piątek, 27 stycznia 2017

Dziadek, Bałtyk, Wieczno

           
                                                                         Fot. Archiwum MIR

         Morze? Długo jedynie dystans, niechęć, obawa. Wszystko z powodu ekologicznej katastrofy. Z dzieciństwa zapamiętałem najbardziej obraz zwałów czarnych, śmierdzących glonów, wymieszanych z wyrzucanymi przez fale na brzeg śmieciami. Mogłem na ten skażony Bałtyk jedynie popatrzeć, nie wolno mi było w nim zanurzyć stopy. Pierwszym morzem, które poczułem wszystkimi zmysłami stało się więc Morze Żółte. Inne od naszego, z inną barwą wód, z kamienistym dnem i skalistymi klifami. Jeździliśmy nad nie, gdy tato pracował w Korei Północnej. Ono również mnie jednak nie zachwyciło – poraniłem sobie stopy o ostre ułomki skał i muszli zalegające na dnie. Dopiero potęga Morza Japońskiego i piaszczysta plaża w Wonsanie wprawiły mnie w zachwyt.

       A potem –  powrót nad Bałtyk. Gdańsk był dla mnie zawsze miastem odwróconym od zatoki. Morze znajduje się gdzieś na rogatkach miasta i przez całe miesiące można go nie widzieć. W Gdyni, gdzie teraz mieszkam, jest inaczej: widać je już z peronu kolejki, bo idealnie prosta ulica 10 Lutego wpada w Skwer Kościuszki. Szerokie modernistyczne ulice, morska bryza i widoki na gdyńską marinę z lasem jachtowych masztów odcisnęły się w wierszu „Amsterdam”, zainspirowanym piękną pieśnią Jacquesa Brela.

      Jednak to najgłębsze i najbliższe morze było we mnie – i w naszej rodzinie –  obecne od zawsze: od śp. dziadka Bronisława Bogdanowicza. Dziadek, kapitan żeglugi wielkiej, wyłania się z mojej pamięci jako archetypowy wilk morski. Gdy miałem pięć lat, podał mi do jedzenia śledzie w oleju. Byłem tym bardzo przejęty: – skoro dziadek je śledzie, to znaczy, że jedzą je prawdziwi mężczyźni. W przypływach dobrego humoru opowiadał o zabawnych historiach z lat pływania, ale ciężka praca w rybołówstwie dalekomorskim miała dla niego więcej cieni niż blasków. Patrzył na nią trzeźwo, na pozór bez sentymentu, jednak dało się odczuć, że kochał ją surową i dyskretną miłością. Wystarczyło posłuchać, jak mówił o swoim ulubionym statku, małym trawlerze „Wieczno”:  „Czasem chce się go pogłaskać”. Dlatego nazwa „Wieczno” do dziś brzmi dla mnie jak sacrum – wieczność konkretna jak pokład. „Szczęśliwy statek” – pisał w pamiętniku  – "masę razy chodziliśmy przez Atlantyk, przeżyliśmy na nim cztery huragany".

      Nazywano go borsukiem, bo rzadko opuszczał swoją kajutę. Kiedy już jednak stanął na mostku, potrafił z niego nie schodzić przez 72 godziny... Były też sytuacje, w których zachował się jak bohater, ale nigdy się tym nie chwalił. Babcia przechowuje książkę Stanisława Rymaszewskiego Wykarczowani zza Buga z dedykacją autora, który w celach badawczych pływał kiedyś na „Wiecznie”. Dedykacja brzmi: Drogiemu Bronkowi Bogdanowiczowi Kapitanowi ż.w. z wdzięcznością za manewr m.t. Wieczno, którym 21.VI.1971 uratował życie siedmiu z wywróconego w sztormie pontonu (niemieckiego m.t. Eisbar) na północ od Islandii.  Jednym z nich jest autor tej książki, Bóg zapłać Kapitanie!"

       Byłem z Dziadkiem Bronkiem serdecznie związany. To on wielokrotnie polecał mi książkę Karola Olgierda Borchardta Znaczy kapitan, ale ja nie lubiłem wtedy marynistyki  i za jego życia nigdy po nią nie sięgnąłem. Borchardt był nauczycielem dziadka ze Szkoły Morskiej; kontakt utrzymywali także po jej ukończeniu. W latach siedemdziesiątych, gdy dziadek Bronek był bliski śmierci, Borchardt odwiedził go w szpitalu i tchnął nadzieję powrotu do życia.  Był więc dla nas autor Szamana morskiego postacią jakby „rodzinną”, realną, bliską.

       Ale Znaczy kapitana zacząłem czytać dopiero po śmierci dziadka, jakby chcąc w ten sposób porozmawiać z nim jeszcze, przyswoić sobie jego duchowe wartości. To książka o więzi, która zawiązuje się między młodym oficerem a kapitanem. O uczniu i mistrzu, ich męskiej przyjaźni. Płakałem czytając o śmierci „Znaczy Kapitana” i były to moje pierwsze od dzieciństwa łzy nad książką.  Znalazłem na jej stronicach prawdziwych mężczyzn, którzy brali na siebie ciężar odpowiedzialności, zachowując jednocześnie szorstką wrażliwość, skrywaną pod maską suchego oficerskiego konwenansu. Szczególnie objawiło się to w historii konika z Halifaxu, którego Borchardt nazwał Jakubem Paganelem. Zainspirowała mnie ona do napisania „Malutkości i morza”.

       Kończąca ten rozdział rozmowa Borchardta ze Stankiewiczem należy, jak sądzę, do największych scen w naszej literaturze. Ilekroć do niej wracam, ściska mi gardło. Nic więc dziwnego, że podobnie działa na mnie wiersz Walta  Whitmana zaczynający się od słów „Oh, captain, my captain...” W moim życiu miałem przecież szczęście znać prawdziwego Kapitana...


(2012)                              

Wypowiedź ukazała się w antologii Morza polskich poetów. Wiersze i wypowiedzi, red. Zbigniew Jankowski, Gdańsk 2013.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz