czwartek, 16 października 2014

Po przejściu Czarnogóry

Opowieści o dzikim wnętrzu kraju już zdążyły się pokryć kurzem. Niewiele więc zaznałem tu dzikości, co znaczyło: byłem kimś przez miejscowych oswojonym. A to miejscowi decydują o tym, czy czujesz się podróżnikiem, czy turystą.  Nie ma tu brzydkich miejsc. Dzień po dniu idzie się w słońcu rozświetlającym krajobrazy olśniewające  jak z egzotycznych pocztówek. Prawie brak tu zwartych wsi – bywało, że przejdziesz przez całą miejscowość i nie spotykasz nikogo. Po paru dniach, gdy doszedłem do Niksić, drugiego pod względem wielkości czarnogórskiego miasta, czułem się jak w wielkiej metropolii. Bo były tu wieżowce i samoobsługowy market, puby i wszystko, co miejskie. Wspaniali, spokojni ludzie. Przyjaźni kierowcy. Żadnych stresujących sytuacji, co najwyżej przejdziesz się sto metrów ramię w ramię z pijaczkiem, który jak ekscentryczny kibic  podczas kolarskiego touru próbuje dotrzymać ci kroku. Najbardziej rozczulały mnie wiejskie sklepiki. Można było w nich kupić tylko napoje. Sprzedaje się tu tylko to, co trzeba kupować. Czasem był to maciupki kiosk, czasami puste pomieszczenie z kontuarem. Idealna imitacja rzeczywistości z niewielką liczbą interaktywnych elementów. A wokół cisza, bezruch, intensywność tej ciszy. Nawet psy śpią w budach, bo nie chce się im szczekać w upał. I szedłem sobie tak i szedłem . Aż doszedłem. Czarnogóra jest mała. Dziewięć a w zasadzie siedem dni, 260 kilometrów i… kraj się urwał jednym z najpiękniejszych widoków, jaki można sobie wyobrazić. Staje się kilometr ponad migotliwą płaszczyzną wrzynającej się w góry zatoki. Dalej, za półwyspem, widzisz rozlewający się szeroko Adriatyk.  


Czego chcieć więcej?






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza