poniedziałek, 23 kwietnia 2012

I znów kutabuk... gdzieś między Bożympolem a Jastrzębią Górą


Kutabuk znowu w drodze. Od czasu napisania poematu w grudniu 2009 roku przebyłem piechotą 3016 kilometrów. Oto relacja z ostatniej wycieczki:
Bożepole – Wysokie – Salino -Gardkowice – Łętowo- Osieki – Szklana Huta – ujście Piaśnicy – Dębki- Karwia – Jastrzębia Góra (80 km)

Mapa nic ci nie powie o pięknie tych okolic. Jechaliśmy do Puszczy Wierzchucińskiej mając tylko jeden punkt zaczepienia. Jesienią 1988 roku, pewnej soboty odbyłem z rodzicami wycieczkę do Salina. Podróż na wieś o tej porze roku była dla mnie lotem ku innej planecie. Do świata pozbawionego letników, do pustych jezior, lasów w pełnej krasie barw, ale już z zimną zapowiedzią listopada. Salino miało w sobie groźną tajemniczość, wręcz książkową, nieskażoną prawie współczesnością pierwotność. Nie wiedzieć czemu, zapadało się w przeszłość a nie jak znane mi zapełniające się drewnianymi budami i ośrodkami wczasowymi kaszubskie wioski w przyszłość. Dom, w którym mieszkał p. Jasio, przyjaciel ojca przylegał bezpośrednio do starego cmentarza. To samo w sobie było niesamowite. Pamiętam, że wyszedłszy na podwórko momentalnie znalazłem się po drugiej stronie płotu. Straszliwe chaszcze oplatały żeliwne krzyże i pozostałości nagrobków. Bluszcze wspinały się po drzewach, w dole zaś królowały pokrzywy. Napisów na nagrobkach nie umiałem odczytać i szwabacha do dziś pozostaje dla mnie czcionką tajemnicy, niby jakieś prastare runy. To Salino, z tym domem i cmentarzem, wracało po latach we wspomnieniach Agaty, córki p. Jasia, z którą przyjaźniłem się później na studiach. Agata opowiadała, że w ich domu straszyło. Jakiś duch chodził po mieszkaniu i przesuwał sprzęty. Podsycały we mnie te opowieści pamięć Salina, w którym spędziłem przecież ledwie pół dnia. Ten dzień w 1988 roku był pochmurny. I zasnute zupełnie chmurami niebo zdawało się dusić całą okolicę, która do dziś jawi mi się wciśnięta w zasnuty mgłą kawałek świata. Ruszyliśmy całą grupą do lasu. Zobaczyłem wówczas małe jeziorko, którego widok prawdziwie mnie zachwycił. Całe pokryte było nenufarami. Potem ruszyliśmy dalej i dotarliśmy na brzeg większego jeziora – Jeziora Czarnego, całkowicie ukrytego w lesie.

Niektórzy boją się wracać do miejsc swoich zachwytów i olśnień. Boją się, że zostaną im odebrane. Że t a m nic nie będzie. Że stracą ostatnią rzecz, którą mają – wspomnienia piękniejsze od przyziemnego realu. Ja nie boję się wracać. Idę bowiem nie po to, żeby coś powtórzyć, ale kolejnym krokiem pochłonąć nowy obszar. Trzeba być otwartym na przyjęcie nieznanego. Otworzyć oczy na to, co zobaczysz dopiero za ileś lat. Żyć tak, żeby mieć kiedyś piękne wspomnienia.

Sam bym nie ruszył w tę stronę. Dopiero, kiedy można z kimś dzielić swoje wspomnienia, stają się bardziej wyraziste. Potrzeba tropy, krzyżującej się z twoją tropą. Samotność dobra jest w obcych krajach, gdzie stale musisz się konfrontować z ich mieszkańcami. Gdzieś w Polsce taka konfrontacja nieraz nie jest możliwa, zatem lepiej ruszyć w drogę z towarzyszem. Gdy idzie się we dwóch wasze oczy i wrażliwości są podwojone, czasem równoległe do siebie a czasem skontrastowane. Opowieści wypowiedziane w mijanych plenerach stają się tak samo ważne, jak to, co dzieje się naprawdę.

Bożepole było stacją, gdzie Bartek przyjeżdżał z kumplami jeszcze jako licealista. Ruszali jednak na południe, nigdy na północ. Puszcza Wierzchucińska była dla niego więc - tak samo jak dla mnie – terra incognita. Zaraz za wsią ukazały się nam krajobrazy, które można by uznać za beskidzkie. Zalesione łagodne wierzchołki wzgórz i drewniane płoty przecinające wskroś łąki i stromizny. Dolinka, którą zapuszczaliśmy się w puszczę pozostawała pod pieczą koła łowieckiego. Puszcza pokancerowana przez działalność drwali. Ale nie przeszkadzało to zwierzynie. Kilkakrotnie mignęły nam jasne zady saren, w odległości trzydziestu metrów przebiegło stado dzików. W tym rejonie było mało miejscowych a niespecjalnie miał ktoś z zewnątrz miał powód, żeby tu przyjeżdżać. Byliśmy tu wyjątkiem. Drogi wiły się skręcały z północy w przeciwnym kierunku. Trochę pomagał kompas, ale i tak zostaliśmy wypluci na brzeg lasu. We wsi obok starych pamiętających czasy niemieckie domów wyrosły obrzydliwe rezydencje lokalnych Carringtonów. Być może byli to amatorzy myślistwa. Starsza kobieta, którą spytaliśmy o drogę, wcale nie zamierzała poprzestać na jej wskazaniu. Zostaliśmy wciągnięci w ciężki los tutejszej wsi, w wyrzekanie na zaglądających do kieliszka młodych, którzy nie dbają o gospodarkę, usłyszeliśmy ceny paszy dla drobiu, z których wynikało jasno, że nie opłaca się hodować kilku kurek w obejściu, o braku pracy, perspektyw. Mówiła to z żalem, skargą, ale w oczach miała żywe ogniki. Uspokajała co chwilę psa, który szarpał się jej na smyczy. Ruszyliśmy dalej – omijając nowobogackie pałace, gdzie o palpitację serca przyprawiały ujadające esesmańskie wilczury strzegące przystrzyżonych trawników i wypasionych terenowych samochodów. W lesie trafiliśmy na szlak jeździecki. Gdzieś w okolicy znajdowała się stadnina i wytyczono wielokilometrowe trasy dla jeźdźców. Oznaczone były na drzewach czerwonym znakiem podkowy. Na trasie znajdowały się wiaty, gdzie można było odpocząć i drewniane boksy dla koni. Kontrastowało to jaskrawo ze światem, który został przywołany przed chwilą przez naszą rozmówczynię. Las jednak stopniowo wyciszał te kontrasty. Po drodze pozdrowili nas chłopcy siedzący na kupie drzewa. Napawaliśmy się widokami wciśniętych w las jezior Małego, Czarnego, Świętego. Dotarliśmy na jeziorko bez imienia, gdzie ćwierć wieku temu widziałem nenufary. I dzisiaj widać było kilka liści na powierzchni. Akwen powoli budził się do życia po zimowym śnie. Cieszyliśmy się słońcem na pomostach, ale trzeba było iść dalej. Dotarliśmy do Salina.

Cmentarz niewiele się zmienił, mniejsze były jedynie chaszcze, były też ślady, że odwiedzają go rodziny z Niemiec, bo na niektórych grobach stały znicze. Pojawiło się miejsce pamięci, gdzie na tabliczki powróciły rozsypane po cmentarzu nazwiska. Pozostałości po niektórych grobowcach mówiły, że chowano tu nie tylko chłopów, ale także bogatych junkrów. Krzyże żeliwne na ogół skradziono i sprzedano na złom. Cudem zachował się jeden. Ale największe wrażenie zrobiła kaplica cmentarna obok nowego cmentarza, gdzie przez prawie siedemdziesiąt lat wyrosła niespełna setka polskich grobów. Kaplica była odmalowana jedynie od frontu, nad wejściem widniała data 1890. W środku farbą olejną wypisano polską modlitwę ujętą w ramki malowanym wzorem haftu kaszubskiego. Nie była to żadna zorganizowana renowacja, raczej pobieżna spontaniczna inicjatywa miejscowych zrealizowana najskromniejszymi środkami. Pod butem usłyszałem drewno – okazało się, że w środku podłogi ziała dziura tylko prowizorycznie zasłonięta przez deski. Cała konstrukcja nie wydawała się zbyt stabilna. Wolałem nie myśleć, co było w dole, pod podłogą. Potem oblukaliśmy jeszcze kościół, gdzie skrupulatnie na tablicy w przedsionku wyszczególniono historię wsi liczącą z dziesięć wieków, obejmującą jeszcze grodzisko na wyspie z pobliskiego jeziora. Obraz Salina wcale nie zblakł, wręcz teraz moja wyobraźnia mając więcej narzędzi budowała wiele obrazów głęboko zanurzonych w krzyżujących się tutaj ludzkich losach.

Nie byliśmy tu dłużej niż pół godziny. Szliśmy na północ, przemknęliśmy polnymi drogami do Gardkowic, minęliśmy tamtejszy pałac i zabytkową stodołę. Faliste zielone pola wyglądały imponująco. A na mapie nie było tu nic...W Łętowie uzupełniliśmy zapasy. Ruszyliśmy w stronę Jeziora Choczewskiego. Jego regularny banalny kształt nie zapowiadał żadnych rewelacji. Tymczasem na miejscu zastaliśmy widok olśniewający swoją kameralnością i kompletną ciszą. Wzdłuż całego brzegu wybudowano dla wędkarzy kilka solidnych pomostów. Gdy stanąłem na końcu z jednego z nich owalny kształt jeziora przypomniał mi słynne Jezioro Świteź. Tyle, że Świteź była rozdeptywana przez tłumy turystów a nad Choczewskim spotkaliśmy jednego wędkarza i jakąś parkę na romantycznym spacerze.

Następnie dotarliśmy do szosy i ruszyliśmy w stronę Osieków, po drodze przecinając jeszcze nieczynną od dawna linię kolejową Wejherowo-Choczewo-Garczegorze. Szyny jeszcze były widoczne, ale w środku torów wyrosły już dość wysokie drzewka i krzaczory. Natura szybko wchłaniała ślady cywilizacji. W wielu miejscach dawnego zaboru pruskiego miałem to uczucie cywilizacja na wiejskich obszarach cofała się, mieszkało tu mniej ludzi niż przed stu laty... Być może jedną z kolejnych wypraw powinniśmy odbyć wzdłuż nieczynnych linii. Na nie bowiem nanizane są ślady II Rzeszy, pałace pruskiej arystokracji, małe folwarczki, fabryczki. Inny kraj! W Osiekach naprzeciwko kościoła zobaczyliśmy właśnie takie przemysłowe pozostałości.

Ostatni etap tego dnia wiódł przy siąpiącym deszczu obok bazy harcerskiej w Szklanej Hucie na plażę, gdzie rozbiliśmy biwak. Zdążyliśmy akurat na zachód słońca – purpura wielkiej jarzącej się kuli schowała się za horyzont. Deszcz zapędził nas do namiotu, musieliśmy zrezygnować z ogniska. Ale i tak gdy gadaliśmy w nocy, nieuświadomione strachy wylazły z ciemności. Zaczęło się od opowieści, że woda na jednej z helskich plaż, gdzie byliśmy trzy tygodnie temu wyrzuciła zwłoki zaginionej w Gdyni kobiety. Wyliczaliśmy kolejne zniknięcia ludzi, nierozkwikłane morderstwa w okolicach Trójmiasta. Pokrzepiwszy się tymi opowieściami poszliśmy spać. Gdy otworzyłem oczy dojrzałem przez moskitierę na plaży cień rowerzysty. Ale nie ruszyłem się z miejsca. Może nas nie zauważy? Chwilę potem usłyszałem głosy i szczekanie psów, jakaś grupa dresiarzy postanowiła bawić się akurat tutaj. Myślałem, że rozbiliśmy się w kompletnej głuszy. Najbliższe miejscowości były oddalone o kilka kilometrów. Bartek chrapał w najlepsze. Tymczasem na morzu pojawił się kuter Straży Granicznej i zaczął zmierzać w naszym kierunku. Tego było już za wiele. Potrząsnąłem Bartkiem i... okazało się, że to ja dopiero otworzyłem oczy a on już nie śpi. Była szósta i nie było słychać nic prócz morza.

Zjedliśmy śniadanie patrząc na morze i ujście Bezimiennej rzeczki. Około ósmej zarzuciliśmy na plecy nasz ekwipunek i ruszyliśmy na wschód. Na morzu flauta. Nieruchoma tafla, zero wiaterku. Było tak ciepło, że podwinąłem spodnie i rękawy. Tak plażą, to przyjaznymi wnętrznościami wydmowego sosnowego lasu dotarliśmy do ujścia Piaśnicy. W roku 1939 znajdowała się tutaj granica II Rzeczpospolitej. Można było przejść przez mostek, ale korzystając z pięknej pogody rzekę przebyliśmy w bród, zanurzeni w wodzie prawie po pas. Bo przejście przez rzekę trzeba zapamiętać a nie zapomnieć. Już w przedwojennej Polsce pierwszym budynkiem, na który natrafiliśmy była willa profesora Wrzoska, etnografa. Było to intrygujące, że mieszkał akurat tutaj, dosłownie kilkanaście metrów od granicy. Obiecałem sobie potem wyguglować jego losy.

Dalsza trasa była już wychodzeniem z kraju czarów, wymarłe Dębki, obfitość zabitych na głucho bud oferujących w sezonie turystom obfitość badziewia. Ucieszyliśmy się widząc jakiś ruch przy sklepie, ale okazało się że to było jedynie Grube Żarcie u Grubego. Gruby akurat zamykał swój bar. Na szczęście parę metrów dalej był otwarty spożywczy. Już mijali nas szerokim łukiem wypachnieni spacerowicze, samochody, skutery, rowerzyści. W lesie między Dąbkami i Karwią znów zrobiło się pusto. Z kolei Karwię my staraliśmy się wyminąć aż po jeszcze dziesięciu kilometrach stanęliśmy pod rozkładem autobusów...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza