poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Powrót na boisko

Były różne boiska. Boisko czterdziestej piątej przy Matki Polki. Asfalt, który po deszczu zamieniał się w jezioro. Gdy deszcz wysychał na jego nawierzchni zostawała warstwa kurzu, po której ślizgały się trampki. Ile kolan rozwalonych zostało na tym boisku, ile zabraliśmy stąd strupów. Inne boisko mniejsze znajdowało się tuż przy budynku, nie było to boisko właściwie lecz plac z płyt chodnikowych, jedna z bramek namalowana była na murze, druga zrobiona z kamieni. Grało się często odbijając piłkę od ściany. Niejedna szyba poszła w szkole, kraty sięgały pierwszego piętra. Biegało się - grało w mecze "klasowe". IV B na IV D, IV B na IV A albo C. Po szkole klasowy? - przychodził ktoś z równoległej klasy i zaczynało się organizować drużynę. Mało kto marudził, zostawali po lekcjach prawie wszyscy, czy kto potrafił grać, czy nie. Ale to była dopiero połowa sukcesu. W szkole uczyło się ponad tysiąc dzieciaków i zawsze jakiś WF mógł się akurat na boisku odbywać albo mogli nas wyrzucić uczniowie z klas starszych. Kiedy pokonało się te wszystkie przeszkody zaczynała się gra. Do dziesięciu goli albo do znudzenia... Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte to był już czas, że mieliśmy przynajmniej normalne piłki. Zdarte najczęściej od betonu, szare, pościerane biedronki. Pamiętam swoją pierwszą prawdziwą piłkę - żółtą i ciężką, twardą jak kamień. Dostać tym klocem w żołądek to nie było nic przyjemnego. Lubiłem grać, choć graczem byłem dość przeciętnym. Co zastąpi samotny rajd po skrzydle, co może równać się odważnemu wejściu pod nogi kolegi by wygarnąć mu futbolówkę, co cieszy bardziej niż udany zwód i minięcie rywala, udana bramkarska parada; co daje podobną radość jak siła włożona w strzał, który ląduje gdzieś po poprzeczką? Piłka jest radosną grą, jesteśmy zawsze o krok za piłką, przed piłką, śledzimy jej lot, wychodzimy do niej, przyjmujemy, gasimy,  trącamy... Nie do niczego tego nie da się porównać. Po raz pierwszy od piętnastu lat pograłem trochę i to jest coś, czego ciało nie zapomina, nie zapomina tych dziesiątek, setek, może tysięcy godzin spędzonych na boiskach. Tyle, że okazuje się, że ten rodzaj ruchu, ze sprintem, przyspieszaniem, zwalnianiem - ruch tak naturalny w dzieciństwie sprawia teraz ogromną trudność, bo po kilku minutach jesteśmy dętka zupełna, łydki łapią skurcze, takie, że potem nie można zejść po schodach, nie wspominając o zakwasach. Ale radość niesamowita. No i te boiska - miękka nawierzchnia - teraz dopiero można zrobić ślizg albo rzucić się napastnikowi pod nogi, bez stłuczeń i zadrapań... Są boiska, ale grających mniej.Niż demograficzny i komputery. Z orlikami wygrywa dziś często kolejna wersja FIFY, rośnie pokolenie grubasów i fizycznych łazęg. Jak mając okazję grać na porządnym boisku siedzieć w domu przed komputerem? Nie mogę zrozumieć.

Czterdziesta piąta, luty 2011 r. - nostalgiczna wyprawa przyjaciół z boiska:

video

To na tym boisku graliśmy i to tutaj rozgrywa się wiersz:
***
mrówki walczyły na skraju boiska o ogryzek jabłka
albo pestkę wiśni, zjadały świat kawałek po kawałku,
wyłaziły z chleba, topiły się w zlewie. zresztą nie tylko
mrówki, w ogóle robaki, całe miasto było robaczywe


a ziemia podziurawiona przez dżdżownice, gryzące
smugi czerwca. w każdej szparze mrowiło się życie,
a w tym życiu wiele innych żyć, łańcuszek stworzeń,
niekończące się zapasy śmiertelnych zwiadowców


rozkładu. gdy byłem dzieckiem mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko, widziałem
wiele małych śmierci, widziałem swoją śmierć,
po części, niejasno, w śmierci mrówki, widziałem.


(z tomu Commodore 64) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz