niedziela, 9 grudnia 2012

Urywek XI – archiwizacja, czyli cnota porządku albo o tym, jak bez większego żalu umieram z każdym swoim komputerem


Od czasu, jak piszę (to jest od lat osiemdziesiątych) aktualny dla mnie pozostaje problem, co zrobić ze swoją twórczością archiwalną. Najczęściej nie robię nic.

W przypadku twórczości szkolnej było to proste. Były to zeszyty zapełnione nieco kulfoniastym pismem, często nigdy nie dokończone dzieła urwane po kilku rozdziałach. Przygody polskich powstańców listopadowych na Dzikim Zachodzie, za wolność „naszą i waszą”, opowiadania wzorujące się na powieściach Longina Jana Okonia, księżycowe przewodniki turystyczne napisane pod wrażeniem Opowieści o pilocie Pirxie, a wcześniej jeszcze: komiksy będące śladem Gwiezdnych wojen obejrzanych w Kinie Bajka we Wrzeszczu. W liceum, gdy byłem czytelnikiem „Nowej Fantastyki” próbki fantasy i science fiction, zeszyty z rymowanymi wierszami ciężko chorego nastolatka, czytającego „Nieznany Świat” i oglądającego na przemian program „Fronda” i „Archiwum X”, zbierającego wycinki z „Gazety Wyborczej” o wojnie w Czeczenii. W trzeciej klasie liceum, gdy zdobyłem nagrodę za prozę w ogólnopolskim konkursie literackim nagrodzone opowiadanie musiałem najpierw przepisać z rękopisu. Nie wszystkie zeszyty i kartki z dawnymi "dziełami" rzecz jasna przetrwały. Niemniej zajmowały stałe miejsce w jednej z szuflad, więc jeśli coś zostało zniszczone, to miało zostać zniszczone. Akt niszczenia zawsze był prosty – trzymało się w ręku konkret i darło się postarzałe strony, w strzępy, strzępki, aby nie dawało się odczytać całości. I do kosza. Rytualne oczyszczenie. Nowy start.

Jeszcze na drugim – trzecim roku studiów wiersze zapisywałem ręcznie. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych z komputera korzystałem po to, żeby grać w Civilization albo Ufo:Enemy unknown. Dopiero, kiedy mój brat dostał pentium, stary 386 DX stał się moim komputerem osobistym i mogłem zacząć go traktować jak prywatną szufladę. Zacząłem przepisywać wiersze na komputer a potem od razu tworzyć w formacie doc. Od tego czasu jednak trudno mi mówić o jakiejś archiwizacji mojej twórczości. Od mniej więcej dwunastu lat nie wiem ile wierszy próbowałem napisać, ile zaginęło. Widziałem kiedyś takie komputery – na przykład u pewnego kolegi z roku, który dziś już jest laureatem Kościelskich. Katalogi - „wiersze opublikowane”, „wiersze przeznaczone do publikacji”, inny katalog powiedzmy „warsztatowy”. Inny z moich przyjaciół- poetów każdy swój tekst opatrywał datami niczym Jacek Podsiadło, czasami zresztą w celu, by na przykład po pięciu latach wrócić do szkicu wiersza, poprawić go, dopisać kilka linijek i opublikować. Nie wiem, co bierze tu górę – cnota porządku, czy ich przekonanie, że wszystko, co spływa spod ich pióra, pardon, zostaje wklepane w Wordzie – trzeba traktować, jeśli nie jako nie dobro narodowe, to przynajmniej osobiste. Nigdy nie byłem tak zapobiegliwy. Zaczęło się w czasach starego Worda, kiedy tytuł pliku mógł mieć ograniczoną ilość znaków. Nie miałem żadnego systemu tytułowania plików. Podróżowanie po starym katalogu stawało się więc podróżą do Nowych Aten Chmielowskiego. Wielkie było tu materii pomieszanie. Nigdy nie wiedziałem, co znajduje się pod daną nazwą. Nie zmieniło się to potem, gdy już nazwy mogły liczyć więcej znaków. Mój katalog, gdzie zapisuję wiersze jest raczej koszem, z którego czasami wydobywam publikowane później teksty. Te napisane z natchnienia tkwią w tym koszu razem ze śmieciami, swoimi pokracznymi nieukończonymi krewnymi, z pomysłami, z pomysłami na pomysły. Laptop, który mam od 2009 roku jest chyba moim czwartym komputerem, nie licząc ukochanego Commodore 64, który jednak nigdy nie służył mi jako maszyna do pisania. O 386 DX już mówiłem. W pewnym momencie musiałem przesiąść się na inny sprzęt; był to pierwszy komputer z dostępem do internetu. Używałem go kilka lat. Potem miałem jeszcze jeden. Zanim zacząłem prowadzić bloga jakieś dwa lata pisałem coś w rodzaju dziennika. Nazywałem ten plik „zapiskami”. Te „zapiski”, prozę, jak i wiersze z całej dekady na obu komputerach, z czego jeden, pamiętam, miał tapetę z Józefem Piłsudskim, szlag trafił, twarde dyski zostały zżarte przez trojany. Nie powiem, żebym się bardzo tym zmartwił. Wbrew temu, że mam opinię osoby sentymentalnej, kiedy trzeba potrafię zostawić za sobą spaloną ziemię. Są oczywiście rzeczy, które traktuję z większą czułością. Na pewno zbieram zdjęcia z wypraw, choć są i takie, z których nie mam właściwie ani jednej fotografii, bo nie posiadałem akurat sprawnego aparatu. W tym kontekście prowadzenie bloga jest zatem czynnością pożyteczną. Część mojego życia spoczywa na serwerach, nie mogę jej tak łatwo zgubić.

Ale już czuję, że nie chce mi się pisać kolejnego akapitu, gdzie z tego, co zapisałem powyżej wyciągnę jakieś wnioski. Zamiast tego wkleję cytat z T.S.Eliota:

"Czas teraźniejszy i czas, który minął,
Razem obecne są chyba w przyszłości,
A przyszłość jest zawarta w czasie, który minął.
Jeżeli wszelki czas jest teraźniejszy wiecznie,
Niczym okupić nie daje się czas.
Co mogło być, jest abstrakcją
 I ciągle trwa jako możliwość
Jedynie w czasie spekulacji.
Co mogło było być i to, co było,
Jeden ma kres, teraźniejszy wiecznie.
Echo stąpania dudni nam w pamięci 
Przejściem, w któreśmy sami nie wchodzili nigdy,
Ku drzwiom zamkniętym, których nie otwieraliśmy nigdy,
Do różanego ogrodu. Tak echem w pamięci
Są wam i moje słowa.(...)”


(T.S. Eliot, Burnt Norton, tł. Czesław Miłosz)


Dobranoc Państwu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz