czwartek, 8 grudnia 2011

Urywek II - Dr Jarosław Frąckiewicz. Wspomnienie



Dr Jarosław Frąckiewicz był przed laty moim nauczycielem filozofii.. Nie miałem go okazji poznać od podróżniczej strony. Właściwie dopiero jak media podały wiadomość o jego zaginięciu - dowiedziałem się ile dokonali z żoną jako kajakarze. Czytając jego internetowe opisy wypraw, stwierdzam, że był także człowiekiem niebanalnego pióra. To jest literatura podróżnicza wysokiej próby. I co z tego, że nie z logo National Geographic. Pewnie wielu z nas nie usłyszałoby o wyprawie do Peru, gdyby nie tragedia, o której było głośno latem. Z zajęć, które Jarosław Frąckiewicz prowadził na polonistyce zapamiętałem przede wszystkim jego twarz. Uśmiechniętą brodatą twarz Filozofa; szare przenikliwe oczy, w których było coś figlarnego. Ironia, ale bez cienia złośliwości. To co tkwiło w jego spojrzeniu, głęboko wryło się w moją pamięć. W czasie zajęć przechadzał się wciąż po sali, od okna do drzwi, od drzwi do okna. Potrafił nagle wykonać gwałtowny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, przybliżyć się do twarzy studenta tak, że przekraczał intymną barierę, jaką mamy w miejsach publicznych i zadać prosto w oczy pytanie: proszę pana, Heraklit? Po czym równie szybko jak się wcześniej przybliżył, wycofywał się na bezpieczną odległość. Zanim student zdążył coś odpowiedzieć, on już znów krążył po sali. Pozostawało się samemu z tym pytaniem, z tym Heraklitem, Platonem i resztą. Nie chodziło, jak sądzę, o natychmiastową odpowiedź, ale o to, żebyśmy stawiali sobie pytania. Nie byłem lotny w filozofii. Filozofia wymaga jednak pewnej ścisłości umysłu a tego brakowało mi zawsze. Wszystko, co nosiło cień abstrakcji zdawało mi się dalekie od praktyczności. Gdy po latach odnalazłem w internecie kajakowe zapiski Dr Frąckiewicza i czytałem je nota po nocie, stwierdziłem, że między wersami jest tu zapisana filozofia jego życia. Ciężko tu ją streścić. Była tu i wielka życzliwość, i wyrozumiałość dla ludzi, było ciągłe poszukiwanie czegoś, ruch, doświadczenie, tajemnica. Kto zmierzy podróż, którą Dr Frąckiewicz wykonał jako człowiek - od zimowej nocy nad Brdą w 1969 roku po to peruwiańskie jądro ciemności nad Ucayali? Czy wyruszył w nią dla sławy, żeby wypowiadać się w tefałenie? Nie mogę powiedzieć, że coś dostałem od "podróżników", którzy z podróżowania zrobili biznes. Niektórzy z nich produkowali się teraz po śmierci trójmiejskich kajakarzy w telewizji jako "eksperci". Zaglądając do książek tych podróżniczych celebrytów znaleźć często możemy banały, pisane na kolanie infantylne wynurzenia konsumentów egzotyki. By zostać dziś w Polsce autorem literatury podróżniczej nie trzeba mieć nic do powiedzenia, trzeba mieć znaną telewizyjną maskę. Za tymi maskami nie kryje się najczęściej nic prócz kompleksów i rozbuchanego ja. Tacy ludzie już otrzymali swoją nagrodę. A przecież podróżowanie to nie zawód, który się wykonuje, nie "zawodostwo", to także albo  przede wszystkim podróż wewnętrzna - odbywana w samotności, czy - jak to robili Jarosław Frąckiewicz i Celina Mróz - we dwoje. Wspaniale móc dzielić z kimś swoje olśnienia, radości, czasem staje się to wręcz sensem podróży, o czym dowiedział się za późno choćby bohater Into the wild. Mój wykładowca ze swojej pasji kajakowej potrafił zrobić coś na kształt filozofii życia, dlatego teraz układa się ono dla mnie w opowieść, przerwaną nagle, ale przecież pełną. W chwili śmierci miał siedemdziesiąt lat, ale nie układało się ono w sinusoidę, raczej zdawało się wciąż wznosić. Myślę, że charakteryzuje to po prostu ludzi dobrych i mądrych, spełniających do końca swoje powołanie. Tych, którzy odnaleźli swoją ścieżkę i pozostali jej wierni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza