wtorek, 2 sierpnia 2016

W Pradze

Gdzieś na tory zwaliły się druty, pociąg się spóźnił prawie półtorej godziny, nie zdążyliśmy na busa, zostaliśmy wyrzuceni na brzeg miasta bez biletu i noclegu. Taka niechciana noc, kiedy czekasz na swoje połączenie, a zamykają dworzec. Trzy bezsensowne godziny w sławnym mieście Praga, po którym przewalają się tłumy uczestników afterów i biforków, idących stadami w pijanym widzie, jakby ktoś rozsiał po okolicy wysyłające wibracje pokemony, jakby przyzywał ich puls klubów, piekielnych jaskiń na Placu Wacława. Mieszanina języków, bełkotliwy angielski, rozdziawiony rosyjski, natarczywa francuszczyzna, wulgarny polski, nagle rymujący się ze wszystkimi językami czeski. Sobota – nieustające światowe dni młodzieży. Hordy erasmusów, wolontariusze wszystkich krajów łączący się pod Mostem Karola.  Nic nie było dla nas ciekawego tej nocy w tym mieście, choć aktualna sława głosi pewnie coś dokładnie odwrotnego.

Fot. Aneta Klimek

            Piękniej było tu kilka dni wcześniej, wieczorem, gdy deszcz wypłukał postacie Japończyków w smutnych plastikowych pelerynach. Nad Wełtawą wyrosła grzybnia parasoli, próbując osłonić stoiska portreciarzy. Karykatury przykryte folią świeciły się perliście. Miasto zamazywało się, stawało się mniej realnym i jako takie – jako mniej realne  -  było bliższe temu z wyobraźni. Wyobraźnia ta była – taka jakoś lirycznościowa i nieco kiczowata. Zapalająca się na sławne nazwy jakby były to magiczne totemy.

 Fot. Aneta Klimek 

Nie mieliśmy żadnego aktualnego przewodnika – w końcu zabytki stać muszą w tych samych miejscach. Świat opisywał nam nieaktualny „praktyczny” przewodnik „Czechy i Słowacja” z 1994 roku. Tłumaczony z angielskiego, napisany przez jakiegoś aroganckiego Brytyjczyka, oglądającego świat okiem sytym i rzeczowym. Po prawdzie nie było czasu, aby go w Pradze otworzyć. Zrobiłem to raz, gdy znajdowaliśmy się w czeskiej piwnicy „U Medvidku” (Pod Niedźwiadkami). Opis brzmiał: „Kolejna praska instytucja, której korzenie sięgają XIII w. Dziś jedzenie nieszczególne, a piwo z Budziejowic (oryginalny Budweiser) nie zawsze takie, jakie być powinno, rekompensuje to jednak lokalizacja w centrum, bezpretensjonalność i przestronność. Pn.-sob. 11.00-23.00. Tanio”. Minęło dwadzieścia kilka lat, a „U Medvidku” nic się nie zmieniło. Było jak na Pragę tanio i bez pretensji. Jedzenie proste i konkretne. Piwo w solennym kuflu, kelnerzy w białych koszulach, wiedzący zawsze, kiedy spytać o następną kolejkę. Wszystko pod stropami rozległej sali, gdzie ludzie w różnym wieku, siedzieli przy długich stołach rozmawiając zawzięcie.  To miejsce nikomu nic nie chciało udowadniać. Nikomu schlebiać. Było, jakie było. Twardo osadzone w rzeczywistości, odporne na czas. Ten nieszczególny opis z przewodnika pozwolił sprawdzić – jeszcze istnieje.


                                                        Fot. Aneta Klimek

A jednak coś się zmieniło. Przerzucając stronę trafiliśmy, kilka pozycji niżej, na opis Zlatego Tygra: „Piwiarnia chętnie odwiedzana przez śmietankę literacką Pragi z Bohumilem Hrabalem na czele. Przyszłość lokalu jest obecnie niepewna. Pn. – sb. 15-23.00.” Przypomniałem sobie go feralnej nocy, gdy snuliśmy się po mieście bez otwartego dworca. I ów – nieco arogancki praktyczny przewodnik sprzed ćwierć wieku wydał mi się staroświecki. Literatura już dawno w tym świecie spadła do niższej ligi, a pisarze wraz z nią. Kto chciałby – w dzisiejszych celebryckich czasach - oglądać starszych panów pijących piwo? I pisać jeszcze o nich w przewodniku? Nie próbowaliśmy znaleźć Zlatego Tigra, nie byłoby – nawet gdyby istniał – po co. Nie widziałem też jakoś – w świecie marketingowej perfekcji – miejsca dla początkującego Bohumila Hrabala. Dzisiejszy świat nie stworzy stałych, twardo osadzonych w rzeczywistości miejsc. Miejsca tego świata upadną jak trendy, przeminą jak gatunki muzyki puszczane przez didżejów. Kiedy mnie spytasz „O czym myślisz?”, będę obracał w głowie to zdanie: „przyszłość lokalu jest obecnie niepewna”.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza