wtorek, 10 marca 2015

Nowe recenzje Dwóch lat w Phenianie - Twórczość, Topos, Arterie, Autograf


Już zapomniałem o Dwóch latach w Phenianie, a tymczasem sypnęło recenzjami tej książki.
W „Twórczości” nr 3/2015 Paweł Michał Wiśniewski pisze:

Jeśli więc nie reportażem, to w takim razie czym są Dwa lata w Phenianie? (…) są próbą rozliczenia się z dzieciństwem, „czasem, który się dłużył” i jednocześnie smutnym uświadomieniem sobie dorosłości, „czasu, który ucieka”. Bohater nie może się pogodzić z przemianą, jaka w nim samym zachodzi, czy to na skutek pobytu w Korei, czy też wewnętrznej walki, toczonej między chłopcem a mężczyzną.

W „Toposie” nr 1/2015 wtóruje mu Barbara Sokołowska, która zauważa:

Nowaczewski wie, że nawet jeśli doświadczył koreańskiej rzeczywistości, to na specjalnych warunkach, „jakby eksterytorialnie”. Nie poznał komunistycznego piekła, więc jego wspomnienia, zaznacza, nie mają wymiaru sensacyjnych, ale i dramatycznych doniesień z gułagu, miejsca prześladowań, drastycznych ograniczeń wolności. Poruszał się po wytyczonych drogach, bo Phenian był miastem zamkniętym – ale jako dziecko nie wiedział o tym. W obrębie wyznaczonym wszystko funkcjonowało prawidłowo, mechanizm się sprawdzał (…) To, czego dziecko nie umiało nazwać, spostrzec, widzi już dorosły. On interpretuje, dookreśla, nazywa. Cóż inny zupełnie jest poziom postrzegania świata przez chłopca, inni przez mężczyznę. Odczucia dziecka rozmyły się, a próby przywołania ich, odpomnienia, wydają się być czasami daremne.

Piotr Gajda na łamach „Arterii”  (nr 18) widzi w Dwóch latach w Phenianie podróż w głąb siebie:

Po ponad dwudziestu latach nadal zmaga się z tamtym chłopcem, jakby nie bardzo wierząc w koniec dzieciństwa. Bogatszy o zdobytą później wiedzę na temat Korei pozostaje przy perspektywie kilkunastoletniego chłopaka, nadając jego opowieści „dorosłe” literackie kontury. Mimo to mamy do czynienia cały czas z poważną literaturą non fiction, której najlepszym składnikiem jest uwypuklony przez autora kontrast pomiędzy  epokowymi przemianami roku 1989, zachodzącymi w odległej ojczyźnie, a zaduchem komunistycznej Azji. Dwa lata w Phenianie to przede wszystkim świetny literacki opis anty-przygody nieco wyalienowanego dwunastolatka, który żyjąc w egzotycznym miejscu, myślał prawie bez przerwy tylko o tym, że na swoje nieszczęście zatrzymał się w rozwoju, podczas gdy jego rówieśnicy tam daleko, na polskich podwórkach dopiero co zaczęli żyć naprawdę. Takie spojrzenie mówi najwięcej o tym, czym naprawdę była (i wciąż jest) Korea Północna opisana przez twórcę Elegii dla Iana Curtisa – gorzkim i trującym klejem po drugiej stronie egzotycznego znaczka.

Tony krytyczne przeważają natomiast w recenzji zamieszczonej w gdańskim „Autografie” (nr 1/2015). Jest to jak najbardziej zrozumiałe, gdyż jej autor Eugeniusz Kurzawa diametralnie inaczej niż ja ocenia okres PRL.

Pisząc o Korei A. Nowaczewski przy okazji – nie wiem zresztą czemu – wylał na karty pretensje do minionej Polski Ludowej. Jakby mało ich było w polskich mediach, polityce. Szkoda, bo bez tego mogła powstać ciekawa książka. Choć i tę przeczytałem z oczywistym dla mnie zainteresowaniem –podsumowuje recenzent. Wcześniej wytyka m.in.:

Co mnie irytuje to (zresztą nie tylko w przypadku tego autora), to posługiwanie się obcym mi, ideologicznym językiem polskim. Kilkakrotnie jeżyłem się czytając o „Sojuzie”, „sowieckiej” szkole czy ambasadzie (rozdział „Co tam robiłeś”). Czy nie można napisać o „radzieckiej” szkole? To już wolę jak ktoś używa zwrotu „ruskiej”, bo tak mówiły np. dzieciaki (i ja też) w czasach szkolnych, ale bez dzisiejszego ładunku pogardy. Z tego rozdziału wyłazi, zresztą niestety, polski kompleks wobec Rosji, ZSRR. Dokładniej powiedziałbym kompleks polskiej inteligencji, która nie potrafi przełamać myślowych stereotypów. (…) Nie mogę też zaakceptować określenia, iż do rąk dwunastoletniego wówczas Artura trafiały z Polski „gazety jeszcze komunistyczne”. (s. 69). Skąd takowe mogły się wziąć w Polsce, zastanawiam się, gdyż pracowałem w ówczesnej prasie i jako żywo nie pamiętam ani gazet „komunistycznych”, ani samego „ komunizmu”. Może żyliśmy w innych Polskach?

Warto do tych zarzutów pokrótce się odnieść.  Określenie „sowiecki” stosowane było powszechnie w II Rzeczpospolitej a także w czasie II wojny światowej. Dopiero w 1947 zastąpiono je słowem „radziecki”. Nad tym, żeby wraże określenie „sowiecki” albo „Sowieci” nie pojawiało się w prasie czuwała cenzura. Tak więc stosuję to słowo z rozmysłem. Nie wiem też, co niewłaściwego ma być w stosunku polskiej inteligencji wobec ZSRR. Część tej inteligencji dzięki towarzyszom radzieckim wylądowała kiedyś w katyńskich dołach, a gazety wychodzące w PRL przez ponad czterdzieści lat nie zająknęły się, kto był za to odpowiedzialny. Od czasu jak napisałem książkę, to znaczy od 2011 roku, Rosja dostarczyła mi szereg argumentów, żebym mógł przełamywać swoje myślowe stereotypy. Raport Anodiny, pozaszywane szmaty w ciałach ofiar ze Smoleńska, zajęcie Krymu, wojna w Donbasie, wybudowanie pomnika Stalina w Jałcie,  a nade wszystko były agent KGB jako lider państwa i idol sporej części rosyjskiego społeczeństwa – myślę, że powinienem pozbyć się swoich sowieckich fobii… To prawda, że ogół prasy pod koniec 1989 nie był już komunistyczny. Ojciec dwunastoletniego Artura nie otrzymywał jednak w pracy „Gazety Wyborczej” ze znaczkiem Solidarności w winiecie, ale organ PZPR „Trybunę Ludu” opatrzoną hasłem „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. Zatem nie tylko żyliśmy z Eugeniuszem Kurzawą w innych Polskach, ale nadal w nich żyjemy. Na szczęście Eugeniusz Kurzawa ma prawo z sentymentem wspominać  swoją młodość w PRL, a ja mam prawo użyć słowa „sowiecki” w swojej książce. I niech tak już zostanie.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza