wtorek, 29 lipca 2014

Test

Wsiadam do autobusu Kamieniec Podolski – Lwów, ma jechać ponad sześć godzin. Żar leje się z nieba, autobus to straszny klekot, ale zaraz za rogatkami miasta zapadam w sen. Gdy się budzę jesteśmy nad jakąś rzeką. Patrzę, co to za rzeka – a to… Zbrucz.

No i co? No i nic.


Jeśli musiałeś sprawdzić nazwę w google - oblałeś. 

środa, 23 lipca 2014

W Kamieńcu Podolskim

Płackartami lubią w Polsce straszyć, jakby to były wagony niemalże bydlęce  a jeździła nimi jakaś dzicz. Najogólniej mówiąc – płackarta to otwarty wagon sypialny bez przedziałów. Bardzo tani – za ośmiogodzinną jazdę z Kijowa do Kamieńca Podolskiego zapłaci się w przeliczeniu dwadzieścia coś z hakiem złotych. Większość opowieści o płackartach to strachy na lachy... Nie wsiadasz do wagonu z hordą pijanych kolegów studentów albo poststudentów, nie ryczysz na cały głos po polsku, nie masz osiemdziesięciolitrowego plecaka, nie jesteś obwieszony metkami oddychającej odzieży, komunikujesz się choćby po rosyjsku, nie zwrócisz na siebie uwagi. Swój styl letniego podróżowania po Ukrainie odnalazłem przypadkiem i myślę że jest skuteczny. Stare dżinsy, t-shirt, reaktywowana na czas podróży czapeczka, plecak-kostka, gdzie tylko co najpotrzebniejsze i w drogę. Płackartami podróżują całe rodziny, samotne starsze panie i nic specjalnego się nie dzieje. Konduktor rozdaje pościel i obudzi cię na stacji, nawet dostaniesz herbatę z samowara. Tym razem dostałem miejsce na górze, więc całą drogę przeleżałem gapiąc się w sufit. Obok mnie jechała rodzina z dwójką dzieci. Ojciec pomógł mi rozłożyć górną kuszetę, matka częstowała jedzeniem. Tylko ich ośmioletnia córka, która jak najęta nadawała do późna w nocy drażniła mnie, ale cóż zrobić – takie są ośmiolatki w każdym kraju.  Rano widzisz jak wagon się budzi, jak kobieta naprzeciwko przegląda się w lusterku i robi doraźną toaletę. Ludzie piją czaj a pociąg wlecze się przez ukraińskie czarnoziemy.



W Kamieńcu byliśmy o piątej trzydzieści. Powlokłem się wybojami ulic w kierunku, gdzie zdawało mi się, że jest centrum. Bez trudu znalazłem główny deptak a następnie trafiłem na most prowadzący do starego miasta. Jest położone na stromych skałach w zakolu rzeki Smotrycz. Głęboki jar rzeki wypełnił w mojej pamięci powieściowe miejsca, które nie miały dotąd punktu zaczepienia. O siódmej rano uliczki były wyludnione. Stare miasto ma aż trzy rynki: polski, ruski i ormiański. Kiedyś było zatłoczone, bo na niewielkim obszarze gnieździło się kilkanaście tysięcy ludzi. Teraz nawet w dzień sprawiało wrażenia prawie pustego.  Kolejny most prowadził do zamku. Otwierali go o dziewiątej, więc przespałem się na jednym z trawiastych bastionów.



Ale bardziej smakuje się tę chwilę, gdy widzi się zamek pierwszy raz z pewnej odległości. Coś ściska. To nie kwestia jakichś patriotycznych klisz ani nawet ukochanej książki z dzieciństwa. Prawda, wynosimy z literatury, z filmu kilka swoich obrazów, wynosimy kilka melodii, które otwierają w nas COŚ. Czym TO jest? Nie ma jasnej odpowiedzi. Każdy ma te obrazy inne. Moim jest oblężenie.

Dobra. Miało być o Kamieńcu. Jest i Kamieniec - jego kamienne mury, baszty, korytarze. Są przywiązane łańcuchem do pni orły, z którymi można zrobić sobie zdjęcie.  Niewiele zmieniona od czasów sowieckich wystawa, choć z miejscowym ukraińskim komentarzem przewodniczki już niesowieckim. Ukraińskie broszury o zamku mówią więcej o tym, że oblegał go Chmielnicki a nie wspominają, że rozgrywa się tu akcja jednego z najważniejszych polskich dzieł literackich. Kraj jest opisany inną siecią symboliki. Ale cóż to ma za znaczenie? Gdy twoja symbolika jest przenośna? Może zinstytucjonalizowana, przyszpilona adekwatną tabliczką straciłaby swój urok? Dobrze jest jak jest. Dobrze, że coś jest i to dobrze utrzymane.



Wracam do miasta i zwiedzam kościoły. W jednym z nich wzruszająca rozmowa ze starszą panią po polsku. Nie jest Polką, lecz Ukrainką. Już w dojrzałym bardzo wieku nauczyła się czytać w naszym języku dzięki modlitewnikom. Opowiada o elementach wystroju, jak mozolnie odbudowuje się kościół, jak wyglądają dziś msze. Mogę jej podarować na pamiątkę komplet pocztówek z ostatniej anielskiej wystawy Jacka Solińskiego. Na jednej z kartek jest wiersz, który poświęciłem poległemu na Majdanie Ustymowi Hołodniukowi. Gdy go czyta, wiem już, że nie został napisany bez sensu. Może z setkami innych tekst będzie jutro tylko okolicznościową poezją, jednym z utworów jakiejś drugorzędnej twórczości. Ale przekazany tutaj od serca do serca, w kościele w Kamieńcu, się po prostu wydarzył.

Charakterystyczne dla Kamieńca są muzułmańskie ślady w kościołach. Muzułmańska ambona, napisy w kościele dominikanów. Minaret przed katedrą na szczycie którego... stoi Matka Boża przywieziona z Gdańska. No i tablica poświęcona Wołodyjowskiemu: "Życie to szereg poświęceń".



Tak mi się to wszystko złożyło. Majdan, Kamieniec - i to słowo poświęcenie. Bo jeśli chciałem przyjechać zimą na Majdan, teraz widzę, że o to właśnie chodziło - zobaczyć ludzi, którzy są zdeterminowani, którzy wiedzą co to jest poświęcenie, nawet to najwyższe. Jechać nie po to, żeby gapić się, zgrywać Kapuścińskiego, ale uczyć. I wrócić silniejszym.

Zimowa podróż pozostała niewydarzona. Ale ta teraz wydarzyła się.



CDN.

sobota, 19 lipca 2014

W Kijowie

Okrutnie tanie są bilety do kraju ogarniętego wojną. Spakowałem się minimalistycznie w kostkę i ruszyłem do Kijowa. Autobus był w połowie pusty, chyba oprócz mnie prawie wszyscy mieli niebieskie paszporty z tryzubem. Odprawa poszła dość szybko. Dłuższe są w drugą stronę. W drodze powrotnej – z Lwowa do Warszawy na siedzeniu przede mną jechał Ukrainiec, który jechał na koncert Metallicy. Polski pogranicznik wziął w palce jego bilet, który kosztował zapewne niemało i spytał: to jedzie pan na koncert? Gdzie będzie pan spał? Jak się nazywa ten zespół? Proszę powiedzieć?” Chłopak musiał wyjmować papiery z rezerwacją miejsca w hostelu. Uczestniczyć w tym upokarzającym quizie. Pomyślałem co by było, gdybym to ja był poddawany takiemu przesłuchaniu. Po co jedzie pan do Kijowa? Tak sobie zobaczyć miasto? Porobić zdjęcia zniczy na Instytuckiej? Oddać koleżance plik gazet ze starym artykułem o artystach na Majdanie? Gdzie będzie pan spał? Nie wie pan? Co potem? Zależy od rozkładu pociągów?  Na ile dni? Nie wie pan jeszcze? Ten plecaczek to wszystko co pan ma? A czym pan się właściwie w Polsce zajmuje? Nikt nie zadał mi żadnego pytania. Przybito pieczątkę i wjechałem z polskiej w ukraińską noc. Rozłożyłem się na dwóch siedzeniach i spałem do samego rana.


Kijów uderzył wpierw ogromem kubatur. Doszedłem do pierwszej stacji metra, kupiłem żeton i już byłem na Chreszczatyku. Podreptałem na Majdan. Zjadłem czeburieka w namiocie naprzeciw McDonalds i zauważyłem  na ścianach namiotowo drewnianego boksu napisy flamastrem. Już tu była zapisana historia zimowych miesięcy. To tu znajdował się punkt, gdzie opatrywano rannych. Napisy  były podziękowaniami dla lekarzy i pielęgniarek tu pracujących. Sam Majdan stał się ponurym miejscem, wojskowe namioty rozłożone na placu stanęły tu niejednokrotnie później , już po obaleniu Janukowycza. To swoiste squaty dla różnego rodzaju rozbitków „weteranów” ubranych w wojskową odzież. Możesz tu wrzucić do kubka coś na wsparcie tych koczowników. Pełno tu stoisk oflagowanych na żółto-niebiesko, są jakieś pseudomuzea… Powiewają obok siebie flagi ukraińskie, banderowskie, polskie, białoruskie, gruzińskie, jakby stacjonował tu jakiś międzynarodowy kontyngent wszystkich narodów, które czują na sobie oddech rosyjskiego niedźwiedzia. Plakaty. „Artysta jeden. Narody różne. Wybieraj!” pod takim napisem dwa obrazy Repnina – „Kozacy piszą list do sułtana” i „Burłaki na Wołgie”. Niedaleko kupisz magnes na lodówkę ze świnią-Janukowyczem; wycieraczkę z twarzą Putlera.  Była niedziela koło południa, wyszli na scenę Majdanu popi, rozbrzmiał głośno hymn Ukrainy i zaczęły się modły, jakiś ksiądz mówił długo o chłopcach, którzy walczą w Donbasie. W skupieniu słuchało go ze dwieście osób.




 W górę od Majdanu idzie ulica Instytucka. Mija się pozostałości barykad i miejsca, gdzie spotkała ludzi śmierć. Rozpoznaje się drzewa, krawężniki znane z nagrań na youtube. W miejscu zakrwawionych trupów widzi się przygasłe znicze, wyschłe kwiaty, spontanicznie stawiane pomniczki, drzewa przewiązane klejącą taśmą, spłukane deszczem zdjęcia. Przypominałem sobie godziny spędzane w lutym na oglądaniu transmisji. Było tak, jakbym już tu był. Wirtualnie tylko jak gap, który nic nie ryzykował, widz narodowego spektaklu, w którym szło o życie, o być albo nie być. I nadal o to idzie. Ale już bez kamer. Gdzieś na wschodnich obrzeżach kraju, skąd docierają sprzeczne informacje. Trudno cokolwiek odfiltrować. Poszedłem na ulicę Hruszewskiego, odnalazłem tablicę poświęconą Serhijowi Nihojanowi.


 Miasto żyło zupełnie normalnie. Wojnę było czuć po dużej liczbie ludzi ubranych w panterki. Ten militarny sznyt widać tu było na każdym kroku. Wojnę słychać było też w rozmowach. Nie mówię po ukraińsku, ale w tej przestrzeni językowej czuję się jak u siebie, prawie wszystko rozumiem. Nie miałem wątpliwości – byłem w kraju wolnym. Ludzie nie bali się mówić, mówili co myślą. Czuło się stonowaną nieufność, wyczekiwanie w stosunku do władz miejscowych a do władz Rosji – otwartą nienawiść. Taka scena zapadła mi w pamięć w okolicy metra wieczorem na ulicy spontaniczny koncert dał jakiś zespół. Śpiewali po rosyjsku, gdy przystanąłem grali już dwa ostatnie kawałki, więc nie wiedziałem skąd są. Ostatnia piosenka w prostych słowach wyrażała sytuację zwykłych ludzi, refrenem było zaś: „A Putin? Lajlajlajaj….” Tańczyli do tego mężczyźni, kobiety, młodzi i starzy,  przy gromkich oklaskach. Taniec był poza zasięgiem Putina, jego władza tu nie sięgała, nie sięgał tu strach.


W innych częściach miasta było mniej politycznie. Stadion Olimpijski akurat był otwarty dla jakiejś grupy. Można było posiedzieć w przyjemnym chłodku, który tu panował a nawet wyjść na płytę boiska. Dzielnica Padół kusiła z kolei artystycznymi klimatami. Tu – na ulicy Andrijiwskyj Uzwiz było najwięcej knajpek, ulicznych muzyków. Zaskoczyła mnie wysokość brzegu Dniepru, przewyższenie było dość spore, nawet w parku jeździła specjalna szynowa kolejka. Z oddali było widać ludzi plażujących na wyspie po drugiej stronie rzeki. Podobny urok miała Pieczerska Ławra. Przewodnik mówił po rosyjsku. Przemierzaliśmy podziemne korytarze słuchając opowieści o świętych, mijając ich zawinięte w sukno zwłoki. W pieczarach można było spotkać pogrążonych w letargu ludzi. Po dwóch dniach opuszczałem to miasto z myślą, żeby jeszcze tu wrócić. I wrócę na pewno.

CDN.




piątek, 11 lipca 2014

Adrian Gleń - recenzja Konfesji i tradycji w "Odrze"

W "Odrze" 7-8/2014 ukazała się recenzja "Konfesji i tradycji" autorstwa Adriana Glenia. Jej autor wspiera zarysowaną w "Konfesji" myśl o pisaniu wbrew zinstytucjonalizowanej literaturze. Pisze m.in.:
Jakkolwiek autor Elegii dla Iana Curtisa bardzo głęboko doświadcza poczucia jałowości dzisiejszych dyskusji o literaturze, pauperyzacji pisania krytycznego, wreszcie marginalizacji samej literatury, to jednak w Konfesji i tradycji temu wszystkiemu towarzyszy równocześnie przeświadczenie o imperatywie (może od dumnego Maraia zaczerpnięte?...) zdawania sprawy z własnego widzenia przemian języków współczesnej poezji. Na przekór w imię wierności powołaniu. I nieważne, że to anachroniczne i, jak pisze w zakończeniu całości gdański krytyk, niepoważne. Owszem, może i z dzisiejszej perspektywy „niepoważne”. Ale godne szacunku i przywracające nadzieję, że literatura jest czymś więcej niż wyrobnictwem (Nowaczewski w znaczący sposób przywołuje niegdysiejsze rozróżnienie na „pisarzy” i „literatów” autorstwa Herlinga-Grudzińskiego). Parafrazując passus z Kompleksu polskiego Konwickiego, autor Szlifibruków… mógłby zapewne powiedzieć: nie wiadomo czy jest sens (pisania krytycznego), ważne że jest wewnętrzny mus. Dopóki krytyka jest rozmową, dopóki literatura prowokuje nas swoimi pytaniami. 

wtorek, 1 lipca 2014

Maciej Urbanowski - Romans z Polską


Nakładem Wydawnictwa Arcana ukazał się tom szkiców krytycznych profesora Macieja Urbanowskiego Romans z Polską. O literaturze współczesnej. Z radością odnotowuję tam obok omówień twórczości wielu wybitnych nazwisk obecność szkicu o mojej poezji Poezja chłopcem podszyta.

wtorek, 24 czerwca 2014

Grafomani - moje typy. Pełna lista!

Grajdoł ma swoich bohaterów, którzy niestrudzenie pracują na swoją markę, żeby zaistnieć i się liczyć. Tylko tutaj! Instruktaż grafomańskich strategii lirycznych i strategii przetrwania!

Domokrążca – pracuś.  Co roku wydaje tomiki własnym sumptem albo sumptem swojej fundacji. Rozdaje i sprzedaje je po całej Polsce, inkasuje honoraria od domów kultury na północ i południe od Konina. Ludzie są leniwi, dlatego musi dotrzeć do nich domokrążca, poeta pierwszego kontaktu. Domokrążca lubi się chlubić, że po Szymborskiej jest najlepiej znanym poetą w Otwocku. To żywy obraz ludzkiego dramatu -  jego poezja „dociera” do ludzi a jest ignorowana przez "krytykę".

Domokrążca wirtualny – sieciowa mutacja domokrążcy. On wie, że życie literackie to matriks. Dlatego swoją akwizycję zaczyna od krytyków, recenzentów, redaktorów, tłumaczy. Skwapliwie kolekcjonuje adresy e-mailowe, których właściciele coś mogą napisać o jego tomikach w gazetach, pismach literackich, portalach. Bombarduje ich pocztą z nowym tomikiem w pdfie. Uważajcie! Fragmenty waszych grzecznościowych prywatnych listów mogą mu posłużyć jako blurby.

Kacyk. Kacyk to człowiek o wyrobionej, ale ciągle zagrożonej pozycji. Wedle typologii Kisielewskiego Polak z kategorii „pan nie wie kto ja jestem”.  Życie kacyka to ciągła wojna. To nieudany Władysław Łokietek rządzący Brześciem Kujawskim. Niszczą go, miażdżą, ale on się nie poddaje. Powraca i wypływa. Nawet jak spuścisz wodę.

Kaskaderzy – przez książkę Marxa o kaskaderach literatury przechodziła kiedyś każda pisząca młodzież, niektórzy nigdy już nie wytrzeźwieli. Kaskaderzy poezję zaczynają pisać w wieku, gdy sięgają po papierosy albo kiedy pierwszy raz urżną się do nieprzytomności. Każdy jeden to Jim Morrison z twarzą Stanisława Przybyszewskiego. Występują w gronie kaskaderów przybocznych - ktoś przecież musi opowiadać o ich kolejnych zaliczonych dupach i pijaństwach. Bez oczu bliźnich kaskaderzy i ich kabotyńskie gesty tracą sens. Dlatego pojawiają się zawsze tam, gdzie największa ilość ludzi może ich zauważyć – w centrum, na demonstracyjnym obrzeżu albo na facebooku.  

Patriota – każde miasto i wieś mają swojego patriotę, który w męskich rymach powie całą prawdę o ojczyźnie.  Już jutro w „Naszym Dzienniku”.

Podolski – dlaczego?! Dlaczego Lucas Podolski?!

Srebny Patafian – właściwie laureat Srebnego Patafiana.

Tkliwa – pisze tylko na papeteriach w różowe serca. Te serca są pełne poezji. A ty znowu odszedłeś.

Trauma – możesz być pewien:  ktoś w tych wierszach umrze i nie zabraknie miejsca dla rabina na rozkładanym krzesełku.

Wodotrysk – nikt nie wie o co chodzi w wierszach, które wytrysły po lekturze Andrzeja Sosnowskiego. Ale czy o to chodzi by wiedział?

Związkowiec – starsza generacja, kolejna kadencja. Członek Zlepu albo Espepu. Członek Środowiska. Reprezentant twórców, deputat na zjazd w Warszawie. Prezes, wiceprezes, w latach od do. Jedyny taki Herbert albo Iwaszkiewicz w naszym mieście. Z prawdziwie Miłoszowskimi aspiracjami.  Niestrudzony sygnatariusz listów otwartych albo donosów.


Podobieństwa do istniejących osób są przypadkowe. Jeśli ktoś z literatów się rozpoznał w tej typologii - to nie moja wina, że jest typowy.

niedziela, 22 czerwca 2014

Aniołowie ostatnich dni


26.06.2014, godz.18.00 – otwarcie wystawy obrazów Jacka Solińskiego pt. „Aniołowie ostatnich dni” do tekstów: Wojciecha Banacha, Przemysława Dakowicza, Krzysztofa Derdowskiego, Wojciecha Gawłowskiego, Adriana Glenia, Jarosława Jakubowskiego, Grzegorza Kalinowskiego, ks. Franciszka Kameckiego, Wojciecha Kassa, Macieja Krzyżana, Ewy Kuczkowskiej, Krzysztofa Kuczkowskiego, Wojciecha Kudyby, Artura Nowaczewskiego, Tadeusza Nowaka, Jerzego Pluty, Piotra Siemaszki, Marka Kazimierza Siwca, ks. Jana Sochonia, Janusza Stycznia, Krzysztofa Szymoniaka, Jana Wacha i Wiesława Trzeciakowskiego; czytanie tekstów: autorzy i Mieczysław Franaszek; gościnnie wystąpi Jerzy Zegarliński.

Poniżej publikują moją impresję, do której Jacek Soliński namalował obraz.

***

trzaski strzałów, ujęcie z ręki a oni
przebiegają przez kadr,
wśród nich chłopak w błękitnym kasku
na podobieństwo sił pokojowych ONZ.
wypruje krew z błękitu berkut,
Ulicą Instytucką popłynie w kłębach pożóg,
przez noc, rozedrgane morze świec
i dalej, dalej w proporce, w namioty ruchome
wojsk koczujących sotniami po niebie
aniołowie ostatnich dni, módlcie się za nami,
aniołowie ostatniego kadru
nie opuszczajcie nas

To film na youtube, który był inspiracją:
http://www.youtube.com/watch?v=UwMj23a67BU

"Chłopakiem w błękitnym kasku" jest Ustym Hołodniuk. Jego historię znajdziecie tu.





czwartek, 29 maja 2014

Świetlicki, Rymkiewicz, Nike

Parę dni temu Marcin Świetlicki w charakterystyczny dla siebie sposób poinformował, że choć jego książka została nominowana do Nike "nie chce uczestniczyć  w konkursie organizowanym przez instytucję, która wytacza procesy poetom za to, co myślą." Nawiązał w ten sposób do listu, który trzy lata temu podpisał w obronie Jarosława Marka Rymkiewicza pozwanego przez spółkę Agora. Nie może dziwić konsekwencja Świetlickiego, zwłaszcza gdy zna się wywiad, który udzielił w 6 numerze "Odry" z 2013 roku. Mówił tam między innymi o tym, że wielu kolegów zaatakowało go za gest solidarności z Rymkiewiczem. Ale nie jest to wywiad o polityce, ale o poetyckich subtelnościach a "Odra" ma dwa tysiące nakładu. Więc kto by się tym przejmował w Internecie... Oczywiście polały się na poetę wiadra pomyj ze strony czytelników "Wyborczej", że pijak, że zachciało mu się być bardem smoleńskiego ludu i inne tego typu uprzejmości. Zachwyt natomiast wyraziła publiczność mediów prawicowych. Ani jedni, ani drudzy nie znają zapewne zbyt dobrze poezji Świetlickiego, który przecież już ćwierć wieku temu napisał "wydaje im się, że mają swojego poetę./ A ja odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się/ i triumfalnie zaprzeczam". Dla jego czytelników ten cytat ma status banału, to coś znane tak jak księdza Twardowskiego "spieszmy się kochać ludzi".

Instytucja nagrody literackiej jako najwyższa instancja, najwyższy zaszczyt, który może spotkać pisarza jest tak naprawdę największą porażką literatury. Naród nie czyta literatury polskiej, nie czyta jej konsekwentnie od wielu lat i żadne ruchy, te nagrodowe również, nie zmieniają tej tendencji. Naród sam wybiera sobie poetów. Świetlicki zwracając się do "Narodu" z narodem się porozumiał. Porozumiał się z gronem swoich obecnych i potencjalnych czytelników, zbiorowością kolektywną i nie, z tymi z prawa i z tymi z lewa, porozumiał się ponad głowami strażników systemu nagród i zagrał im na nosie. Jego jeden gest niezależności ważniejszy jest niż przyznanie jakiejś tam nagrody. Świetlicki sam się gestem ustanawia. Sam gestem się utwierdza. Sam nadaje sobie wiarygodność. I nie jest to żaden kaprys, kiepsko umotywowana kabotyńska zagrywka, ale wierność sobie. Świetlickiemu warto zadawać mądre pytania i warto go traktować poważnie, czego wielu z nas nie robi. Jak się Świetlickiego mądrze zapytać o coś, to on mądrze odpowie. Sprawdźcie w tamtej "Odrze".

czwartek, 22 maja 2014

Portal northkorea.pl o "Dwóch latach w Phenianie"

Na portalu northkorea.pl ukazała się recenzja Dwóch lat w Phenianie. Bywało już, że książka była porównywana do utworów Niziurskiego, teraz zaś do Ani z Zielonego Wzgórza i Mikołajków. Tekst recenzji można przeczytać tu.

sobota, 10 maja 2014

MAJ - SPOTKANIA AUTORSKIE, TERMINARZ

Środa, 14 maja, Gdańsk




Piątek, 16 maja, Gdańsk

Sobota, 24 maja, Gdynia
Spotkanie autorskie Pauliny Wilk w ramach "Miasta Słowa"
(prowadzenie)
Cafeart U Muzyk’uff, ul. Derdowskiego 9-11 
godz.18.00 / wstęp wolny

Paulina Wilk (ur. 1980 r.) - autorka książek, publicystka, dziennikarka prasowa i radiowa. Za debiut “Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” (2011) nominowana do Nagrody Literackiej Nike i wyróżniona Bursztynowym Motylem. W marcu 2014 r. ukazała się jej książka “Znaki szczególne” - osobista historia dorastania w czasie przemian, pierwsza biografia pokolenia dzieci polskiej transformacji. Autorka współpracuje z “Tygodnikiem Powszechnym”, magazynem “Kontynenty” i Programem Drugim Polskiego Radia. Jest współzałożycielką Wilk&Król Oficyna Wydawnicza, w której publikuje serię książek o rezolutnym misiu Kazimierzu - bajek dla dzieci i niezupełnie dorosłych. Jest prezesem Fundacji “Kultura nie boli” i jednym z organizatorów Big Book Festival, którego druga edycja odbędzie się w Warszawie 14 i 15 czerwca. Paulina Wilk jest kuratorem festiwalowego bloku TRANZYT - serii spotkań i debat związanych z 25. rocznicą przemian demokratycznych w Polsce.

Środa, 28 maja, Sopot