niedziela, 16 września 2012

Urywek VIII - dedykuję literatom


Historia, zwłaszcza historia literatury to nie jest taka sympatyczna starsza pani, która czyta, czyta wszystko, co napisano a potem oddaje sprawiedliwość. Wielu autorów jednak wierzy w tego świętego Mikołaja, który przyniesie im miejsce w ludzkiej pamięci, przechowa na zawsze ich pisaninę. Utwierdzają się nawzajem w swojej ważności publikując, recenzując się nawzajem, startując w konkursach, wyróżniając się, nominując. Przypisują sobie znaczenie dlatego, że piszą, że wydają. To tłum ludzi, ktorzy uważają się za lepszych od innych. Czasem inni, którzy grzeją się w cieniu albo odbitym świetle tych, którzy jak się im zdaje mają znaczenie. Są też cynicy, hochsztaplerzy wtajemniczeni w działanie instytucji literackich - nie wierzą w historię literatury - starszą panią, ale są  przekonani, że wiedzą jak oszukać swój los - gdzie wydać, komu podsunąć, żeby zaistnieć w tym, co się historią literatury nazywa. Tzw. historia literatury i tak unieważni ich frajerskie zabiegi. Tylko kilku-kilkunastu na całe stulecie narzuci swój język, którego epoki nie będą mogły unieważnić. Inni pozostaną w nieświadomej manierze. Będą typowi.

Jest jeszcze jeden wątek, niezwykle ważny - nadprodukcja. Geometryczny wzrost listy piszących, którzy nie mogą zostać przeczytani. W Dwudziestoleciu wystarczyło opublikować choćby coś w "Wiadomościach Literackich", po wojnie na przykład w paryskiej "Kulturze". Tak można było zostać częścią historii literatury - bo ilość publikujących była stosunkowo niewielka. Jeden krytyk był w stanie przeczytać wszystko i także był w stanie współkreować dalszy bieg ludzkiej pamięci. Teraz nikt nie ogarnia wszystkiego. Nikt wszystkiego nie czyta, jest to zwyczajnie fizycznie niemożliwe. Istnieją więc nagrody literackie,  literackie pisma, dziesiątki innych pomniejszych instytucji, które celebrują same siebie. Istnieją ludzie, którzy wierzą, że za pomocą instytucji są w stanie historię literatury napisać. Bo przecież jeśli jej nie ma - trzeba ją stworzyć. Ich usiłowania i uzurpacje są w gruncie rzeczy podobne do aspiracji tych, którzy chcą zostawić ślad. Towarzyszą im emocje charakterystyczne bardziej dla polityków niż twórców. To już nie historia literatury, to polityka literatury. Walka o władzę w literaturze. Można szukać tych "grup trzymających władzę", tropić je- ale - po co? By tworzyć przeciwciała? Przeciwgrupy? Jak się więc z tego wyzwolić? Czy jest sens w ogóle zajmować się pisaniem? Nie wiem.

Ale jeden trop wydaje mi się ciekawy. Jeśli już pisać, trzeba pisać wbrew literaturze, literaturze jako instytucji. Herling-Grudziński przytacza gdzieś w Dziennikach pisanych nocą taką głupią wypowiedź Wojciecha Żukrowskiego. Żukrowski obruszał się na Nagrodę Nobla dla Pasternaka. Co on napisał - mówił. Jedną powieść? Ja mam na półce dwadzieścia osiem grzbietów! Oto typowa wypowiedź idioty, który wierzy w literaturę jako instytucję. Zderzenie pisarza z literatem. Pisarz to sposób istnienia, literat to profesja, członkostwo, marka itd. Spotkacie całe tabuny literatów-idiotów. Ale także literatów udających pisarzy. Robią to samo, co inni literaci - tyle, że sprawniej chcą zaistnieć kosztem innych, przyciągnąć więcej uwagi. Wszyscy i tak dostaną tę samą nagrodę. Powie ktoś - ale jak poczytać korespondencję Gombrowicza z Giedroyciem, przecież widać jak on zabiegał, jak się wściekał, jaki był małostkowy. Przecież i on jest literatem. Trzeba chodzić koło swojego pisania. To tylko część prawdy. Gombrowicz doskonale oddzielał to, co można w nim nazwać pisarzem od tego, co można zdefiniować jako literata. Pisarz jednak zawsze był nadrzędny. Gdy jest na odwrót - literat zawsze pożre pisarza. I to jest o wiele częstszy los piszących. Forma i groteska będąca udziałem wielu.

sobota, 15 września 2012

Nowe numery "Toposu" i "44"

W ostatnim numerze "Toposu" ukazała się recenzja Szlifibruków i flaneurów autorstwa Piotra Wiktora Lorkowskiego. Można w niej przeczytać m.in: Erudycja literaturoznawcza idzie u Nowaczewskiego w parze z myśleniem właściwym historykom. Dlatego bezbłędnie ogrania procesualność, łapie rytm społecznych ewolucji,   demokratyzacji albo kolejnych etapów emancypacji, zapisanych w poezji futurystów, Tuwima, Wierzyńskiego Peipera. Tak samo sprawnie   analizuje Nowaczewski znaczenie nagłych zwrotów ulicznej akcji: tramwajowych wypadków odnotowanych onomatopeicznie przez Brunona Jasieńskiego (s. 28), erotycznych olśnień  (s. 30) przeżywanych przez Anatola Sterna, intymnych wtajemniczeń  bohaterów opowiadań Marka Hłaski oraz skutki nieomal kosmicznych kataklizmów, po których, jak po powstaniu warszawskim w pamiętniku Białoszewskiego ostają się jedynie  nazwy, widma, powidoki. Do tego samego kręgu tematycznego  należą tutaj konsekwencje powojennych odbudów-przebudów,  co nie są już rekonstrukcjami, a dekonstrukcjami zdobytych lub odzyskanych miast. 

Natomiast w 4 numerze Magazynu Apokaliptycznego "44" premiera dwóch moich wierszy ("taniec ducha "oraz "Das Boot").


sobota, 11 sierpnia 2012

Z dzienników Kutabuka - Chabówka-Turbacz-Mogielica-Jurków (8-10 sierpnia 2012)


8 sierpnia 2012 - Turbacz

10 sierpnia 1832 roku Seweryn Goszczyński wybrał się na Kluczki – tak wtedy nazywano Turbacz i opisał to w Dzienniku podróży do Tatrów. Jest to coś niezwykłego czytać o wzruszeniach kogoś sprzed prawie dwustu lat. Tak jestem pełny tej chwili, tak mi potrzeba wylać się z moich uczuć w jakikolwiek sposób, tak wiele mi zależy aby jakikolwiek ślad dotykalny został po niej a przy tem noc taka śliczna, taka cisza, taka swoboda w mojej pustelni; będę pisał – notuje poeta zaraz po powrocie. Nie była to zbyt męcząca wycieczka, towarzystwo bryczkami wjechało na szczyt i tam biesiadowało. Goszczyński oddalił się na chwilę od reszty, zachłystywał widokiem z wybitności szczytu i poddawał rozmyślaniom. Można sobie wyobrazić późniejsze piesze zejście z Turbacza przy zapadającym zmierzchu. Jeśli kiedyś będziecie szli na Turbacz, skserujcie te kilka stron z Dziennika... Goszczyńskiego i odczytajcie na szczycie. Będzie to jak rozmowa z duchem, pełnym ekstatycznej radości.

Miałem wchodzić na Turbacz z Nowego Targu, ale stwierdziłem, że droga ta będzie zbyt krótka, już w Chabówce wyskoczyłem więc z pociągu i ruszyłem do Rabki. Minąwszy park zdrojowy, jego klomby, fontanny, ostatnie domy w miasteczku znalazłem się na wypukłości pejzażu. Rozpoznawałem okoliczne szczyty – Luboń Wielki a z dala – Tatry i Babią Górę. Czerwony szlak prowadził przez obszerne łąki, prześwity lasów. Turystów trochę było jeszcze w okolicach schroniska Maciejowa i Starych Wierchów. Rodziny z dziećmi i psami, zakonnice, studenci. Ale już na drodze Turbacza szlak się powoli wyludniał. Myślałem o tym, że mieliśmy tu z tatą kończyć nasz marsz w roku 1989 – kiedy wyruszyliśmy ze Starego Sącza przez Beskid Sądecki i Pieniny na zachód. Doszliśmy wtedy jedynie do Lubania. Miałem wtedy jedenaście lat. Nie mam żadnego zdjęcia z tej tak ważnej inicjacyjnej wyprawy, zdjęć z małego enerdowskiego aparatu nigdy nie wywołaliśmy. Nadchodziła powoli epoka japońskich małpek, kolorów kodaka. Zostały za to napisane dwadzieścia lat potem dwa wiersze Przehyba 1989, Czorsztyn 1989. Gdy nie masz zdjęć i obraz nie może ci zastąpić pamięci musisz pisać. Więc piszę. Tym razem też zdjęć nie przywiozłem. Miałem tylko telefon Nokia o bardzo słabej rozdzielczości. Ani z 1998 roku, kiedy wszedłem na Turbacz z Łopusznej (w Kutabuku Łopuszną nazywam „tą wsią, w której jest odrestaurowany dworek”). Właścicielami tego dworku była zaś rodzina Tetmajerów. Tych Tetmajerów. A ich gościem był Goszczyński.

Szedłem zatem w przeciwnym kierunku niż moglibyśmy iść w roku 1989. Las miejscami przerzedzał się, spomiędzy świerkowej ciemnej zieleni sterczały poszarzałe kikuty. Wiatrołomy. Wreszcie jest – płaski wierzchołek z oknem na południe. Na środku polany betonowy obelisk. Jest też żeliwny krzyż i tablica drewniana „Turbacz 1311”. Spotkałem sympatyczną rodzinę z Krakowa. Pan Michał zaproponował, że zrobi mi zdjęcie. I tak zostałem uchwycony tu, na tym szczycie.



Kiedy znajdziesz się w paśmie słabo uczęszczanym - spotkanie kogoś w górach sprawia przyjemność. Często ludzie się mnie pytają, dlaczego chodzę sam. Może między innymi dlatego, że nigdy nie jestem sam do końca? Bo ta samotność zwykle jest pretekstem dla kogoś, by mnie zaczepić, zamienić kilka słów. Spotkanie kogoś, kto podziela zachwyt chwilą –  jest tej chwili jakimś skumulowaniem. Wieczór był chłodny. W schronisku z przykrością skonstatowałem, że kotlety weszły do Unii. I ceny smakują unijnie. Posiliłem się więc kiełbasą śląską z biedronki. Z namiotu miałem piękny widok na wschód – polany i szczyty Gorców.


9 sierpnia Turbacz - Mogielica

Rano szybko się zwinąłem. I hajda naprzód! Pierwszym miejscem, które napotkałem był szałasowy Ołtarz na Hali Turbacz. Gdy chodzi się po Gorcach i w ogóle po Beskidach wciąż natrafia się na szlaki papieskie. Obfitość kapliczek i mnogość papieskich śladów sprawiają, że wchodzi się na jakby na świętą ziemię, gdzie do rangi sacrum jest podniesione górskie wędrowanie. Nie musiałem mieć wielkiej wyobraźni, żeby przedstawić sobie młodego Karola Wojtyłę, który w 1953 roku (!) a więc w czasach gdy niepodzielnie panowała jeszcze stara liturgia łacińska, odprawił tu po raz pierwszy w swoim życiu mszę twarzą do wiernych. Szedłem przez halę rozkołysany wewnątrz. Ciekawe, że gatunek sielanki jest związany ze światem pasterzy a Chrystus, który zresztą żył w kraju pasterskim jako dobry pasterz się przedstawiał. Jako do dziecka miasta jakoś nigdy do mnie to nie przemawiało: czuć się owcą, co za pomysł (!) A jednak teraz wszystko mi tu pasowało. Jest coś w pejzażu Gorców, co kieruje w Tamtą stronę. Jakoś szczególnie, bo przecież byłem w wielu pasmach górskich i one mówiły do mnie trochę inaczej. Zresztą – świetnie oddają to wiersze Wojtka Kudyby z tomiku Gorce Pana. Jest tam ten wewnętrzny puls, rytm, ale także brzmienie drzew, ptaków, ziół w swojej różnorodności i konkrecie.

A potem zszedłem w bór, gdzie usłyszałem głos piły. Głos piły w parku narodowym? Co za dywersja? Okazało się jednak, że byli to pracownicy parku, którzy ścinali niebezpiecznie pochylone nad szlakiem pnie. Droga na Kudłoń raz po raz rozbłyskała widokami na wszystkie strony przez rozległe polany. Spotkałem tam spieszonych narciarzy biegowych, którzy wracali na dobrze sobie znane szlaki teraz w apogeum lata. I znów przyjemne pogawędki przed sklepem spożywczym na Przysłopie. A potem już droga na Mogielicę. Dość wyczerpująca – bo kłopoty z orientacją (wyręby, zmora wszystkich szlaków), do tego odpadła mi cała vibramowa podeszwa, rzecz niebywała, nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. Człapałem więc chlapiąc podeszwą, ale długo tak się nie dało. Dalej więc maszerowałem po raz pierwszy w dwóch różnych butach – ciężki bucior trekingowy żeniąc z sandałem. Pełna groteska. Mógłbym opisać swoje trudności na tym odcinku, ale po co? Zawsze jest ten moment psychicznego dołu, gdy czujesz głód, zniechęcenie słońcem i czas zaczyna biec wolniej. Dość dużo było po drodze małych wiosek, przysiółków, ale w ogóle góry były puste. Tylko trochę młodzieży z bazy namiotowej i ojciec oraz dwóch synów w poszukiwaniu zaginionego ogara. „Poszedł” w las i gdzieś się błąkał. Widoki z polan były tak piękne, że zapierały dech. Pierwszy raz wszedłem w Beskid Wyspowy i od razu pokochałem te góry.

Mogielica od południa prezentowała się potężnie. Około 19 znalazłem miejsce na rozbicie namiotu na polanie trochę poniżej grani. I pozbywszy się balastu pobiegłem jeszcze na górę. Na szczycie jacyś goście palili ognisko. Zdążyłem akurat wspiąć się na wieżę by jeszcze dojrzeć ostatki dnia w ciemniejących masywach. Wieża wyrastała ponad wszystkie drzewa – więc widok był imponujący. A potem szybkie zejście i spać.

10 sierpnia - Mogielica i Jurków...- koniec

Szliśmy zawsze od nowa - górą, dołem, górą
Wśród niebezpieczeństw, krakań, puchania puchaczy
Tam, gdzie było jaśniej, gdzie wśród mrocznych gęstwin
Coś świeciło. Zawsze po raz pierwszy.
(W. Kudyba, szlak kamienisty)

Rano obudziły mnie krople deszczu. Kląc pod nosem składałem swój biwak. W ponczo moro niby nietoperz wchodziłem teraz z pełnym już obciążeniem na Mogielicę. Po drodze dogonił mnie inny samotny wędrowiec. Patryk, student matematyki stosowanej z Mielca wyruszył o szóstej z bazy namiotowej, którą minąłem wczoraj po południu. Gdy usłyszał, że jestem wykładowcą literatury współczesnej poprosił, żeby polecić mu jakieś książki do czytania. Był to oczytany świeży ścisły umysł, który nie bał się Lema i Dukaja. Gadaliśmy prawie pół godziny siedząc we mgle pod wieżą. I tu o ósmej rano w siąpiącym deszczu pod Mogielicą, jako nauczyciel literatury robiłem coś, co było przydatne. I żaden „pragmatyk” życiowy nie mówił mi, że jestem „adiunktem, który nic o życiu nie wie”. A co wy wiecie o świecie - klienci biur podróży? Spotkanie z Patrykiem było kodą całej wycieczki. Schodziliśmy jeszcze przez chwilę razem – potem ja odbiłem na szlak niebieski a on zielony. Rozchodziły się na drzewie – w dwie drogi, jedna wiodła na lewo, druga na prawo. Uścisnęliśmy sobie mocno dłonie.

Ta chwila, gdy chcesz zapamiętać czyjeś imię i gdy wyjawiasz swoje imię na pożegnanie. A potem wiesz – jak Goszczyński dwa wieki temu – to jest piękne, będę pisał. 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Urywek VII – Nikt już nie żyje z obrońców Westerplatte


Spójrz tylko na siebie
nie złowisz go
na metafizyczny dreszcz.
Już zacznij budzić litość.

D. Sośnicki, Klasyka gatunku Apokalipsa Świętego Jana

Wycięte z papieru słowa Jana Pawła II ze szkolnej gazetki w Szkole Podstawowej nr 45 im. Bohaterów Westerplatte na ulicy Matki Polki:
Każdy z was młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”.
Papież wypowiedział je 12 czerwca 1987 roku podczas spotkania z młodzieżą na Westerplatte. Na spotkaniu było obecnych 38 żyjących wtedy obrońców składnicy.
Minęło 25 lat.
Papież od lat nie żyje.
Dzisiaj zmarł ostatni obrońca Ignacy Skowron. W 1939 roku walczył w stopniu kaprala. Zmarł jako major. Jak Sucharski. Ale jako kto się zameldował?

Poczułem dziś dreszcz. Czy czuć go potrafiłem wtedy, ćwierć wieku temu? Kto właściwie to poczuł? Ja sam, teraz, czy może ten chłopiec, który skulił się widząc, że znajduje się już na froncie?


poniedziałek, 30 lipca 2012

O poetyckich debiutach w II Programie Polskiego Radia

23 lipca w II Programie Polskiego Radia została wyemitowana AUDYCJA poświęcona poetyckim debiutom, w której wziąłem udział. Gośćmi Moniki Pilch byli również Izabela Kawczyńska, Karol Bajorowicz i Artur Fryz. Na stronie PR można odsłuchać blisko półgodzinne nagranie.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Urywek VI - po stronie aronii


 



W Weiserze Dawidku dolina zaskrońców zostaje zamieniona w ogródki działkowe. Kiedy na dzikim dotąd terenie powstają ogródki, Weiser wyłapuje zaskrońce by je przenieść w bezpieczne miejsce w lesie. Scena ta utkwiła mi w pamięci jako gest protestu przeciw rzeczywistości, gest bez szans na zwycięstwo. Nie dziwię się niechęci Huellego do ogródków. Wystarczy zobaczyć jak działki w PRL zniszczyły oliwską Dolinę Radości. Ale jestem młodszy o jedno pokolenie i działki były już dla mnie przestrzenią pozytywnych emocji. Mieć własną działkę – to dużo w latach osiemdziesiątych znaczyło. Dzięki temu mieliśmy w domu świeże warzywa i owoce, to na działkach poznałem smak truskawek, malin, porzeczek, czy gruszek, nauczyłem się odróżniać węgierki od mirabelek. Działki były w tym późnym PRL przestrzenią wolności, gdzie można było wybudować altankę, domek, poczuć się jak u siebie. Mój śp. dziadek całe życie pływał, ale jego marzeniem było zostać leśnikiem lub ogrodnikiem. Swoje marzenia spełnił cząstkowo, na emeryturze, kiedy uprawiał działkę i to były ostatnie lata w jego życiu, z których czerpał radość. Działki miał dwie – jedna znajdowała się na Olszynce, druga – w Oliwie w miejscu, gdzie dziś stoi nowoczesna biblioteka UG. Obie już nie istnieją. Jeszcze, gdy studiowałem resztki działek rozpościerały się za parkingiem za Wita Stwosza. Chodziliśmy tam czasem na piwo. Zdziczałe działki oglądały wiele postpunkowych imprez. Potem nadszedł czas nowoczesności i syntetyczności. Zniknięcie działek odczułem jako nieuchronny znak przemijania, ale jako smutną konieczność. Dziesięć lat temu napisałem ten wiersz:

działki

do ogródków działkowych na obrzeżach miasta
szło się wybojami, dziadek prowadził.
dziś już nie istnieje ta kraina zardzewiałej siatki
i smerfnych domków w muchomory.

ale wtedy jeszcze przed każdym gankiem
stał czujny strażnik - chropawy krasnal z gipsu
i łuski ciepła tkwiły w satelitarnych
talerzach słoneczników. co południe
można było wykurzyć cień spod kamieni.

a jednak zwycięstwo nad siłami nocy
skoncentrowanymi parę stref czasowych
na wschód od Greenwich było czysto wizualne –
brud sękatych desek i zapach pajęczyn
pozostawały odporne na słońce.

nic nie można było na to poradzić.

dziadek uczył mnie więc
jak zbierać codzienny plon światła.

Dziś słyszę, że działki ustawowo chce się odebrać działkowcom. Pewnie najczęściej po to, żeby w miejscu ogródków postawić to, co jest symbolem architektury III RP – galerie handlowe, markety i otaczające je parkingi. W chaosie budownictwa nowej epoki, na to jedno zawsze znajdowało się miejsce. Na geanty, reale, oszony, tesco i castoramy. Wraz z nimi zaczęły znikać małe sklepy. Dziś ulica Grunwaldzka we Wrzeszczu, kiedyś ulica handlowa, pełna jeszcze w czasach transformacji ruchu, jest już ulicą zimnych i potężnych banków. A rojny kiedyś rynek dogorywa.

Tak, więc nie mogę być wrogiem działek. Jak można być wrogiem czegoś, co jest – na pół intymne, uprawiane własnymi rękami, pełne bezbronnych wobec czasu gratów a przy tym enklawą zieleni, braku pośpiechu. Wreszcie czegoś, co jest własnością ludzi najczęściej niezbyt zamożnych, emerytów, tych, którzy niewiele na zmianie ustroju zyskali i dla których własna działka jest centrum ich prywatnego, skromnego świata.

Weiser przenosił z działek zaskrońce. Ja ze swojego życia zapamiętałem już inną scenę. Mój dziadek, stary kresowiak, gdy działki miały być zlikwidowane wykopywał z ogródka, co mniejsze krzaczki i drzewka, aby przesadzić je w inne bezpieczniejsze miejsce.

Ten obraz dziadka osłaniającego przed zagładą drzewko aronii jest ze mną do dziś.

Ordynarny jak zawsze Stefan Niesiołowski, profesor nauk biologicznych, taka peerelowska mutacja pana od przyrody, powiedział ostatnio: nie może być tak, że jakieś budy blokują rozwój miast. Jak zwykle zwięźle wyraził to, co myśli władza. Nie liczy się ze starszymi ludźmi i myśli tylko o tym jak na teren ogródków działkowych wpuścić deweloperów. Nie każdy, kto uprawia działkę, jest zwolennikiem jakiegoś tam prezesa i jego peerelowskich struktur. Czy mój śp. dziadek był zwolennikiem komuny? Nie. Stał po stronie drzewka aronii.


Poeci w obronie ogródków działkowych

O sprawie pisali już inni poeci. Zbiór linków.

Urszula Kozioł:

poniedziałek, 9 lipca 2012

Urywek V – na upadek Ossolineum


Niewielki format B6, charakterystyczna biała okładka. Na grzbiecie nazwiska autorów dawno zmarłych. Biblioteka narodowa, znaczy „be-enka”. Każde dzieło opatrzone wstępem. Paginacje rzymska i arabska – dwie książki w jednym. Obfitość przypisów. Nowa nauka czytania. Z uwzględnieniem kontekstu. Historia literatury mająca swój realny materialny kształt. Spędziłem nad książkami z „be-enki” tysiące godzin, przygotowywałem się z nimi do wszystkich egzaminów na filologii. Były te książki jak ostatnia instancja. Powstawały w rękach szacownych profesorów. Autorzy wstępów mieli status bytów eterycznych, niemal niematerialnych. Gdyby kurz był anielski, to pewnie osypywałby się z ich skrzydeł. I wszystkiemu temu patronowała nazwa wydawnictwa: Zakład Narodowy im. Ossolińskich. I rok jego powstania – 1817 rok. Zbierałem kiedyś te książki, dorobiłem się całej półki. Ta półka – to miał być solidny fundament pod moje polonistyczne życie i takim chyba był. Ta półka – to był mój szacunek dla literatury narodowej. Skromny ołtarzyk, coś jakby wota. To była stabilność, ten rok 1817 – gwarant, że mijają zabory, wojny, znika polski Lwów, rządzą komuniści, ale nade wszystko trwa Biblioteka Narodowa Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Jej trwanie było czymś oczywistym. Jakby ktoś mnie spytał jakie by było moje największe pisarskie marzenie – powiedziałbym, żeby moje wiersze kiedyś ukazały się w wydaniu „be-enki”. A gdyby ktoś mnie spytał o moje największe marzenie naukowe – powiedziałbym, żeby napisać jakiś wstęp w wydaniu „be-enki”. Gdyby ktoś mnie spytał, jaki był najwybitniejszy polonista, którego poznałem, powiedziałbym: pewnie było ich kilku, ale w historii literatury pewnie zostanie Profesor Józef Bachórz, autor wstępu do Lalki w wydaniu „be-enki”. Gdybym miał określić, czym różnię się od kolegów piszących, którzy nie studiowali polonistyki, odpowiedziałbym: oni nie zaznali „be-enki”, słabiej wrośli w polską literaturę, słabiej z niej wyrośli albo wyrośli jak samosiejki – ja mam za to solidny polski korzeń, a jest on z rzymskich cyfr w wydaniach „be-enki”. I moja frustracja także jest stamtąd, bo z czego się brała, jak nie z tego, że do innego statusu literatury przyzwyczaiły mnie wydania z „be-enki”.

A teraz puenta:
Decyzją Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspólników 2 lipca Spółka Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo została rozwiązana. W ten sposób najstarsza polska oficyna przestała istnieć. Według ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego oficyna była niewłaściwie zarządzana. Jak powiedział, resort ma przygotowane 600 tys. zł na wykupienie praw do znaku towarowego Wydawnictwa Ossolineum. Zapewnił, że MKiDN przejmie zasoby wydawnictwa i prawa autorskie do jego zbiorów.

Ejże! - powie naiwny. -To smutne, ale przecież jest cień nadziei, przecież minister wykłada ponad pół miliona i nadal istnieje znak Ossolineum. No przecież – oburzy się dzisiejszy filister – no przecież spółka była zadłużona a minister zabiera pół miliona i to skąd? Z naszych podatków. Płacimy za to, żeby jakieś darmozjady przejadały naszą kasę i wydawały tomy makulatury jakichś Mickiewiczów i Słowackich. Niech upadają!

Naiwnemu odpowiem tak – teraz nazwę Ossolineum, bezstronną, wspólne narodowe dobro, przejmą „intelektualiści”, których można zobaczyć podczas obrad w sejmie i ich urzędnicze zaplecze. To zaplecze, które ostatnio w nekrologu pomyliło Edwarda Stachurę - legendarnego pisarza z popowym piosenkarzem. Oznacza to, że znakiem Ossolineum będzie rozporządzał każdy, kto tylko opanuje w wyniku wyborów odpowiedni resort. Jak nie ktoś z Platformy, to jakiś klon Giertycha, jak nie klon Giertycha, to ktoś z Ruchu Palikota, dajmy na to pan Biedroń. Tak czy inaczej prawie dwustuletnia marka przejdzie we władanie osób z przypadku. Wszystko jest możliwe. Ale najbardziej prawdopodobne, że przejmie ją, niezależnie od partyjnych barw, cytowany wyżej filister , który wystąpi w obronie naszych podatków. Najpierw wygugluje, czy powinien się obrazić za nazwanie go filistrem. A potem dokończy dzieła.

Demontaż już się zaczął. Nie będzie niczego jak powiedział klasyk.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Siedem grzechów głównych - wywiad dotyczący życia literackiego w Polsce

Piotrek Gajda rozpoczyna na swoim blogu publikację cyklu wywiadów, w którym wypowie się w kilkunastu poetów z całej Polski. Wszyscy mają odpowiedzieć na te same pytania dotyczące współczesnej krytyki literackiej i życia literackiego w Polsce. Idę na pierwszy ogień. Wchodząc na blog Piotra możecie zobaczyć moje odpowiedzi na poniższe pytania.


1.Jaki masz stosunek do własnego debiutu? Jakbyś scharakteryzował instytucję debiutu w ogóle?
2.Czy Twoim zdaniem możemy jeszcze w Polsce mówić o ogólnopolskim obiegu krytyczno-literackim? Czy uważasz, że ostatnia dekada w polskiej poezji współczesnej doczekała się choćby śladowego omówienia?
3.Jaki jest Twój stosunek do nagród literackich w Polsce? Pełnią obiektywną rolę opiniotwórczą, tworzą określone hierarchie literackie? Czy jest uprawnione, aby ich werdykty umownie nazywać „środowiskowymi”?
4.Czy w naszym kraju istnieje wyraźny podział na środowiska poetyckie, czy raczej mamy do czynienia z pojedynczymi nazwiskami rozrzuconymi po kraju –  kojarzonymi wyłącznie geograficznie?
5.Którzy poeci nadają ton współczesnej poezji? Czy w ostatnim czasie dołączyły do nich kolejne nowe nazwiska?
6.Portale poetyckie – jaką pełnią rolę?
7.Jaka według Ciebie jest przyszłość poezji?




środa, 9 maja 2012

Kutabuk, płyta - koncert premierowy!

Nasz zespół powstał w 10 grudnia 2010 roku w... Młodym Byronie. To właśnie wtedy miała premiera poematu Kutabuk. Teraz wracamy do Młodego Byrona mając w dorobku już debiutancki krążek. 
Serdecznie zapraszamy!

Młody Byron
12 maja, sobota
Sopot, ul. Czyżewskiego 12 (Dworek Sierakowskich)
bilety 10 zł