sobota, 19 października 2013

Jadąc na Aspö


Mam w nosie, czy ktoś to przeczyta, więc nie stosuję akapitów.

Przez wieczór, opustoszałe ulice, rozsnute między drzewami światła. Za oknami spokojne życie Szwedów. Wieczorna godzina biegaczy, poranna godzina biegaczy. Miasto łapie oddech, łapie zdrowie. Na google earth był tu las, lecz okazał się ogrodzony, więc błądzenie między dzielnicami w poszukiwaniu miejsca na biwak aż wreszcie jest stary gaj, rozczapierzone gałęzie i skałki. Rano „stary gaj” staje się po prostu laskiem podmiejskim, gdzie wychodząc z namiotu wpadasz na kobietę z owczarkiem Colie. Karsklona zmięta deszczem. Zmięte pomniki, witryny, niewyjściowe twarze. Jakby ktoś nie włączył wszystkich żarówek a miasto działało w czterdziestu procentach. Luterański chrzest w kościele pustym jak przed przeprowadzką, tylko dokąd? Dzień w sam raz na muzeum. A tam gadające w kilku językach manekiny. Modele okrętów, o których mogłoby pomarzyć dzieciństwo i bezpieczna historia w gablotach.  Zacumowane okręty, mesy, kajuty. Sztormy tutaj to tylko zmiany pogodowej aury. Wojny w ostatnich stuleciach omijały miejscowe obszary neutralności, polityczne ubocza. Najwyższym zdziwieniem jest więc wyłonienie się z wody w latach osiemdziesiątych radzieckiego ubota. Idę sobie, patrzę – mówi multimedialny Szwed- a tu łódź podwodna! Teraz jest starszym panem i po wciśnięciu guzika opowiada młodym jak to kiedyś było. Jak? Właściwie tak samo. Tylko, że w gazetach wisiała  wojna nuklearna. Teraz wszystko już minęło. Tabliczka  głosi „tu był kiedyś targ rybny”. I nie ma stoisk, gwaru przekupek i smrodku śledzi. Ale jest rozmaitość lądu i wody, fantastyczne kształty chmur. Bałtyk jest tutaj, ale inaczej. Inaczej narysowany linią brzegów. Postrzępione zatoczki, dziesiątki wysp. szkiery i gdzieniegdzie domki. W takich właśnie tłach znajduje się Aspö. Wyspa pięć na pięć kilometrów, którą można okrążyć trzygodzinnym marszem. Znalazł się też las, gdzie można się było rozbić. Jedno z tych miejsc, w którym rosną poziomki. W zasadzie nie wiem jak to opisać; dobry opis to taki, w którym słowo jest furtką, nie wytrychem. Las, mech, darń, ścieżka, droga nie wybrana, na wyspie najdłuższe drogi, to te w głąb. I znów militaria. nieczynna bateria artylerii, wyrzutnia w przeszłość, w czasy zimnej wojny. Czy to od zimnej wojny powstały zimne kraje? Kraj buduje się z architektury. Narodowych kolorów drewna. Z białych okiennic i powierzchni czerwieni. W wiosce rozległ się klakson. To listonosz przywiózł pocztę. Słychać oddalający się głos silnika, a z pustego zdawałoby się domu, po cichu wychodzi  starszy facet, by wyjąć ze skrzynki listy i poranną gazetę. Przypomina borsuka przed zapadnięciem w zimowy sen. Skrzynki są z gatunku tych, jakie widać na filmach, na kurzej łapce, przy ulicy. Ale każda inna, nieraz malutkie arcydzieła. Zdaje się, że ten kraj ma tak dużo czasu, że może dopieszczać detal. Cyzelować ogrody.  Sielskie pejzaże z pasącymi się końmi.  Dzisiaj jest ciepło. Słońce zmienia barwę morza i robi się intensywne te wrześniowe południe na miniaturowej plaży zajeżdżającej glonami. Są dzikie róże, ten mech, co od północy. W tle nieczynne bastiony twierdzy, cielsko promu w oddali. Stada dzikich gęsi w drodze na południe.  A po południu – stara dzielnica Brändaholm – miejsce z pocztówki. Od środka alejki jak z klocków lego, maciupkie ogródki, sady. Przy jednej z furtek, w koszyku leżą prawdziwe nienapompowane jabłka. Wieczorami w miejskich parkach i laskach grasują króliki. W jednym z takich zielonych fyrtli ostatnia noc. Pod gołym niebem. Przypomniała się wczoraj, gdy zobaczyłem na niebie tę samą objętość księżyca.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza