środa, 19 września 2012
niedziela, 16 września 2012
Urywek VIII - dedykuję literatom
Historia, zwłaszcza historia literatury to nie jest taka sympatyczna starsza pani, która czyta, czyta wszystko, co napisano a potem oddaje sprawiedliwość. Wielu autorów jednak wierzy w tego świętego Mikołaja, który przyniesie im miejsce w ludzkiej pamięci, przechowa na zawsze ich pisaninę. Utwierdzają się nawzajem w swojej ważności publikując, recenzując się nawzajem, startując w konkursach, wyróżniając się, nominując. Przypisują sobie znaczenie dlatego, że piszą, że wydają. To tłum ludzi, ktorzy uważają się za lepszych od innych. Czasem inni, którzy grzeją się w cieniu albo odbitym świetle tych, którzy jak się im zdaje mają znaczenie. Są też cynicy, hochsztaplerzy wtajemniczeni w działanie instytucji literackich - nie wierzą w historię literatury - starszą panią, ale są przekonani, że wiedzą jak oszukać swój los - gdzie wydać, komu podsunąć, żeby zaistnieć w tym, co się historią literatury nazywa. Tzw. historia literatury i tak unieważni ich frajerskie zabiegi. Tylko kilku-kilkunastu na całe stulecie narzuci swój język, którego epoki nie będą mogły unieważnić. Inni pozostaną w nieświadomej manierze. Będą typowi.
Jest jeszcze jeden wątek, niezwykle ważny - nadprodukcja. Geometryczny wzrost listy piszących, którzy nie mogą zostać przeczytani. W Dwudziestoleciu wystarczyło opublikować choćby coś w "Wiadomościach Literackich", po wojnie na przykład w paryskiej "Kulturze". Tak można było zostać częścią historii literatury - bo ilość publikujących była stosunkowo niewielka. Jeden krytyk był w stanie przeczytać wszystko i także był w stanie współkreować dalszy bieg ludzkiej pamięci. Teraz nikt nie ogarnia wszystkiego. Nikt wszystkiego nie czyta, jest to zwyczajnie fizycznie niemożliwe. Istnieją więc nagrody literackie, literackie pisma, dziesiątki innych pomniejszych instytucji, które celebrują same siebie. Istnieją ludzie, którzy wierzą, że za pomocą instytucji są w stanie historię literatury napisać. Bo przecież jeśli jej nie ma - trzeba ją stworzyć. Ich usiłowania i uzurpacje są w gruncie rzeczy podobne do aspiracji tych, którzy chcą zostawić ślad. Towarzyszą im emocje charakterystyczne bardziej dla polityków niż twórców. To już nie historia literatury, to polityka literatury. Walka o władzę w literaturze. Można szukać tych "grup trzymających władzę", tropić je- ale - po co? By tworzyć przeciwciała? Przeciwgrupy? Jak się więc z tego wyzwolić? Czy jest sens w ogóle zajmować się pisaniem? Nie wiem.
Ale jeden trop wydaje mi się ciekawy. Jeśli już pisać, trzeba pisać wbrew literaturze, literaturze jako instytucji. Herling-Grudziński przytacza gdzieś w Dziennikach pisanych nocą taką głupią wypowiedź Wojciecha Żukrowskiego. Żukrowski obruszał się na Nagrodę Nobla dla Pasternaka. Co on napisał - mówił. Jedną powieść? Ja mam na półce dwadzieścia osiem grzbietów! Oto typowa wypowiedź idioty, który wierzy w literaturę jako instytucję. Zderzenie pisarza z literatem. Pisarz to sposób istnienia, literat to profesja, członkostwo, marka itd. Spotkacie całe tabuny literatów-idiotów. Ale także literatów udających pisarzy. Robią to samo, co inni literaci - tyle, że sprawniej chcą zaistnieć kosztem innych, przyciągnąć więcej uwagi. Wszyscy i tak dostaną tę samą nagrodę. Powie ktoś - ale jak poczytać korespondencję Gombrowicza z Giedroyciem, przecież widać jak on zabiegał, jak się wściekał, jaki był małostkowy. Przecież i on jest literatem. Trzeba chodzić koło swojego pisania. To tylko część prawdy. Gombrowicz doskonale oddzielał to, co można w nim nazwać pisarzem od tego, co można zdefiniować jako literata. Pisarz jednak zawsze był nadrzędny. Gdy jest na odwrót - literat zawsze pożre pisarza. I to jest o wiele częstszy los piszących. Forma i groteska będąca udziałem wielu.
sobota, 15 września 2012
Nowe numery "Toposu" i "44"
W ostatnim numerze "Toposu" ukazała się recenzja Szlifibruków i flaneurów autorstwa Piotra Wiktora Lorkowskiego. Można w niej przeczytać m.in: Erudycja literaturoznawcza idzie u Nowaczewskiego w parze z myśleniem właściwym historykom. Dlatego bezbłędnie ogrania procesualność, łapie rytm społecznych ewolucji, demokratyzacji albo kolejnych etapów emancypacji, zapisanych w poezji futurystów, Tuwima, Wierzyńskiego Peipera. Tak samo sprawnie analizuje Nowaczewski znaczenie nagłych zwrotów ulicznej akcji: tramwajowych wypadków odnotowanych onomatopeicznie przez Brunona Jasieńskiego (s. 28), erotycznych olśnień (s. 30) przeżywanych przez Anatola Sterna, intymnych wtajemniczeń bohaterów opowiadań Marka Hłaski oraz skutki nieomal kosmicznych kataklizmów, po których, jak po powstaniu warszawskim w pamiętniku Białoszewskiego ostają się jedynie nazwy, widma, powidoki. Do tego samego kręgu tematycznego należą tutaj konsekwencje powojennych odbudów-przebudów, co nie są już rekonstrukcjami, a dekonstrukcjami zdobytych lub odzyskanych miast.
Natomiast w 4 numerze Magazynu Apokaliptycznego "44" premiera dwóch moich wierszy ("taniec ducha "oraz "Das Boot").
Natomiast w 4 numerze Magazynu Apokaliptycznego "44" premiera dwóch moich wierszy ("taniec ducha "oraz "Das Boot").
sobota, 11 sierpnia 2012
Z dzienników Kutabuka - Chabówka-Turbacz-Mogielica-Jurków (8-10 sierpnia 2012)
8 sierpnia 2012 - Turbacz
10 sierpnia 1832 roku Seweryn
Goszczyński wybrał się na Kluczki – tak wtedy nazywano Turbacz i
opisał to w Dzienniku podróży do Tatrów. Jest to coś niezwykłego czytać o wzruszeniach kogoś sprzed prawie dwustu
lat. Tak jestem pełny tej chwili, tak mi potrzeba wylać
się z moich uczuć w jakikolwiek sposób, tak wiele mi zależy aby
jakikolwiek ślad dotykalny został po niej a przy tem noc taka
śliczna, taka cisza, taka swoboda w mojej pustelni; będę pisał –
notuje poeta zaraz po powrocie. Nie była to zbyt męcząca
wycieczka, towarzystwo bryczkami wjechało na szczyt i tam
biesiadowało. Goszczyński oddalił się na chwilę od reszty,
zachłystywał widokiem z wybitności szczytu i poddawał
rozmyślaniom. Można sobie wyobrazić późniejsze piesze zejście z
Turbacza przy zapadającym zmierzchu. Jeśli kiedyś będziecie szli
na Turbacz, skserujcie te kilka stron z Dziennika... Goszczyńskiego
i odczytajcie na szczycie. Będzie to jak rozmowa z duchem, pełnym
ekstatycznej radości.
Miałem
wchodzić na Turbacz z Nowego Targu, ale stwierdziłem, że droga ta
będzie zbyt krótka, już w Chabówce wyskoczyłem więc z
pociągu i ruszyłem do Rabki. Minąwszy park zdrojowy, jego klomby,
fontanny, ostatnie domy w miasteczku znalazłem się na wypukłości
pejzażu. Rozpoznawałem okoliczne szczyty – Luboń Wielki a z dala
– Tatry i Babią Górę. Czerwony szlak prowadził przez obszerne
łąki, prześwity lasów. Turystów trochę było jeszcze w
okolicach schroniska Maciejowa i Starych Wierchów. Rodziny z dziećmi
i psami, zakonnice, studenci. Ale już na drodze Turbacza szlak się
powoli wyludniał. Myślałem o tym, że mieliśmy tu z tatą kończyć
nasz marsz w roku 1989 – kiedy wyruszyliśmy ze Starego Sącza
przez Beskid Sądecki i Pieniny na zachód. Doszliśmy wtedy jedynie
do Lubania. Miałem wtedy jedenaście lat. Nie mam żadnego zdjęcia
z tej tak ważnej inicjacyjnej wyprawy, zdjęć z małego
enerdowskiego aparatu nigdy nie wywołaliśmy. Nadchodziła powoli
epoka japońskich małpek, kolorów kodaka. Zostały za to napisane
dwadzieścia lat potem dwa wiersze Przehyba 1989, Czorsztyn 1989. Gdy
nie masz zdjęć i obraz nie może ci zastąpić pamięci musisz pisać. Więc
piszę. Tym razem też zdjęć nie przywiozłem. Miałem tylko
telefon Nokia o bardzo słabej rozdzielczości. Ani z 1998 roku,
kiedy wszedłem na Turbacz z Łopusznej (w Kutabuku
Łopuszną nazywam „tą wsią,
w której jest odrestaurowany dworek”). Właścicielami tego dworku
była zaś rodzina Tetmajerów. Tych Tetmajerów. A ich gościem był
Goszczyński.
Szedłem
zatem w przeciwnym kierunku niż moglibyśmy iść w roku 1989. Las
miejscami przerzedzał się, spomiędzy świerkowej ciemnej zieleni
sterczały poszarzałe kikuty. Wiatrołomy. Wreszcie jest – płaski
wierzchołek z oknem na południe. Na środku polany betonowy
obelisk. Jest też żeliwny krzyż i tablica drewniana „Turbacz
1311”. Spotkałem sympatyczną rodzinę z Krakowa. Pan Michał
zaproponował, że zrobi mi zdjęcie. I tak zostałem uchwycony tu,
na tym szczycie.
Kiedy
znajdziesz się w paśmie słabo uczęszczanym - spotkanie kogoś w
górach sprawia przyjemność. Często ludzie się mnie pytają,
dlaczego chodzę sam. Może między innymi dlatego, że nigdy nie
jestem sam do końca? Bo ta samotność zwykle jest pretekstem dla
kogoś, by mnie zaczepić, zamienić kilka słów. Spotkanie kogoś,
kto podziela zachwyt chwilą – jest tej chwili jakimś
skumulowaniem. Wieczór był chłodny. W schronisku z przykrością
skonstatowałem, że kotlety weszły do Unii. I ceny smakują
unijnie. Posiliłem się więc kiełbasą śląską z biedronki. Z
namiotu miałem piękny widok na wschód – polany i szczyty Gorców.
9 sierpnia Turbacz - Mogielica
Rano
szybko się zwinąłem. I hajda naprzód! Pierwszym miejscem, które
napotkałem był szałasowy Ołtarz na Hali Turbacz. Gdy chodzi się
po Gorcach i w ogóle po Beskidach wciąż natrafia się na szlaki
papieskie. Obfitość kapliczek i mnogość papieskich śladów
sprawiają, że wchodzi się na jakby na świętą ziemię, gdzie do
rangi sacrum jest podniesione górskie wędrowanie. Nie musiałem
mieć wielkiej wyobraźni, żeby przedstawić sobie młodego Karola
Wojtyłę, który w 1953 roku (!) a więc w czasach gdy niepodzielnie
panowała jeszcze stara liturgia łacińska, odprawił tu po raz
pierwszy w swoim życiu mszę twarzą do wiernych. Szedłem przez
halę rozkołysany wewnątrz. Ciekawe, że gatunek sielanki jest
związany ze światem pasterzy a Chrystus, który zresztą żył w
kraju pasterskim jako dobry pasterz się przedstawiał. Jako do
dziecka miasta jakoś nigdy do mnie to nie przemawiało: czuć się
owcą, co za pomysł (!) A jednak teraz wszystko mi tu pasowało.
Jest coś w pejzażu Gorców, co kieruje w Tamtą stronę. Jakoś
szczególnie, bo przecież byłem w wielu pasmach górskich i one
mówiły do mnie trochę inaczej. Zresztą – świetnie oddają to
wiersze Wojtka Kudyby z tomiku Gorce Pana. Jest tam ten wewnętrzny
puls, rytm, ale także brzmienie drzew, ptaków, ziół w swojej
różnorodności i konkrecie.
A
potem zszedłem w bór, gdzie usłyszałem głos piły. Głos piły w
parku narodowym? Co za dywersja? Okazało się jednak, że byli to
pracownicy parku, którzy ścinali niebezpiecznie pochylone nad
szlakiem pnie. Droga na Kudłoń raz po raz rozbłyskała widokami na
wszystkie strony przez rozległe polany. Spotkałem tam spieszonych
narciarzy biegowych, którzy wracali na dobrze sobie znane szlaki
teraz w apogeum lata. I znów przyjemne pogawędki przed sklepem
spożywczym na Przysłopie. A potem już droga na Mogielicę. Dość
wyczerpująca – bo kłopoty z orientacją (wyręby, zmora
wszystkich szlaków), do tego odpadła mi cała vibramowa podeszwa,
rzecz niebywała, nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. Człapałem
więc chlapiąc podeszwą, ale długo tak się nie dało. Dalej więc
maszerowałem po raz pierwszy w dwóch różnych butach – ciężki
bucior trekingowy żeniąc z sandałem. Pełna groteska. Mógłbym
opisać swoje trudności na tym odcinku, ale po co? Zawsze jest ten
moment psychicznego dołu, gdy czujesz głód, zniechęcenie słońcem
i czas zaczyna biec wolniej. Dość dużo było po drodze małych
wiosek, przysiółków, ale w ogóle góry były puste. Tylko trochę
młodzieży z bazy namiotowej i ojciec oraz dwóch synów w
poszukiwaniu zaginionego ogara. „Poszedł” w las i gdzieś się
błąkał. Widoki z polan były tak piękne, że zapierały dech.
Pierwszy raz wszedłem w Beskid Wyspowy i od razu pokochałem te
góry.
Mogielica
od południa prezentowała się potężnie. Około 19 znalazłem
miejsce na rozbicie namiotu na polanie trochę poniżej grani. I
pozbywszy się balastu pobiegłem jeszcze na górę. Na szczycie
jacyś goście palili ognisko. Zdążyłem akurat wspiąć się na
wieżę by jeszcze dojrzeć ostatki dnia w ciemniejących masywach.
Wieża wyrastała ponad wszystkie drzewa – więc widok był
imponujący. A potem szybkie zejście i spać.
10 sierpnia - Mogielica i Jurków...- koniec
Szliśmy zawsze od nowa - górą, dołem, górą
Wśród niebezpieczeństw, krakań, puchania puchaczy
Tam, gdzie było jaśniej, gdzie wśród mrocznych gęstwin
Coś świeciło. Zawsze po raz pierwszy.
(W. Kudyba, szlak kamienisty)
Rano
obudziły mnie krople deszczu. Kląc pod nosem składałem swój
biwak. W ponczo moro niby nietoperz wchodziłem teraz z pełnym już
obciążeniem na Mogielicę. Po drodze dogonił mnie inny samotny
wędrowiec. Patryk, student matematyki stosowanej z Mielca wyruszył
o szóstej z bazy namiotowej, którą minąłem wczoraj po południu.
Gdy usłyszał, że jestem wykładowcą literatury współczesnej
poprosił, żeby polecić mu jakieś książki do czytania. Był to
oczytany świeży ścisły umysł, który nie bał się Lema i
Dukaja. Gadaliśmy prawie pół godziny siedząc we mgle pod wieżą.
I tu o ósmej rano w siąpiącym deszczu pod Mogielicą, jako
nauczyciel literatury robiłem coś, co było przydatne. I żaden
„pragmatyk” życiowy nie mówił mi, że jestem „adiunktem,
który nic o życiu nie wie”. A co wy wiecie o świecie - klienci
biur podróży? Spotkanie z Patrykiem było kodą całej wycieczki.
Schodziliśmy jeszcze przez chwilę razem – potem ja odbiłem na
szlak niebieski a on zielony. Rozchodziły się na drzewie – w dwie
drogi, jedna wiodła na lewo, druga na prawo. Uścisnęliśmy sobie
mocno dłonie.
Ta
chwila, gdy chcesz zapamiętać czyjeś imię i gdy wyjawiasz swoje
imię na pożegnanie. A potem wiesz – jak Goszczyński dwa wieki
temu – to jest piękne, będę pisał.
niedziela, 5 sierpnia 2012
Urywek VII – Nikt już nie żyje z obrońców Westerplatte
Spójrz tylko na siebie
nie złowisz go
na metafizyczny dreszcz.
Już zacznij budzić litość.
D. Sośnicki, Klasyka gatunku
Apokalipsa Świętego Jana
Wycięte z papieru słowa Jana Pawła
II ze szkolnej gazetki w Szkole Podstawowej nr 45 im. Bohaterów
Westerplatte na ulicy Matki Polki:
Każdy z was młodzi przyjaciele,
znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś
wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną
sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek,
powinność, od której nie można się uchylić. Nie można
„zdezerterować”.
Papież wypowiedział je 12 czerwca
1987 roku podczas spotkania z młodzieżą na Westerplatte. Na
spotkaniu było obecnych 38 żyjących wtedy obrońców składnicy.
Minęło 25 lat.
Papież od lat nie żyje.
Dzisiaj zmarł ostatni obrońca Ignacy
Skowron. W 1939 roku walczył w stopniu kaprala. Zmarł jako major. Jak Sucharski. Ale jako kto się zameldował?
Poczułem dziś dreszcz. Czy czuć go
potrafiłem wtedy, ćwierć wieku temu? Kto właściwie to poczuł?
Ja sam, teraz, czy może ten chłopiec, który skulił się widząc,
że znajduje się już na froncie?
poniedziałek, 30 lipca 2012
O poetyckich debiutach w II Programie Polskiego Radia
23 lipca w II Programie Polskiego Radia została wyemitowana AUDYCJA poświęcona poetyckim debiutom, w której wziąłem udział. Gośćmi Moniki Pilch byli również Izabela Kawczyńska, Karol Bajorowicz i Artur Fryz. Na stronie PR można odsłuchać blisko półgodzinne nagranie.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Urywek VI - po stronie aronii
W
Weiserze Dawidku dolina
zaskrońców zostaje zamieniona w ogródki działkowe. Kiedy na
dzikim dotąd terenie powstają ogródki, Weiser wyłapuje zaskrońce
by je przenieść w bezpieczne miejsce w lesie. Scena ta utkwiła mi
w pamięci jako gest protestu przeciw rzeczywistości, gest bez szans
na zwycięstwo. Nie dziwię się niechęci Huellego do ogródków.
Wystarczy zobaczyć jak działki w PRL zniszczyły oliwską Dolinę
Radości. Ale jestem młodszy o jedno pokolenie i działki były już
dla mnie przestrzenią pozytywnych emocji. Mieć własną działkę –
to dużo w latach osiemdziesiątych znaczyło. Dzięki temu mieliśmy
w domu świeże warzywa i owoce, to na działkach poznałem smak
truskawek, malin, porzeczek, czy gruszek, nauczyłem się odróżniać
węgierki od mirabelek. Działki były w tym późnym PRL
przestrzenią wolności, gdzie można było wybudować altankę,
domek, poczuć się jak u siebie. Mój śp. dziadek całe życie
pływał, ale jego marzeniem było zostać leśnikiem lub
ogrodnikiem. Swoje marzenia spełnił cząstkowo, na emeryturze,
kiedy uprawiał działkę i to były ostatnie lata w jego życiu, z
których czerpał radość. Działki miał dwie – jedna znajdowała
się na Olszynce, druga – w Oliwie w miejscu, gdzie dziś stoi
nowoczesna biblioteka UG. Obie już nie istnieją. Jeszcze, gdy
studiowałem resztki działek rozpościerały się za parkingiem za
Wita Stwosza. Chodziliśmy tam czasem na piwo. Zdziczałe działki
oglądały wiele postpunkowych imprez. Potem nadszedł czas
nowoczesności i syntetyczności. Zniknięcie działek odczułem jako
nieuchronny znak przemijania, ale jako smutną konieczność.
Dziesięć lat temu napisałem ten wiersz:
działki
do ogródków działkowych na obrzeżach
miasta
szło się wybojami, dziadek prowadził.
dziś już nie istnieje ta kraina
zardzewiałej siatki
i smerfnych domków w muchomory.
ale wtedy jeszcze przed każdym gankiem
stał czujny strażnik - chropawy
krasnal z gipsu
i łuski ciepła tkwiły w
satelitarnych
talerzach słoneczników. co południe
można było wykurzyć cień spod
kamieni.
a jednak zwycięstwo nad siłami nocy
skoncentrowanymi parę stref czasowych
na wschód od Greenwich było czysto
wizualne –
brud sękatych desek i zapach pajęczyn
pozostawały odporne na słońce.
nic nie można było na to poradzić.
dziadek uczył mnie więc
jak zbierać codzienny plon światła.
Dziś słyszę, że działki ustawowo
chce się odebrać działkowcom. Pewnie najczęściej po to, żeby
w miejscu ogródków postawić to, co jest symbolem architektury III
RP – galerie handlowe, markety i otaczające je parkingi. W chaosie
budownictwa nowej epoki, na to jedno zawsze znajdowało się miejsce.
Na geanty, reale, oszony, tesco i castoramy. Wraz z nimi zaczęły
znikać małe sklepy. Dziś ulica Grunwaldzka we Wrzeszczu, kiedyś
ulica handlowa, pełna jeszcze w czasach transformacji ruchu, jest
już ulicą zimnych i potężnych banków. A rojny kiedyś rynek
dogorywa.
Tak, więc nie mogę być wrogiem
działek. Jak można być wrogiem czegoś, co jest – na pół
intymne, uprawiane własnymi rękami, pełne bezbronnych wobec czasu
gratów a przy tym enklawą zieleni, braku pośpiechu. Wreszcie
czegoś, co jest własnością ludzi najczęściej niezbyt zamożnych,
emerytów, tych, którzy niewiele na zmianie ustroju zyskali i dla
których własna działka jest centrum ich prywatnego, skromnego
świata.
Weiser przenosił z działek zaskrońce.
Ja ze swojego życia zapamiętałem już inną scenę. Mój dziadek,
stary kresowiak, gdy działki miały być zlikwidowane wykopywał z
ogródka, co mniejsze krzaczki i drzewka, aby przesadzić je w inne
bezpieczniejsze miejsce.
Ten obraz dziadka osłaniającego przed
zagładą drzewko aronii jest ze mną do dziś.
Ordynarny jak zawsze Stefan
Niesiołowski, profesor nauk biologicznych, taka peerelowska mutacja
pana od przyrody, powiedział ostatnio: nie
może być tak, że jakieś budy blokują rozwój miast. Jak zwykle
zwięźle wyraził to, co myśli władza. Nie liczy się ze starszymi
ludźmi i myśli tylko o tym jak na teren ogródków działkowych
wpuścić deweloperów. Nie każdy, kto uprawia działkę, jest
zwolennikiem jakiegoś tam prezesa i jego peerelowskich struktur. Czy
mój śp. dziadek był zwolennikiem komuny? Nie. Stał po stronie
drzewka aronii.
Poeci w obronie ogródków
działkowych
O sprawie pisali już inni poeci. Zbiór
linków.
Urszula Kozioł:
Remigiusz Grzela:
http://remigiusz-grzela.pl/?paged=2
poniedziałek, 9 lipca 2012
Urywek V – na upadek Ossolineum
Niewielki
format B6, charakterystyczna biała okładka. Na grzbiecie nazwiska
autorów dawno zmarłych. Biblioteka narodowa, znaczy „be-enka”.
Każde dzieło opatrzone wstępem. Paginacje rzymska i arabska –
dwie książki w jednym. Obfitość przypisów. Nowa nauka czytania.
Z uwzględnieniem kontekstu. Historia literatury mająca swój realny
materialny kształt. Spędziłem nad książkami z „be-enki”
tysiące godzin, przygotowywałem się z nimi do wszystkich egzaminów
na filologii. Były te książki jak ostatnia instancja. Powstawały
w rękach szacownych profesorów. Autorzy wstępów mieli status
bytów eterycznych, niemal niematerialnych. Gdyby kurz był anielski,
to pewnie osypywałby się z ich skrzydeł. I wszystkiemu temu patronowała nazwa
wydawnictwa: Zakład Narodowy im. Ossolińskich. I rok jego powstania
– 1817 rok. Zbierałem kiedyś te książki, dorobiłem się całej
półki. Ta półka – to miał być solidny fundament pod moje
polonistyczne życie i takim chyba był. Ta półka – to był mój
szacunek dla literatury narodowej. Skromny ołtarzyk, coś jakby
wota. To była stabilność, ten rok 1817 – gwarant, że mijają
zabory, wojny, znika polski Lwów, rządzą komuniści, ale nade
wszystko trwa Biblioteka Narodowa Zakładu Narodowego im.
Ossolińskich. Jej trwanie było czymś oczywistym. Jakby ktoś mnie
spytał jakie by było moje największe pisarskie marzenie –
powiedziałbym, żeby moje wiersze kiedyś ukazały się w wydaniu
„be-enki”. A gdyby ktoś mnie spytał o moje największe marzenie
naukowe – powiedziałbym, żeby napisać jakiś wstęp w wydaniu
„be-enki”. Gdyby ktoś mnie spytał, jaki był najwybitniejszy
polonista, którego poznałem, powiedziałbym: pewnie było ich
kilku, ale w historii literatury pewnie zostanie Profesor Józef
Bachórz, autor wstępu do Lalki w wydaniu „be-enki”.
Gdybym miał określić, czym różnię się od kolegów piszących,
którzy nie studiowali polonistyki, odpowiedziałbym: oni nie zaznali
„be-enki”, słabiej wrośli w polską literaturę, słabiej z
niej wyrośli albo wyrośli jak samosiejki – ja mam za to solidny
polski korzeń, a jest on z rzymskich cyfr w wydaniach „be-enki”.
I moja frustracja także jest stamtąd, bo z czego się brała, jak
nie z tego, że do innego statusu literatury przyzwyczaiły mnie
wydania z „be-enki”.
A
teraz puenta:
Decyzją
Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspólników 2 lipca Spółka Zakład
Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo została rozwiązana. W ten
sposób najstarsza polska oficyna przestała istnieć. Według
ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego
oficyna była niewłaściwie zarządzana. Jak powiedział, resort ma
przygotowane 600 tys. zł na wykupienie praw do znaku towarowego
Wydawnictwa Ossolineum. Zapewnił, że MKiDN przejmie zasoby
wydawnictwa i prawa autorskie do jego zbiorów.
Ejże! - powie
naiwny. -To smutne, ale przecież jest cień nadziei, przecież
minister wykłada ponad pół miliona i nadal istnieje znak
Ossolineum. No przecież – oburzy się dzisiejszy filister – no
przecież spółka była zadłużona a minister zabiera pół miliona
i to skąd? Z naszych podatków. Płacimy za to, żeby jakieś
darmozjady przejadały naszą kasę i wydawały tomy makulatury
jakichś Mickiewiczów i Słowackich. Niech upadają!
Naiwnemu odpowiem
tak – teraz nazwę Ossolineum, bezstronną, wspólne narodowe
dobro, przejmą „intelektualiści”, których można zobaczyć
podczas obrad w sejmie i ich urzędnicze zaplecze. To zaplecze, które
ostatnio w nekrologu pomyliło Edwarda Stachurę - legendarnego
pisarza z popowym piosenkarzem. Oznacza to, że znakiem Ossolineum
będzie rozporządzał każdy, kto tylko opanuje w wyniku wyborów
odpowiedni resort. Jak nie ktoś z Platformy, to jakiś klon
Giertycha, jak nie klon Giertycha, to ktoś z Ruchu Palikota, dajmy
na to pan Biedroń. Tak czy inaczej prawie dwustuletnia marka
przejdzie we władanie osób z przypadku. Wszystko jest możliwe. Ale
najbardziej prawdopodobne, że przejmie ją, niezależnie od partyjnych
barw, cytowany wyżej filister , który wystąpi w obronie naszych
podatków. Najpierw wygugluje, czy powinien się obrazić za nazwanie
go filistrem. A potem dokończy dzieła.
Demontaż już się
zaczął. Nie będzie niczego jak powiedział klasyk.
poniedziałek, 2 lipca 2012
Siedem grzechów głównych - wywiad dotyczący życia literackiego w Polsce
Piotrek Gajda rozpoczyna na swoim blogu publikację cyklu wywiadów, w którym wypowie się w kilkunastu poetów z całej Polski. Wszyscy mają odpowiedzieć na te same pytania dotyczące współczesnej krytyki literackiej i życia literackiego w Polsce. Idę na pierwszy ogień. Wchodząc na blog Piotra możecie zobaczyć moje odpowiedzi na poniższe pytania.
1.Jaki masz stosunek do własnego debiutu? Jakbyś scharakteryzował instytucję debiutu w ogóle?
4.Czy w naszym kraju istnieje wyraźny podział na środowiska poetyckie, czy raczej mamy do czynienia z pojedynczymi nazwiskami rozrzuconymi po kraju – kojarzonymi wyłącznie geograficznie?
5.Którzy poeci nadają ton współczesnej poezji? Czy w ostatnim czasie dołączyły do nich kolejne nowe nazwiska?
6.Portale poetyckie – jaką pełnią rolę?
7.Jaka według Ciebie jest przyszłość poezji?
1.Jaki masz stosunek do własnego debiutu? Jakbyś scharakteryzował instytucję debiutu w ogóle?
2.Czy Twoim zdaniem możemy jeszcze w Polsce mówić o ogólnopolskim obiegu krytyczno-literackim? Czy uważasz, że ostatnia dekada w polskiej poezji współczesnej doczekała się choćby śladowego omówienia?
3.Jaki jest Twój stosunek do nagród literackich w Polsce? Pełnią obiektywną rolę opiniotwórczą, tworzą określone hierarchie literackie? Czy jest uprawnione, aby ich werdykty umownie nazywać „środowiskowymi”?4.Czy w naszym kraju istnieje wyraźny podział na środowiska poetyckie, czy raczej mamy do czynienia z pojedynczymi nazwiskami rozrzuconymi po kraju – kojarzonymi wyłącznie geograficznie?
5.Którzy poeci nadają ton współczesnej poezji? Czy w ostatnim czasie dołączyły do nich kolejne nowe nazwiska?
6.Portale poetyckie – jaką pełnią rolę?
7.Jaka według Ciebie jest przyszłość poezji?
środa, 9 maja 2012
Kutabuk, płyta - koncert premierowy!
Nasz zespół powstał w 10 grudnia 2010 roku w... Młodym Byronie. To właśnie wtedy miała premiera poematu Kutabuk. Teraz wracamy do Młodego Byrona mając w dorobku już debiutancki krążek.
Serdecznie zapraszamy!
Młody Byron
12 maja, sobota
Sopot, ul. Czyżewskiego 12 (Dworek Sierakowskich)
bilety 10 zł
Subskrybuj:
Posty (Atom)

