czwartek, 3 listopada 2011

Wejherowski sen

Był środek lipca. Ligowe rozgrywki właśnie budziły się z letniego snu. Przyjechaliśmy do Wejherowa na mecz pucharu Polski miejscowego Gryfa z Olimpią Grudziądz. Miała to być walka Dawida z Goliatem; Gryf pod wodzą Grzegorza Nicińskiego się wzmocnił i miał w tym roku powalczyć o awans do II ligi, ale i tak Olimpia przynajmniej na papierze przewyższała klub z Wejherowa o dwie klasy. Przyszliśmy więc tu raczej zobaczyć ukryty wśród morenowych wzgórz stadion a nie po piłkarskie emocje i toczyliśmy wesołą dysputę o nadchodzącym sezonie... o spadku Arki do I ligi i nowej mapie wyjazdów. Te bliskie: Grudziądz i Elbląg. Te dalsze: Nowy Sącz, Stróże, Nieciecza, Radzionków... Czy ważny jest piłkarski poziom rozgrywek? Bardzo różne jest spojrzenie na Polskę z poziomu ekstraklasy i I ligi, jeszcze inne z niższych lig aż po klepiska A i B klasy. W niższych ligach Polska przybiera swojskie proporcje, jest bardziej prawdziwa, ludzka...

Niełatwo było na Wzgórze Wolności trafić i nie bardzo ktoś ze spacerowiczów potrafił nam pomóc. Błądziliśmy więc po bukowych wzgórzach między kalwaryjskimi drogowskazami. Tam dom Piłata, tu dom Kajfasza, tam pałac Heroda... . Z nas trzech jedynie Łukasz był tu wcześniej na meczu i pamiętał jakąś zamierzchłą potyczkę stoczoną z wejherowskim klubem przez Arkę. W pamięć zapadł mu przede wszystkim błotny zjazd leśnymi ścieżkami w drodze do miasta. To miała być retro-wyprawa, mieliśmy się odnaleźć w tym nieco postarzałym prowincjonalnym tle. Wreszcie dotarliśmy na miejsce...

Wkomponowany w szczyt wzgórza stadion należy do najpiękniej położonych w Polsce. To prawdziwa leśna arena, którą otacza betonowy zwieńczony kolczastym drutem mur. Przez liczne szpary i dziury, nie da się jednak obserwować spotkania, bo płyta boiska zasłonięta jest przez banery reklamowe. Główna, częściowo zadaszona trybuna ma pojemność 900 miejsc. Po drugiej stronie płyty boiska znajduje się mały pagórek z miejscami siedzącymi a za nim boczne treningowe boisko. Bywałem tu później kilka razy podczas leśnych wycieczek, to jedno z moich ulubionych miejsc na Pomorzu. Dziś, gdy mam już stąd wspomnienia, lubię patrzeć na opuszczoną murawę.

Bilet na mecz z Olimpią kosztował dychę. Czy mogliśmy się spodziewać, że właśnie zaczyna się największa przygoda wejherowskiej piłki? Że przez przypadek będziemy świadkami największych osiągnięć w historii tego małego klubu? Przyglądałem się siedzącym przede mną starym kibicom. Niektórzy z nich chodzić na mecze mogli jeszcze w latach pięćdziesiątych... Moja wyobraźnia tworzyła już obraz jak w tle Wzgórza Wolności upływa ich życie. Pomyślałem, że znalazłem się w starej świątyni futbolu, prawie tak pierwotnej jak Korona Radomsko ze wspomnień Tadeusza Różewicza. Będąc na stadionie Gryfa, zrozumie się dlaczego arkowcy do dzisiaj płaczą za stadionem na Eysmonda, chociaż nowy obiekt na Olimpijskiej należy do najpiękniejszych w naszej lidze. Nie o nowoczesność chodzi, ale o niemal intymny kontakt z przestrzenią stadionu, o słynną wydeptaną nogami setek kibiców Górkę, z której patrzyło się na kolejne sezony. I o niedalekie morze. Do takich imaginacyjnych odjazdów prowokował genius loci wejherowskiego wzgórza.

Młyn Gryfa był jak najbardziej współczesny, i kaszubski do krwi i kości, bo żółto-czarny. Przybyła też grupa jedenastu kibiców z Grudziądza. Nie stali na oddzielnym sektorze. Zresztą, gdzie miałby być taki sektor? Stanęli rzędem tuż przed nami i dziarsko dopingowali swój zespół. Przyszedł czas, żeby przyjrzeć się temu, co działo się na boisku. Choć raz po raz Olimpia zagrażała formacjom obronnym Gryfa, to nie wykorzystała swoich podbramkowych sytuacji. Gryf natomiast z minuty na minuty grał lepiej, imponował ambicją i walecznością. Ale nie dowierzałem z początku w sukces. Wystarczy jedna bramka Olimpii – myślałem - i ujdzie z nich powietrze. Bramka jednak nie padała. A wiara miejscowych rosła i rosła. Walka na boisku była niezwykle zacięta i przyjemnie było patrzeć na piłkarzy w żółto-czarnych koszulkach. I oni stworzyli sobie sytuacje, ale wciąż na tablicy pozostawał wynik 0:0. Aż wreszcie strzał, dobitka głową i piłka w siatce! Jeeeest! - drą się młodzi i starzy. Powiewają szaliki w miejscu, gdzie zgromadził się wejherowski młyn. Tylko przyjezdni z Grudziądza stoją nieruchomo w tej fali radości i jakby nie wierzą temu, co się dzieje. Olimpia jeszcze zrywa się do ataków a minuty płyną dla gryfitów coraz wolniej. Zwycięski pojedynek główkowy. Aut. Wymuszony faul. Kilka cennych sekund. Bramkarz urywa dwa długie kroki w biegu do wybijanej piłki. (Panie Turek kończ, pan ten mecz!) I nareszcie koniec. Niezwykłe uczucie, gdy w radosnej grupie schodzi się po stoku, przez las, na rogatki miasta...

A potem chciałem tu wrócić. Na mecz z Zawiszą. I denerwowałem się, gdy spotkanie z powodów bezpieczeństwa zostało odwołane. Istniała nawet groźba, że Gryf zostanie wyeliminowany nie po walce, ale wskutek walkoweru. Pomyślałem o zielonych stolikach i zdeptanych marzeniach. W Polsce wszystko można spieprzyć. W lipcu Paweł będący wówczas stażystą Wyborczej bezskutecznie próbował opublikować coś o pucharowej przygodzie wejherowian. Kogo obchodzi jakiś Gryf mówiono wtedy. Było na Pomorzu miejsce na Lechię, Arkę, w ostateczności Bałtyk. Ale Gryf Orlex Wejherowo? III liga? Na szczęście do meczu doszło. Ale nie widziałem tego spotkania – byłem już wówczas na bezdrożach Bułgarii. Tygodnie bez cywilizacji, bez internetu. Dopiero w Wielkim Tyrnowie otworzyłem swoją skrzynkę pocztową. Wtedy dowiedziałem się, że w czasie gdy przeszedłem pół Bułgarii, Gryf pozostał w grze. Mecz z Zawiszą – prawdziwy thriller z bramkami w dogrywce, remisem na koniec i rzutami karnymi. A potem Sandecja. Łut szczęścia a może nawet więcej – gdy piłka dwa razy odbijała się do poprzeczki. I zwycięskie 1:0. Ważne rodzinne wydarzenie nie pozwoliło mi po powrocie, żeby udać się na mecz z Koroną. Myślałem: szkoda. Do Wejherowa przyjechał przecież ówczesny lider ekstraklasy. Przyjechał i... wrócił stąd pokonany jak pierwszoligowcy! Wiedziałem, że m u s z ę być na kolejnym meczu a była to już 1/8 finału z Górnikiem Zabrze... Bilet kosztował pięćdziesiąt złotych, w cenie tej znajdował się okolicznościowy szalik. Nie było łatwo przybyć na stadion, we wtorek, o godzinie czternastej do Wejherowa, biegiem z uniwersytetu na kolejkę i biegiem ze stadionu do domu, żeby przebrać się w marynarkę i w Teatrze Gombrowicza poprowadzić spotkanie z Ewą Lipską. Ale czy mogłem nie być na tym meczu? Górnik Zabrze kojarzył się z dawnym wiekiem polskiej piłki, z takimi nazwiskami jak Ernest Pohl, Hubert Kostka, Stanisław Oślizło,Włodzimierz Lubański, czy Jerzy Gorgoń. A teraz, choć dzisiejszy Górnik był jedynie cieniem własnej chwały, nadal był to jednak GÓRNIK i przyjeżdżał na wejherowskie Wzgórze Wolności. Kiedy znalazłem się na miejscu mecz już od dwóch minut trwał. Trybuna była oczywiście, mimo wczesnej godziny i środka tygodnia wypełniona po brzegi i usiąść musiałem na schodach. Pagóreczek był również wypełniony, stanął namiot, z którego na boisko były skierowane kamery. Prawdziwa złota jedyna taka jesień wejherowskiego Gryfa! Żółto-czarno. Dwa tysiące ludzi. Także z Kościerzyny, Redy, Gdyni, Rumi... Pogłoski o krążącej gdzieś w lesie setce kibiców Górnika... Jako trener Górnika Adam Nawałka. Na trybunach Marek Citko szukający wśród wejherowskich piłkarzy nowych talentów...I przede wszystkim walka na boisku. Z minuty na minutę rosła we mnie pewność, że Górnik nie zdobędzie Wzgórza Wolności. W 47 minucie, zaraz po wejściu na drugą połowę, Mateusz Toporkiewicz dostaje podanie od Grzegorza Gicewicza i niski strzał koło słupka wpada do zabrzańskiej bramki. JEEEEEEST!!!! I jeszcze jeden fragment meczu zapada w pamięć, po nieodgwizdanym rzucie rożnym, ożywiają się nagle starsi panowie, którzy oglądają mecz na siedząco, z rzadka się włączając do dopingu prowadzonego przez młody młyn. Ktoś krzyczy: sędzia kalosz! I cała trybuna momentalnie powtarza:
SEDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
SĘDZIA KALOSZ!!!
-Ale jaja! - śmieje się Łukasz -Myślałem, że będzie tu porządne kibicowanie, ale nie taaaakie okrzyki.
Rozczula ten okrzyk stary jak pieśni Mieczysława Fogga. Jest tak, jakby nagle na trybunach zasiadł duch Jeremiego Przybory.
Trener Nawałka od razu przeprowadza zmiany. Ale Gryf nadal przeważa, ułańskie szarże na bramkę omal nie kończą się podwyższeniem wyniku. Nie ma dla wejherowian straconych piłek. Górnik nie istnieje. Ostatni kwadrans Zabrze ma przewagę, w końcu fizycznie zespół ekstraklasy jest lepiej przygotowany niż trzecioligowiec, ambicją można czasem oszukać różnicę klas, ale nie oszuka się biologii... Liczymy minuty. Piętnaście minut do końca, dwanaście, osiem, sześć... Osiemdziesiąta ósma minuta, trzy minuty doliczone i... ZWYCIĘSTWO!
Szał! Feta na boisku, Telefony: nie żartuję, wygrali!!! Stary.... co za mecz... Kogo z dziennikarzy obchodził jeszcze niedawno jakiś Gryf Orlex Wejherowo? A jutro zdjęcia cieszących się z sukcesu piłkarzy znajdą się na pierwszych stronach pomorskiej prasy. Teraz chciałbym zagrać z Lechem Poznań – mówi zdobywca zwycięskiej bramki.
Tłum schodzi do miasta kalwaryjskimi ścieżkami. Radość, odprężenie. Myślę o tym, że coś właśnie stało się w mieście, o którym kiedyś maturzystka Masłowska pisała: Mieszkam tu calutkie życie, krzywe, zalepione smołą uliczki mnie wynosiły (…) Żyję tu tak cholernie odruchowo i nieuważnie, chodzę po ulicach z wyciągniętymi do przodu rękami, a moja głowa nie odnotowuje nic na drodze szkoła-dom. (zimowo-jesienna „Lampa i Iskra Boża” z 2000 roku). Dziś jednak trwa wejherowski sen. Gryf Wejherowo zwycięża Górnika Zabrze! Właśnie rodzi się miejscowa legenda. Opowieści spotykają się na Wzgórzu Wolności. Nie gubią się w smołowanych uliczkach. Trafiają bez pudła w wietrzny październikowy dzień, kiedy dwa tysiące ludzi oglądało pamiętny mecz a wynik szedł w Polskę, we wszystkie sportowe serwisy. Schodząc z wzgórza, wiedziałem już, że tu w Wejherowie byłem świadkiem narodzin piłkarskiego mitu. Że na zwycięstwo Gryfa patrzą dziś wszyscy kibice w Polsce. Póki będzie istniała w Wejherowie piłka nożna a będzie istniała do końca świata, wspominać się tu będzie mecz z Górnikiem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza