurzyć stopy. Pierwszym morzem, które poczułem wszystkimi zmysłami stało się więc Morze Żółte. Inne od naszego, z inną barwą wód, z kamienistym dnem i skalistymi klifami. Jeździliśmy nad nie, gdy tato pracował w Korei Północnej. Ono również mnie jednak nie zachwyciło – poraniłem sobie stopy o ostre ułomki skał i muszli zalegające na dnie. Dopiero potęga Morza Japońskiego i piaszczysta plaża w Wonsanie wprawiły mnie w zachwyt.

       A potem –  powrót nad Bałtyk. Gdańsk był dla mnie zawsze miastem odwróconym od zatoki. Morze znajduje się gdzieś na rogatkach miasta i przez całe miesiące można go nie widzieć. W Gdyni, gdzie teraz mieszkam, jest inaczej: widać je już z peronu kolejki, bo idealnie prosta ulica 10 Lutego wpada w Skwer Kościuszki. Szerokie modernistyczne ulice, morska bryza i widoki na gdyńską marinę z lasem jachtowych masztów odcisnęły się w wierszu „Amsterdam”, zainspirowanym piękną pieśnią Jacquesa Brela.

      Jednak to najgłębsze i najbliższe morze było we mnie – i w naszej rodzinie –  obecne od zawsze: od śp. dziadka Bronisława Bogdanowicza. Dziadek, kapitan żeglugi wielkiej, wyłania się z mojej pamięci jako archetypowy wilk morski. Gdy miałem pięć lat, podał mi do jedzenia śledzie w oleju. Byłem tym bardzo przejęty: – skoro dziadek je śledzie, to znaczy, że jedzą je prawdziwi mężczyźni. W przypływach dobrego humoru opowiadał o zabawnych historiach z lat pływania, ale ciężka praca w rybołówstwie dalekomorskim miała dla niego więcej cieni niż blasków. Patrzył na nią trzeźwo, na pozór bez sentymentu, jednak dało się odczuć, że kochał ją surową i dyskretną miłością. Wystarczyło posłuchać, jak mówił o swoim ulubionym statku, małym trawlerze „Wieczno”:  „Czasem chce się go pogłaskać”. Dlatego nazwa „Wieczno” do dziś brzmi dla mnie jak sacrum – wieczność konkretna jak pokład. „Szczęśliwy statek” – pisał w pamiętniku  – "masę razy chodziliśmy przez Atlantyk, przeżyliśmy na nim cztery huragany".

      Nazywano go borsukiem, bo rzadko opuszczał swoją kajutę. Kiedy już jednak stanął na mostku, potrafił z niego nie schodzić przez 72 godziny... Były też sytuacje, w których zachował się jak bohater, ale nigdy się tym nie chwalił. Babcia przechowuje książkę Stanisława Rymaszewskiego Wykarczowani zza Buga z dedykacją autora, który w celach badawczych pływał kiedyś na „Wiecznie”. Dedykacja brzmi: Drogiemu Bronkowi Bogdanowiczowi Kapitanowi ż.w. z wdzięcznością za manewr m.t. Wieczno, którym 21.VI.1971 uratował życie siedmiu z wywróconego w sztormie pontonu (niemieckiego m.t. Eisbar) na północ od Islandii.  Jednym z nich jest autor tej książki, Bóg zapłać Kapitanie!"

       Byłem z Dziadkiem Bronkiem serdecznie związany. To on wielokrotnie polecał mi książkę Karola Olgierda Borchardta Znaczy kapitan, ale ja nie lubiłem wtedy marynistyki  i za jego życia nigdy po nią nie sięgnąłem. Borchardt był nauczycielem dziadka ze Szkoły Morskiej; kontakt utrzymywali także po jej ukończeniu. W latach siedemdziesiątych, gdy dziadek Bronek był bliski śmierci, Borchardt odwiedził go w szpitalu i tchnął nadzieję powrotu do życia.  Był więc dla nas autor Szamana morskiego postacią jakby „rodzinną”, realną, bliską.

       Ale Znaczy kapitana zacząłem czytać dopiero po śmierci dziadka, jakby chcąc w ten sposób porozmawiać z nim jeszcze, przyswoić sobie jego duchowe wartości. To książka o więzi, która zawiązuje się między młodym oficerem a kapitanem. O uczniu i mistrzu, ich męskiej przyjaźni. Płakałem czytając o śmierci „Znaczy Kapitana” i były to moje pierwsze od dzieciństwa łzy nad książką.  Znalazłem na jej stronicach prawdziwych mężczyzn, którzy brali na siebie ciężar odpowiedzialności, zachowując jednocześnie szorstką wrażliwość, skrywaną pod maską suchego oficerskiego konwenansu. Szczególnie objawiło się to w historii konika z Halifaxu, którego Borchardt nazwał Jakubem Paganelem. Zainspirowała mnie ona do napisania „Malutkości i morza”.

       Kończąca ten rozdział rozmowa Borchardta ze Stankiewiczem należy, jak sądzę, do największych scen w naszej literaturze. Ilekroć do niej wracam, ściska mi gardło. Nic więc dziwnego, że podobnie działa na mnie wiersz Walta  Whitmana zaczynający się od słów „Oh, captain, my captain...” W moim życiu miałem przecież szczęście znać prawdziwego Kapitana...


(2012)                              

Wypowiedź ukazała się w antologii Morza polskich poetów. Wiersze i wypowiedzi, red. Zbigniew Jankowski, Gdańsk 2013.